Samo Funchal to zdecydowanie miasto piękne. Pełno w nim zabytkowych miejsc (nie za bardzo miał je kto niszczyć, no może poza Matką Naturą), przyjemnych uliczek i kościołów, których historia sięga wieków wstecz. Współczesność miesza się z przeszłością. Wystarczy skręcić głębiej w uliczki Starego Miasta, by ujrzeć fasady domów spracowane i zupełnie zapomniane. Z kolei naczelny punkt dzielnicy, klimatyczny fort Sao Tiago koloru żółtego jest świeżo po remoncie (a przynajmniej takie sprawia wrażenie) i potwierdza, że „turysto-dolary” są reinwestowane ku chwale Madery. Chyba najbardziej charakterystycznym miejscem jest jednak nowoczesna i betonowa promenada, która tworzy długi ciąg spacerowy. Niby nic specjalnego, można pomyśleć, ale przechadzki po niej należały do naszego codziennego rytuału. I to jakże przyjemnego! Trudno mi czasem było oderwać oczy od widoku bezkresnego Oceanu. W pobliskim porcie cumowały albo odpływały promy, katamarany i jachty. Słońce odbijało się w tafli wody. W takich warunkach, zwykły odpoczynek na ławce stawał się doświadczeniem mistycznym, wyzwalając w nas dziecięcą radość.






Owego, pierwszego przecież dnia w Funchal, smakowaliśmy miasto w dawkach dużych, acz chaotycznych. Po eksploracji wschodniej części, zaszyliśmy się w jednym z parków. Ogród Świętej Katarzyny kusił pięknym położeniem na wzniesieniu (widoki przyciągają miłośników pikników) i zielenią która aż kipiała na naszych oczach. Pomiędzy zadbanymi alejkami znaleźć można dwie historyczne ciekawostki. Pierwszą jest … popiersie samego Kolumba (jego małżonka była córką gubernatora Madery, ot pierwszy z brzegu przykład ogromnego dziedzictwa tej wyspy), drugi zaś to stojąca obok kapliczka z bagatela, siedemnastego wieku. W Funchal pełno jest śladów znamienitej przeszłości. Ale największe emocje wzbudzały jednak jaszczurki, które zagnieździły się w tamtejszych kamieniach ku radości dzieci oraz Polaków (reprezentowanych przez naszą dwójkę).



Nad zabudowaniami Funchal co chwila przemykają wagoniki kolejki linowej. Można było tę decyzję odwlekać, ale musiała w końcu nadejść chwila, kiedy postanowiliśmy skorzystać z jej usług, by dotrzeć do Monte, miasteczka położonego wysoko ponad stolicą. Tego typu przygody to dla mnie zawsze spora porcja emocji i nerwów. Nigdy jednak nie jestem w stanie sobie tego odmówić...


Dla kurażu wypiłem pół butelki lokalnej Madery, ale nie za wiele to pomogło. Kiedy wagoniki sunęły nad miastem, a wysokość była jeszcze akceptowalna przez mój błędnik, mogłem tylko udawać strach. Ale w chwili gdy zaczęło robić się naprawdę daleko od Matki Ziemi, pozostało mi jedynie trwać w bezruchu, modląc się by owe dziesięć minut minęło szybko. Ania pozostawała z kolei niewzruszona, albowiem stworzeniem jest ona lubującym się w wysokościach i otwartej przestrzeni (amen).


Trzeba jednak przyznać, że było warto. Widoki były nieziemskie. Mogłem je w pełni docenić jednak dopiero, gdy moje stopy stanęły na twardej powierzchni. Bezkres oceanu uderzał w tym miejscu jeszcze mocniej niż tam, hen na dole. Niebo zlewało się z wodą, sprawiając, że trudno było odróżnić gdzie zaczyna się, a gdzie kończy jeden i drugi żywioł.



Monte, niegdyś odrębne miasteczko, dzisiaj raczej już kolejna dzielnica Funchal, wznosi się 550 metrów ponad powierzchnią morza, oferując łagodny, chłodniejszy klimat i powiew lasów (za rogatkami zaczyna się gęste zielone poszycie, z którego słynie środkowa część wyspy). To od tego miejsca zaczęła się sława Madery jako czołowego ośrodka kuracji wszelakich chorób. Pod koniec XIX wieku zjeżdżali tam na zimowe wakacje arystokracji przeżarci syfilisem, pisarze z niewydolnością płuc i dzieci, którym dolegały suchoty. Po tych czasach pozostała tam klimatyczna zabudowa, drewniane domki i aura uzdrowiska nieco przypominająca nasze „Zdroje”. Atrakcją, która sięga również dekady wstecz, jest przejażdżka drewnianym wózkiem sterowanym przez specjalnych „gondolierów”. Niestety, podczas naszej wizyty nikogo z nich nie było, a wiklinowe kosze stały puste, niepilnowane przez kogokolwiek. Może mieli strajk? Byłoby to dziwne – taka zabawa kosztuje tyle ile czasem potrafi wynieść niejeden bilet lotniczy...





Gdy już zbadaliśmy Monte dokładnie, postanowiliśmy wrócić do Funchal autobusem. Można oczywiście znowu wejść do wagoników, ale po pierwsze, nadal trzęsły mi się nogi po drodze „do”, a po drugie, owa przyjemność kosztowała niemało i włączył nam się tryb oszczędnościowy. Przejażdżka krętymi uliczkami również przynosiła niemałe emocje. Domy w tej okolicy zbudowane są jeden nad drugim, droga wiła się i kluczyła po zboczach, skręcając co chwila i odsłaniając przed nami kolejną porcję widoków na zatokę. Kiedy już dotarliśmy na miejsce, okazało się, że port właśnie oczekuje aż zacumuje w nim ogromny prom pasażerski. Postanowiliśmy z bliska zobaczyć owe wydarzenie, zresztą nie my jedni, bo tłumek gapiów był spory. Statek może nie był największy, ale i tak robił wrażenie przytłaczające. Cała operacja trwała dobre kilkadziesiąt minut, angażując załogę i pracowników kapitanatu. Prom przybliżał się do nas w dostojnym, niespiesznym tempie, a naszym oczom ukazywał się jego ogrom. Na balkonach kajut ukazywali się pasażerowie – w większości niemieccy emeryci (poznawałem po twarzach). Dobrze im tak, pomyślałem, zdając sobie sprawę, że przeciętnego polskiego ich rówieśnika stać co najwyżej na wyjazd na działkę pod Radomiem... Kto wygrał tę wojnę?




Morska atmosfera miasta sprawiła, że wieczorem zapragnąłem poczuć się jak Ernest Hemingway. Usiadłem więc na naszym balkonie z netbookiem na stoliku, postawiłem obok siebie butelkę Madery i zacząłem pisać.

Niestety, okazało się, że nie tylko jestem miernym człowiekiem pióra, ale również i alkoholik ze mnie żaden. Zakupioną butelczynę zamierzałem osuszyć w jeden dzień, a z upijania się chciałem zrobić codzienny zwyczaj. W rzeczywistości jednak męczyłem skromną Maderę przez cały wyjazd, a jedyne notatki jakie robiłem, to drobne zapiski na kartce papieru... Zrezygnowany, zatopiłem się w lekturze książki, snując plany na kolejny dzień.
