środa, 6 kwietnia 2011

06.04, Valle de Cocora

Valle de Cocora to jeden z punktów obowiązkowych wizyty w Kolumbii. Mówi się o dolinie, że w tym kraju pełnym wspaniałych widoków, ona jest właśnie najpiękniejsza. Efektowny slogan reklamowy. A do tego, prawdziwy!

Gdybym w Polsce wstawał tak wcześnie i był tak energiczny rankiem, moje życie wyglądałoby inaczej. Strach pomyśleć, kim mógłbym zostać, gdybym miał tyle energii… Tutaj budzę się już o szóstej, punkt siódma jem skromne śniadanie, popijam kawą i pół godziny potem jestem w dżipie jadącym z rynku w Salento do Cocory. Siedzę z przodu, wciśnięty między kierowcę, latynoskiego pasażera i placki, które są wiezione w bliżej mi nieznanym celu. Za mną, „na pace” łącznie czwórka gringos i kilku lokalnych pasażerów, którzy stoją na schodkach. Oj, w Europie by to nie przeszło. Tutaj – jak najbardziej, w końcu najważniejsze to dojechać. Ale i Kolumbia ma pewne zasady. Kierowca przed rozpoczęciem podróży dmucha w „balonik”, zapewne by sprawdzić co robił wczorajszym wieczorem.

Po drodze przebija się opona. Wymiana poszła sprawnie, więc pewnie nie jest to coś wyjątkowego. Krótka chwila jazdy na nowym ogumieniu i jesteśmy na miejscu.




Jeszcze w hotelu, przed wyjściem, właściciele oferują mi wypożyczenie gumiaków. Ponoć się przydają, bo na trasie po Valle de Cocora i okolicach jest dużo błota. Czasem nawet po kolana, a ostatnio sporo padało. Przymierzam obuwie ale zostaje przy swoim. Z moją twarzą parobka rolnego, gdybym do tego jeszcze założył gumofilce, wyglądałbym bardziej żałośnie niż zazwyczaj. Jak się okazuje – dobrze zdecydowałem i nie o mój wygląd tu się rozchodzi, bo butami genów się i tak nie oszuka.

Trasa po Valle de Cocora to naprawdę trekking przez duże TR. Łącznie to jakieś dwanaście kilometrów.



Pierwszy etap to straszne błoto, strumyczki, kamienie i coraz bardziej pod górę. Na początku idziemy wszyscy gringos blisko siebie, ale długo to nie trwa. Wybijam do przodu i już na czele pozostaję do końca. Pozostali znikają mi szybko z pola widzenia.





Reszta towarzystwa tempo ma dosyć ospałe, godne niemieckich emerytów na wycieczce. W jego skład wchodzą amerykańska para (on gbur jak ja, ona wesoła i rozgadana), komunizujący Włoch (nie mówiący oczywiście ani słowa po angielsku) i Ekwadorczyk, który był w Warszawie i ją polubił. Ten ostatni to człowiek-duch. Szybko zniknął gdzieś z tyłu, a potem, z daleka widziałem go na szczycie góry. Gdy tam dotarłem już go nie było... Smaczku sprawie dodaje fakt, że szlak przemierzał w klapkach…



Przez całą trasę miałem to co lubię, czyli spokój i ciszę. Spotkaliśmy się z resztą towarzystwa dopiero na końcu. Samotność dobrze działała na mój umysł, szedłem więc rześko, nucąc pod nosem szlagiery, których normalnie bym się wstydził. Tu i tam zrobiłem zdjęcie albo nagrałem kolejny głupi filmik, w którym wcielałem się w rolę prowadzącego program podróżniczy. To chyba nie jest jednak moje powołanie.




