sobota, 9 kwietnia 2011

09.04/10.04, Ostatni dzień i do domu

Początek każdego urlopu to zawsze wulkan energii. Wstaje się rano, by zobaczyć jak najwięcej, by jak najdłużej chłonąć obce otoczenie dookoła. Ma się siłę i ochotę, by wejść w każdy kąt, zajrzeć wszędzie. Nic nie jest straszne, a zmęczenie nie istnieje.

Na koniec urlopu zawsze jednak pojawia się leń. Ten znany mi z Polski i codziennego życia. Organizm przyzwyczaja się do nowej strefy czasowej, pobudka o świcie już nie wydaje się być tak doskonałym pomysłem. Nie zawsze chce się już robić zdjęcia, a wizja odpoczynku w jakiejś knajpie nagle staje się kuszącą alternatywą wobec „bezsensownego” szwędania się.

W Kolumbii ów paskudny leń objawił się dopiero ostatniego dnia – bardzo dobry wynik, śmiem twierdzić.

Nad miastem góruje piękne wzniesienie Montserrate, z którego rozciąga się ponoć wspaniała panorama na stolicę Kolumbii. Miałem tam się wybrać ostatniego dnia, ale zrezygnowałem. Wczesnym rankiem wszystkie autobusy jadące w kierunku La Candelaria były zapchane daleko poza granice mojej tolerancji. Kilka przepuściłem, wsiadłem do kolejnego, a po przejechaniu jednego przystanku... wysiadłem postanawiając, że ten ostatni dzień spędze jednak w okolicy Zona Rosa, blisko hotelu i wszelakiej „rozrywki”. Transmilenio to wspaniały wynalazek, ale po kilku przejażdżkach w latynoskim ścisku, nie miałem już coś ochoty na kolejną taką wyprawę.

W sumie, zrobiłem dobrze, bo nie minęła chwila, gdy ze stalowych chmur zaczął padać deszcz. Pogoda nie sprzyjała, a widok ze szczytu zapewne nie byłby specjalnie magiczny w takich okolicznościach. Może innym razem, kto wie.

Tak swoją drogą, Montserrate przedstawiane jest w dosyć upiornych barwach jako jedno z bardziej niebezpiecznych miejsc w całym mieście. To też z pewnością miało wpływ na to, że tak łatwo się poddałem.

Ostatni dzień poświęciłem więc na spacery po okolicach mojego hotelu. Na sam początek, wybrałem się na śniadanie. W Kolumbii jadałem je sporadycznie, a w sumie szkoda. Lokalna ludność lubuje się bowiem w daniach z jajek. Jeżeli ktoś, tak jak ja, kocha jajecznicę, jest to miejsce dla niego. Wariantów jest do wyboru, do koloru. Posiłek był smaczny i sycący. Znad kubka gorącej kawy obserwowałem jak za oknem leje deszcz, przed którym próbowali się ukryć spacerujący po ulicy przechodnie...

Potem przyszła pora na zakupy. W sumie, robiłem je w dwóch falach. Za pierwszym razem, plecak wypchał mi się różnościami, kilka godzin później, powtórzyłem ten manewr. Nie byłem pewien czy wszystko mi się zmieści do bagażu. A zachowałem się jak Polak zagranicą w latach 80-tych. Kupiłem (i przywiozłem do kraju) nawet tamtejsze banany do smażenia oraz zielone pomarańcze, które są po prostu przepyszne. Do tego alkohol (wszystko niestety do rozdania), kilka słodyczy i innych drobnostek. Nie powstrzymałem się nawet przed zakupem kawy, chociaż z tego co mówią wszyscy, najlepsza coffee colombiana jest eksportowana. Do nabycia w każdym markecie w ojczyźnie...

Sama Zona Rosa to miłe miejsce. Miłe, chociaż jednak bezpłciowe. Brak tu zabytków i szalonej atmosfery Ameryki Południowej.

Można spokojnie pochodzić po uliczkach, wejść do jednego czy drugiego parku, ale na dobrą sprawę, można przecież obejść się bez tego typu „atrakcji”. Największą zaletą dzielnicy jest, jak już pisałem, nagromadzenie barów, restauracji i sklepów wszelakiej maści. Tutejsza klasa średnia ma gdzie wydawać swoje pesos. W weekendy, szczególnie wieczorami, pełno to ludzi. Centra handlowe nawiedzają watahy, obładowane torbami, z portfelami wypchanymi kartami kredytowymi. Atmosfera miejsca nie różni się wtedy od podobnych zagłębi zlokalizowanych na całym świecie.




Spakowany opuszczam hotel. Z pewną nutką nostalgii, bo Kolumbia to wspaniałe miejsce. Ale dominuje chyba jednak radość, że po dwóch tygodniach zobaczę Anię.

Jak na samym początku pochwaliłem taksówkarzy, tak i muszę ich chwalić dalej. Jadąc na lotnisko źle usłyszałem kwotę należności i dałem o 10.000 pesos więcej. Gdzie indziej nikt nie miałby chyba skrupułów, by takiego frajera jak mnie naciągnąć na dodatkowy „napiwek”. Banknot sam się wciskał mu w ręce... W Bogocie jednak kierowca jeszcze raz, tym razem wyraźniej, powiedział mi cenę i oddał niepotrzebny mu naddatek. Złoto nie ludzie!

Ponad 10 godzin w samolocie minęło tym razem szybko i nawet się nie zorientowałem kiedy moja podróż do Kolumbii dobiegła do końca. We Frankfurcie spotykam znajomych – świat jest jednak mały. Wracamy do Polski wspólnie, a ja mam okazję nieco porozmawiać po polsku. Po dwóch tygodniach! Na Okęciu już czekała Ania, zapowiadając, że nigdy więcej nie puści mnie samego na tak długo...Może i ma rację, chociaż ja wiem, że moje zamiłowanie do „wycieczek” trudno będzie mi wyplenić...