
Dwukrotnie wdrapałem się na punkt widokowy, z którego długo w samotności podziwiałem panoramę okolicy. Nie dalej jak miesiąc z okładem temu narzekałem na stromizny w Tbilisi, ale tu jest pod tym względem jeszcze ciekawiej. Widoki rekompensują zadyszkę i pot na czole.




Kiedy już pożegnałem się z majestatem przyrody, okoliczny pies postanowił odprowadzić mnie na rynek. Szedł za mną uparcie, czasem gdzieś znikał, albo warknął na innego zwierzaka, ale po chwili miałem już go znowu koło nogi.

Salento jest naprawdę malutkie. Po tych kilku dniach wie się już wszystko o miasteczku. W tych samych miejscach, każdego dnia, siedzą ci sami dziadkowie, ubrani w kapelusze i trzymający laski w dłoniach.




Te same psy leżą przed drzwiami swoich domostw. Lokalny bar ze stołem bilardowym przyciąga o tej samej godzinie tych samych graczy „co zawsze”. Na rynku w tym samym miejscu stoją ci sami sprzedawcy, oferujący niezmiennie pięknie pokrojone owoce ułożone w plastikowym kubeczku. Wszystko ma tu swój niespieszny rytm, wybijający codziennie taką samą melodię życia. Można się w takim miejscu zakochać... Można się rozmarzyć i oczami pragnień widzieć siebie żyjącego w tym miejscu, zajmującego się codziennością, nie zaś ułudami i pogonią za cieniem szczęścia. To jest bowiem właśnie tutaj, w takich niepozornych dziurach zapomnianych przez wielki świat. Raz, dwa, trzy i wracamy do rzeczywistości.
Wieczorami Salento nieco się zmienia. Na placu pojawia się więcej wojska (w ciągu dnia też go nie brakuje), a na uliczki wylega młodzież szkolna. Nie wiem co dokładnie robią, ale dzień w dzień biegają, ćwiczą, a hala sportowa do późnego wieczora rozbrzmiewa krzykami, grą na bębnach i zaciętą rywalizacją.
Obiad jem w tym samym miejscu co pierwszego dnia. To jedyna knajpa jaką spotkałem w Kolumbii, która ma angielskojęzyczną wersję menu. Tym razem postanawiam spróbować lokalnej specjalności, czyli pstrąga.

Szczegóły przyrządzenia są dla mnie tajemnicą nawet po angielsku, ale myślę, że było warto. Po pewnej chwili na moim stole pojawia się wielka miska obłożona folią aliminową, a w niej „pływa” ryba w białym sosie. Całość nie tylko jest gorąca, ale jeszcze się gotuje (i robi to jeszcze przez długi czas podczas konsumpcji). Wielkim miłośnikiem ryb nie jestem, ale smakowało. Dookoła Salento jest ponoć dużo stawów, gdzie hoduje się pstrągi. Będąc w tej okolicy nie wypadało nie spróbować.
Spędzam jeszcze nieco czasu na rynku, bo łapie mnie tu popołudniowy deszcz. Pogoda w tym mieście jest wyjątkowo niestabilna. Jednego dnia można tu przeżyć wszystko, od słońca do mżawki, kończąc na prawdziwie tropikalnej ulewie. Po jednym z takich pryszniców, zrobiło się naprawdę chłodno, lodowato nawet. Wystarczy jednak zjechać nieco w dół, do pobliskiej Armenii by znowu wyszło słońce, a duszne powietrze zatkało płuca. Jak to w górach – co dolina to inny mikroklimat, inni ludzie, inny świat.

Lotnisko w Armenii to chyba chluba miasta i powód do dumy jego mieszkańców. Miasto, spośród trzech największych ośrodków Zona Cafeteria jest najbrzydsze i najmniej ciekawe. Zawsze nieco z boku, zawsze jako „to trzecie”. Dekadę temu okolice nawiedziło trzęsienie ziemi, zostawiając dodatkowo bruzdę szpecącą wątpliwą urodę Armenii. Może do Pereiry ciągle im daleko, ale dzięki lotnisku czują się może chociaż na równi z Manizales. Budynek jest niewielki i w środku nie dzieje się prawie nic. Dziennie jest tu kilka połączeń, w większości do Bogoty. Gdzieś w przyszłości ma to być lotnisko międzynarodowe, ale póki co, jedynym tego świadectwem jest słowo „international” wplecione w nazwę.

Nie mógłbym polecić kolumbijskich linii lotniczych nawet wrogowi. Lot do stolicy jest opóźniony o prawie dwie godziny. Coś nie mam szczęścia. Na moje trzy połączenia węwnętrzne, dwa były mocno nie o czasie, a jeden samolot poleciał beze mnie. Gdybym wiedział, że tak będzie (i gdybym wiedział, że tutejsza komunikacja autokarowa jest na tak dobrym poziomie), to wybrałbym drogę lądową. Co prawda, to osiem godzin bitej jazdy po serpentynach, ale lepsze to niż czekanie aż samolot linii lotniczych Aires łaskawie jednak przyleci. W końcu jednak przybył i zabrał nas do celu, czyli stolicy. Po drodze o mało się nie rozpadł. Stary Dash cały się trząsł, a nierytmiczny hałas silników skutecznie utrzymywał mnie w stanie niepewności. Kolumbijskie linie lotnicze - i wszystko jasne!
I znowu w Bogocie. Można by powiedzieć, że niemalże jak w domu. Tylko czy można w ten sposób określić tego paskudnego molocha jakim jest stolica Kolumbii? Tak czy owak, ponownie witam w progi hostelu do którego zawitałem dwa tygodnie temu. Miłe uczucie. Tysiące kilometrów od domu, a człowiek wie co robić, wie gdzie jest i jest w stanie nawet wskazać drogę taksówkarzowi. Jako że moje przybycie jest małą niespodzianką dla właścicieli (słodkie gapy), dostaję „w nagrodę” luksusowy pokój na jedną noc. Mimo zmęczenia już zaczynam być smutny, bo widok Bogoty zza okna przypomina mi niezmiennie, że za chwilę koniec tej podróży. Dom, praca i problemy czekają niecierpliwie...