Bardzo szybko spociłem się jak ta świnia. Tym razem, zmęczenie było wyjątkowe. Jak nigdy, nie żadne ex-aquero z gdzieś, kiedyś. Kilka razy myślałem, że dostanę zawału, ale szedłem pod górę nader dzielnie, chłonąc piękno otoczenia zza zaparowanych okularów. Wypociłem z siebie kilka kilogramów i mnóstwo złej energii. Po wszystkim czułem się wspaniale, jak nowonarodzony.

Po drodze, oprócz błota, była także rwąca rzeka, czy raczej potok. Nad wodą było kilka mostków, które trzeba było pokonać, gdyż trasa wiodła raz jednym brzegiem, raz drugim.

Mostek to złe słowo – takowy był jeden. Wyjęty jakby żywcem z Indiany Jonesa, chociaż wysokość nad kipielą jakby jednak mniejsza. Dziury w deskach jednak były, a i całość się mocno chwiała na boki.

Pozostałe przeprawy składały się z pniów drzew rzuconych w poprzek. Niektóre były nawet szerokie, ale zdarzały się i takie gdzie naprawdę miałem serce w przełyku.




Z nerwów nie oddychałem, bo wszystko było mokre od wody i śliskie. Każdy ruch mógł przybliżyć do celu, ale i sprowadzić mnie na dół. Zupełnie zapomniałem o moim lęku wysokości i jakoś sobie poradziłem, z czego jestem nawet względnie dumny. W gumiakach nie dałbym rady...

Podejście robiło się coraz bardziej strome i strome. W końcu wchodziłem na najprawdziwszą górę – 2860 metrów n.p.m, czyli tak wysoko to ja jeszcze nie byłem.
Zanim jednak tam dotrę, robię skok w bok i wspinam się do przytułku. Przytułku, bo restauracją tego miejsca przecież nie nazwę. Miało być 800 metrów od szlaku i może było, ale pod górę, więc to jakby inna skala wysiłku. Na szczycie starsza pani czeka na turystów i oferuje im a to kawę, a to wodę. Ja zamawiam specjalność zakładu, czyli gorącą czekoladę z serem. Ser jest chyba kozi, albo owczy, słony i bardzo smaczny. Napój stawia mnie na nogi. Chwilę jeszcze odpoczywam, zerkam na ptaki stołujące się w karmnikach i wracam na właściwy szlak. Po drodze mijam się z resztą gringos, którzy też idą się napić.




Podejście na szczyt od punktu do którego wróciłem, miało mieć długość około kilometra. Niby niewiele, ale prawie ducha wyzionąłem. Było stromo, bardzo stromo. Może Jerzy Kukuczka by taką trasę wyśmiał, ale ja patrzyłem na nią swoją miarą. Miarą człowieka, który większość czasu spędza przykuty do biurka i komputera. Radość z wejścia na górę była ogromna. Jeszcze tylko wpis do księgi podsuniętej mi przez strażnika i można rozpocząć drugi, łatwy etap wędrówki – zejście do tytułowej Valle de Cocora.





Jako że jestem na szczycie, dookoła rozpościera się mgła. A może raczej chmura. Zza mleka ledwo, ledwo widać zarysy palm. Jest dodatkowo bardzo chłodno i zaczynam nieco marznąć, co jest o tyle nieprzyjemne, że jestem cały mokry ze zmęczenia. Jednak im bardziej w dół, tym lepiej. Robi się cieplej, a mgła ustępuje odsłaniając Cud Natury pode mną.



Dolina jest piękna i fotogeniczna. Mami mnie różnymi odcieniami zielonego, odsłania swoje atrybuty niczym wytrawna striptizerka. Dookoła, na zboczach coraz więcej pięknych i wysokich palm woskowych (bo tak się chyba tłumaczy na nasze „wax palm”).





To narodowe drzewo Kolumbii i chyba najwyższe na świecie palmy. Osiągają ponoć do 60 metrów i widzę co najmniej kilka, które zbliżają się do tej granicy. Gdzieś na dole można znaleźć pasące się krowy i pojedyńcze domostwa.

