wtorek, 19 kwietnia 2011

Kolumbia - słowem podsumowania

Jak trudno podsumować taki wyjazd. Bo podobało się wszystko. Miłe było tak rozczarowanie, że jednak jest bezpiecznie, jak i dreszczyk emocji gdy wydawało się, że jednak (może) niekoniecznie. Ciekawe były zarówno duże aglomeracje, jak i małe miasteczka czy wioski. Piękne były widoki, pejzaże i panoramy. Wspaniała była przyroda, z którą można było obcować w całkowitej ciszy i samotności.

Samotność to słowo klucz. Od niej wypada zacząć. Kolumbia bowiem to ciągle kraj, którego masowa turystyka nie zniszczyła. Spotka się innych gringos, naturalnie. Jednak jeżeli ja, na mocno „klasycznej” trasie widziałem ich tak niewielu, to co musi na nas czekać w miejscach rzadko uczęszczanych? Pustka. Albo pustka i guerilla...

Backackerów nieco jest, ale nigdy nie miałem uczucia, że jest nas za dużo. Do tego stopnia, że do samego końca, na widok białej twarzy, cieszyłem się a nie smuciłem. Dokładnie odwrotnie niż w Azji. Tu się innych turystów szuka wzrokiem, tam ich unika, żeby choć na chwilę poczuć egzotykę. Przesadzam oczywiście, ale chodzi o skalę zjawiska. Może na wybrzeżu Morza Karaibskiego jest inaczej. Nie wiem, nie byłem.

Bezpieczeństwo. Każde pytanie o ten kraj zaczyna się od tej samej formułki – a czy tam jest bezpiecznie? Oficjalna odpowiedź brzmi: Kolumbia przeszła wspaniałą zmianę i transformację. Z kraju ogarniętego przestępczością, rządzonego przez partyzantkę i kartele narkotykowe, stała się państwem prawa i sprawiedliwości. Były prezydent, Alvaro Uribe wykonał wspaniałą pracę, zapoczątkowaną przez swoich poprzedników. Zepchnął partyzantów w otchłań dżungli i zminimalizował zagrożenie jakie rodzili dla całego kraju oraz obywateli. Wieloletni burmistrz Bogoty, szalony Antanas Mockus, także zasługuje na wzmiankę. Potomek litewskich emigrantów uporządkował stolicę, która po raz pierwszy od lat, stała się miejscem gdzie się żyje, a nie o życie walczy. To wszystko prawda.
Ale jest też drugie oblicze. Kolumbia jest ogromna i nadal większość kraju to miejsca, gdzie istnieje zagrożenie guerillą. Produkcja kokainy trwa w najlepsze, mimo że od lat z pomocą USA zwalcza się ten proceder. Nie oszukujmy się – dopóki na białym proszku będzie można zarabiać z takim przebiciem, chętni do podjęcia tego ryzyka zawsze się znajdą. Miasta takie jak Bogota czy Medellin są niby bezpieczne, ale zaraz pojawia się litania miejsc, których należy unikać. Najważniejsze to słuchać tego co mówią lokalni mieszkańcy. Oni wiedzą lepiej co można, a czego nie. Lepiej od przewodnika Lonely Planet, to na pewno... Wiele osób twierdzi, że mamy do czynienia z sinusoidą – po zdławieniu La Violencia, przestępczość obecnie odbija się od dna i znowu szybuje do góry. Oczywiście, daleko jej do dawnych poziomów, ale wzrost zagrożenia w porównaniu do sytuacji sprzed kilku lat, jest dostrzegalny gołym okiem.
Żeby nic się nie stało, wypada się po prostu pilnować. To nie jest beztroska Azja Południowo-Wschodnia gdzie wolno wszystko. Tu trzeba znać swoje miejsce w szyku. Przytomność umysłu zapewnia spokojny urlop. Trzeba mieć naprawdę sporo pecha żeby wpędzić się w kłopoty. Ja mam wrażenie, że problemy nieco za mną chodziły, ale na szczęście nie zdążyły mnie dogonić...

Jedzenie i picie. To chyba nie jest raj dla kulinarnych smakoszy. Wegetarianom wystarczą owoce – pyszne, soczyste i zupełnie inne od tego co znamy z półek sklepowych. Dopiero w takim kraju można się przekonać jaką to tandetę nam wciskają pod nazwą pomarańczy, bananów czy mandarynek. Miłośnicy mięsa poczują się szczęśliwi. Tych w Kolumbii dostatek. Steki, żeberka, kurczaki, filety, ryby, wołowina, jagnięcina i tak dalej i tak dalej. Wszystko wysmażone, smaczne i aptetyczne. Znowu można się zadumać, bo smak zupełnie nie przypomina gumowych wytworów, którymi napychamy się każdego dnia w Polsce. Tyle że wszystko jest pozbawione przypraw, wymyślnych sosów, dodatków i szaleństwa. Mięso to mięso. Można je co najwyżej posolić. Podobno, mawia się, że Kolumbijczyk nie zje dania, w którym wyczuje jakąkolwiek przyprawę i chyba jestem w stanie w to uwierzyć...

Ceny. Różnie bywa. Noclegi generalnie tanie nie są. Do Azji im daleko. Pod względem jakości również. Nigdy nie spałem w tak dziwnych miejscach. Kosztowały niemało, a oferowany w zamian standard urągał wielu normom. Za podobne kwoty w Tajlandii czy w Wietnamie można było mieszkać o kilka klas wyżej. Ale to poniekąd efekt tego, że Kolumbia to nadal nieco „terra incognita”. Im więcej turystów, tym będzie taniej i ładniej. Tylko czy lepiej?
Jedzenie drogie nie jest, o ile znajdzie się odpowiednią knajpę. Menu przed wejściem to w Kolumbii nieznane rozwiązanie. Żeby się przekonać co i jak, trzeba więc najczęsciej wejść, usiąść, poczekać na kelnera. A wtedy wiadomo, trudniej się wycofać. Bywało, że syty obiad jadłem za jakieś 12 zł. Bywało, że za 30 zł. Myślę, że to tak jak w Polsce.

Co warto, a czego nie. Robię się stary. Najbardziej pokochałem miałe miasteczka, na czele z Villa de Leyva. Wiadomo, że jak zobaczy się ich za dużo, to kolejne będą już robić mniejsze wrażenie, jednak to wyżej plus Barichara to na pewno zestaw obowiązkowy. Kolumbia to piękna przyroda i warto poświęcić czas na jej poznanie. Wyprawa do Guane oraz trekking po Valle de Cocora to chyba najprzyjemniejsze momenty całego wyjazdu. Gdybym miał coś zmieniać, zrezygnowałbym z Medellin i Bogoty. Pierwsze jest fajne jako odpoczynek i szczypta cywilizacji, ale samotnie szybko się nudzi. Stolica zaś – o niej napisałem wiele złego. Nie do końca zasłużenie, ale jeden dzień może wystarczyć, by zobaczyć to co ważne i nie tracić czasu na tego molocha.

Czy chciałbym wrócić? Jasne. To wielki kraj i można się zastanawiać ile terenów czeka jeszcze na odkrycie – gdy znikną z nich partyzanci, kartele i codzienna przestępczość. Póki co jednak, Kolumbia to nadal kraj dla łowców przygód, obcowanie z którym zapewnia jeszcze dreszcze emocji. Warto zdecydowanie.