








Następnie przyszła pora na zakupy – szczególnie te spożywcze zajęły nam nieco czasu. Nie powiemy, oboje chyba lubimy zwiedzanie sklepowych półek. Za każdym razem czuję dziecięcą ciekawość i ulgę widząc, że nawet zestandaryzowane supermarkety różnią się ofertą od tych znanych mi z domu. Świat staje się globalną wioską, ale nawet w tych smutnych czasach jest jeszcze miejsce na odrębność, symbolizowaną w tym przypadku przez nazwy wędlin i słodyczy, których nie jestem w stanie rozpoznać.
Belem oddalone jest o sześć kilometrów od centrum. Tramwajowa linia mija różne miejsca. Niektóre zupełnie normalne, inne zaś (powtarzam się chyba) zapuszczone i wybiedzone. Ale na końcu tej podróży czeka „Dzielnica Odkrywców”. To z tego portu odpływali na podbój świata Henryk Żeglarz (odkrył m.in. Azory i Maderę), Bartolomeu Dias (opłynął południowy kraniec Afryki), Ferdynand Magellan (pierwsze wyprawy, dopóki nie zdradził Lizbony na rzecz Króla Hiszpanii) czy Vasco de Gama (pierwsza morska droga do Indii i pośredni sprawca upadku Jedwabnego Szlaku). To do Belem przypłynął z Ameryki sam Krzysztof Kolumb. O ile inne dzielnice miasta są zatłoczone, wypchane zabudowaniami aż po brzegi, tutaj, blisko ujścia rzeki Tag do Oceanu Atlantyckiego, można oddychać pełną piersią na dużej, otwartej przestrzeni. Budynki są majestatyczne, królewskie, przypominając o tym, że znajdujemy się bądź co bądź, w stolicy dawnego Imperium nad którym nigdy nie zachodziło słońce. Może i dzisiejsza Portugalia nieco skapcaniała, zapadła się w swoim lenistwie i odosobnieniu, ale w tym miejscu czuć jeszcze wspomnienie czasów, gdy jej życiodajne soki pulsowały wyznaczając całemu światu kierunek rozwoju i ekspansji.




Można tu spędzić kilka dni, zwiedzając każdy z zabytków od zewnątrz i od środka. My postanowiliśmy jednak skupić się na tylko jednym miejscu. Za sutą opłatą wkroczyliśmy do świata wody i okrętów, zamkniętego w niepozornej bryle Muzeum Marynistycznego. Wewnątrz – cała, bogata historia podbojów, odkryć i rozwoju technologii. Spędziliśmy tam nieco czasu i o ile ja bawiłem się znakomicie, nawet Ania wykazywała zainteresowanie eksponatami.








Naczelnym punktem wietrznej promenady jest z kolei pomnik upamiętniających owych dzielnych Portugalczyków, którzy mieli na tyle odwagi, by wyprawiać się dalej niż sięgał horyzont i ludzka wyobraźnia. Tag jest w tym miejscu niezwykle szeroki, rzeka niedaleko stąd wypływa na szerokie wody Oceanu. Czuć woń przygody, która od wieków roztacza się nad tym miejscem.




Popołudniem mieliśmy okazję przekonać się o tym jak zmieniło się psyche narodu. Niegdyś, zdobywcy, zuchwali i lubieżni w swym dążeniu do bogactwa oraz sławy. A dzisiaj? Dzisiaj rozmiłowani w narzekaniu, strajkach, protestach i lenistwie. Naszą trasę przecięła rozpoczynająca się manifestacja, jedna z wielu, którą Lizbona widziała w ostatnich czasach. My trafiliśmy akurat głównie na emerytowanych wojskowych, którzy tworzyli pierwszy szereg. Jeszcze wiele godzin po jej zakończeniu napotykaliśmy jednostki niosące czerwone sztandary, przesiadujące w kawiarniach, żywo dyskutujące na tematy polityczne. Cóż, z taką mentalnością, średniowieczna Portugalia nie tylko nie zdobyłaby Brazylii czy kolonii w Afryce, ale zapewne nie dopłynęłaby nawet na niedaleką przecież Maderę...



W ten oto sposób zakończył się nasz romans z Lizboną. Wieczorem żal było wracać do domu, ale czekała nas bardzo wczesna pobudka (tanie bilety mają swoje wady) i lot do Warszawy. Mimo wszystko, żegnaliśmy to miasto z przeświadczeniem, że jeżeli nadarzy się taka okazja, z chęcią tu wrócimy, na ten przykład w drodze na odległe Azory. Kto wie, być może już niebawem?


















































