Na miejsce dowozi mnie tutejsze metro. Jedyne w Kolumbii i jedno z nielicznych w całej Ameryce Południowej.


Gdzieś dalej schodzi ponoć pod ziemię, ale odcinek do Parque Berrio wiedzie wysoko kaskadami. Widoki za oknem przypominają Bangkok.
Na pewno ze względu na perspektywę i skojarzenia z tamtejszym Skytrainem, ale także ponieważ chaos zabudowy jak żywo przypomina Azję. Budynki są ściśnięte, oprócz niskiej zabudowy dużo tu białych ni to bloków ni wieżowców, które wybijają się ponad pchlarskie otoczenie. Na zboczach gór zgrupowane są kolejne mrówkowce. Piękne to może nie jest, ale tak właśnie wyobrażałem sobie „kokainowe” Medellin lat 80-tych. Obrazek jak żywo z któregoś odcinka „Miami Vice”.



Na miejscu ogarnia mnie zniechęcenie. Mnóstwo ludzi, bezdomnych, żebraków i dziwnych osobników, którzy wodzą za mną wzrokiem. Na uliczkach trwa handel, dookoła jest brudno i odpychająco. Niby lubię takie miejsca, ale brak tu jednego – poczucia bezpieczeństwa. Wystarczy popatrzeć na tubylców, by nabrać podejrzeń. Kobiety mocniej ściskają swoje torebki, a sporo osób nosi plecaki nie na plecach, tylko przed sobą. Raz czy dwa zaczepia mnie żebrak, inny wyciąga rękę po mój aparat. Policja niby jest, ale jakoś to nie pomaga w ogólnej, negatywnej percepcji. Może ja po prostu źle się nastawiłem, a może rzeczywiście jest to miejsce które spokojnie można obserwować tylko ze strzeżonego peronu metra dziesięć metrów ponad ziemią?


Kręce się nieco po centrum, ale poza buzującym brudnym życiem miasta, niewiele jest tu do oglądania. Kilka kościołów na czele z malowniczym Ermita de la Veracruz, tutejszy Pałac Kultury, jeden i drugi park. W jednej z alei można znaleźć kilka fikuśnych rzeźb.


Jak ktoś lubi – jest tu też sporo muzeów. Zabytków w Medellin jest naprawdę bardzo mało, a moja ochota, by przemierzać okolicę w poszukiwaniu kolejnych, szybko znika. Wracam na El Poblado z pewną ulgą.

Ten dzień to ogólnie relaks. Jest niedziela, a ja nic nie muszę, więc korzystam z tego, by naładować swoje baterie. Jeszcze rano odwiedzam kolejny supermarket. To też dobre pole do wielu obserwacji. Ceny zaskakują mnie in minus. Tanio nie jest. Bywa że porównywalnie do Polski, bywa że drożej, ale już nader rzadko coś jest wyraźnie tańsze. Cieszę się jak dziecko, że udało mi się znaleźć podkoszulki w sensownej cenie. Moje własne poszły do prania i generalnie, nie mam w czym chodzić. Przy kasach trzeba spędzić nieco czasu. Obsługa jest naprawdę wolna, w latynoskim stylu. Każdy produkt podnoszony jest z namaszczeniem, zbliżany do czytnika, odkładany i wkładany do torby. Pani przede mną płaci jeszcze rachunki. A to brakuje wkładu do zszywacza, a to kod kreskowy nie chce się nabić... Mija dobry kwadrans zanim nadchodzi moja kolej, bo przecież w międzyczasie trzeba jeszcze porozmawiać z kolegą, albo przejść się do koleżanki z kasy obok. Prawdziwa, supermarketowa maniana. Gdyby obsługę przenieść do polskiego supermarketu, te panie (i panowie) zostaliby rozszarpani przez wściekły tłum pierwszego dnia.
Reszta niedzieli dla mnie to spacery po El Poblado (wszedłem w każdy kąt) i okolicach.


Medellin wydaje się być strasznie „mało kolumbijskie” w porównaniu do tego co widziałem wcześniej. W restauracjach nie usłyszymy latynoskiej muzyki, tylko przeboje made in USA. Dużo tu bananowej młodzieży, ubranej w modne ciuchy i noszącej fryzury wprost ze stolic świata. Nawet ruch na ulicach zdaje się być nader cywilizowany i uporządkowany. To z pewnością miłe miasto i dobry odpoczynek od reszty kraju, ale samotnie Medellin szybko zaczyna nudzić – jego największa atrakcją wydaje się być scena barowa, a wiadomo, że w tym miejscu najlepiej czas się spędza z kimś. Samotnie to ja mogę co najwyżej posiedzieć wieczorem w pokoju, co zresztą robię.