Valle de Cocora zdecydowanie warto zobaczyć. Wydawało mi się, że po tylu dniach obcowania z kolumbijskim pejzażem, uodpornię się na jego urodę i przestanę kwękać na widok każdej doliny czy góry. Nic bardziej mylnego.



Tym milej, że dookoła tej przyrody byłem sam jeden. To wiele mówi o kolumbijskie turystyce. Nawet takie miejsca, najpopularniejsze, są zupełnie niezadeptane. Cała wyprawa, która zajęła jakieś 5-6 godzin przypominała mi klasykę filmową z dzieciństwa. „Miłość, szmaragd i krokodyl” jak żywcem wyjęty, odgrywany na moich oczach, ze mną w roli głównej... A przynajmniej, niektóre jego sceny.

To jeszcze film z czasów kiedy Kolumbia była naprawdę krajem wyłącznie dla poszukiwaczy przygód. Sporo się tu zmieniło, jednak nie aż tak dużo jak przekonują niektórzy…






Wracamy znowu wypchanym dżipem. Przy okazji rozmawiam z damską połową amerykańskiej pary (druga połowa siedzi cicho i czasem coś tylko burknie). Odkrywam jeden z sekretów świata. Zawsze mnie zastanawiało, skąd ludzie mają czas i pieniądze, by włóczyć się po świecie miesiącami. Oni są w trasie od kilkunastu tygodni. Dziewczyna wyjaśnia mi swoją sytuację z rozbrajającą szczerością – są oboje bez pracy, ale mają dużo pieniędzy. Oboje się śmieją. Amerykański sen i jego reprezentanci. Ot i cała tajemnica. Rzucam tylko, że szczęściarze z nich i już zastanawiam się jak to będzie w poniedziałek zameldować się w pracy po dwóch tygodniach relaksu...

W hotelu zerkam na moje buty i postanawiam, że to koniec ich współpracy ze mną. Są mokre i cuchną. Są brudne od błota. Chyba im już starczy.



Cóż to był za związek. Ile rzeczy te buty widziały! Kupiłem je gdzieś w wakacje 2008 roku, przed pierwszym poważnym wyjazdem do Tajlandii. Zaraz po ich nabyciu, zostawiłem je niechcący pod stolikiem w restauracji, ale gdy wróciłem – ciągle na mnie czekały. Ciekawe co sobie myślały gdy je brałem do ręki w sklepie. Kolejny frajer, który będzie we mnie chodził po Bieszczadach? Chyba się nie spodziewały tego co nastąpiło potem. Jeszcze pierwszego dnia w Bangkoku nabyły swoją immamentną cechę, czyli lekki odór zgnilizny. Złapał nas wtedy tropikalny deszcz i po Khao San musiałem brodzić w wodzie niemal po kolana. Ale mimo wszystko, służyły mi wiernie jak żadne inne. Gdzieśmy to razem nie byli z butami. Tajlandia dwa razy, Wietnam, USA, Trynidad i Tobago, Uzbekistan, nie licząc już europejskich wypadów. Kolumbia to ich ostatnia misja. Zadanie wykonane – dziękuję.

Napisałem to, zerknąłem na nie jeszcze raz. Oczka na sznurówki przybrały smutny wyraz. Zdają się mówić – „rozumiemy Cię i też dziękujemy”. Dziękujemy za porę deszczową w Tajlandii, dziękujemy za pot Bangkoku, kurz Sangre Grande, splendor Piątej Alei, upał Chiwy, wodospady Erawan, strach Port-of-Spain czy Bogoty, dziękujemy za brukowane uliczki Villa de Leyva i wiele innych. Niech nowe też Ci służą tak jak my.

Po czym, ze łzą w oku, wystawiłem je na balkon. Niech się suszą, bo wracają ze mną do domu. Do naszego domu. Przyjaciół się nie zostawia, nawet jeżeli śmierdzą jak nigdy wcześniej.