piątek, 4 listopada 2011

04.11 Wieczór w Lizbonie

04.11

Wieczór w Lizbonie



Urlop z gumy nie jest jak mawiał Archimedes, a ten tegoroczny skończył mi się szybciej niż zazwyczaj. Na jesień ostało się jedynie kilka dni, które można było spożytkować w sumie wyłącznie na Europę i jej bezpośrednie przyległości. Co prawda, rok temu o tej porze wybieraliśmy się do Tajlandii, ale wtedy raz, że czasu było jednak więcej, a dwa, że trafiły się bilety cenowo tak atrakcyjne, że opłacałoby się tam lecieć nawet na weekend.

Niemniej, w naszych głowach zrodził się pomysł na Portugalię. To znaczy dokładniej, najpierw znalazłem stosunkowo tanie przeloty, a dopiero potem postanowiliśmy, że ten zachodni kraniec Starego Kontynentu będzie w sam raz na dziesięć dni wakacji w listopadzie. A jak już się ma przelot do Lizbony w kieszeni to otwierają się zupełnie nowe horyzonty – odwiedzenie wysp samotnie sterczących ponad bezmiar Atlantyku z każdą chwilą nęciło coraz mocniej...

***

Na kilka dni przed naszym wylotem, na Lotnisku Chopina (jak każą nam teraz mówić na stare, dobre Okęcie we wszystkich mediach) miało miejsce spektakularne lądowanie kapitana Wrony. W Święto Zmarłych, pierwszy raz w epoce przekazu multimedialnego, smętne relacje na żywo z cmentarnych kwest czy dróg dojazdowych ustąpiły miejsca wydarzeniu innego kalibru. Przez chwilę zapanowała w Polsce jedność i to o tyle wyjątkowa, że radosna i przeszyta optymizmem (a nie jak zazwyczaj, kolejną narodową traumą). Nie minęło dużo czasu, gdy i ów mały cud stał się poletkiem naszej wojny polsko - polskiej. Na niebie nie zaświeciła się jeszcze ani jedna gwiazda, a już pojawiły się telewizyjne gadające głowy, domorośli spece od brzóz, radzieckich samolotów wojskowych, procedur i oceniania pilotów. Internet zapełnił się od domorosłej twórczości, tak pospolitych głupków, jak i takich, którym wydaje się, że są lepsi, podczas gdy są jeszcze gorsi od tych pierwszych. Podniosła atmosfera uleciała szybko niczym pierdnięcie noworodka na porodówce i nam pozostało jedynie zastanawiać się nad tym czy w ogóle gdziekolwiek polecimy. Kaleki samolot na kilkadziesiąt godzin zaległ na krzyżówce pasów skutecznie blokując wszelki ruch. Na szczęście, udało się wszystko uprzątnąć w miarę sprawnie i czarny scenariusz nie sprawdził się, chociaż gęsta mgła próbowała jeszcze sprawić nam listopadowego psikusa w wersji „last minute”. W piątek o ósmej rano byliśmy już w powietrzu, podziwiając kłęby chmur z najpiękniejszej ich strony, czyli z góry.


Przesiadka i kilka godzin oczekiwania w Brukseli, wywowały we mnie przypływ wspomnień i reminescencji. To na tym lotnisku przecież spędziłem nieco czasu, gdy wracałem pierwszy raz z Nowego Jorku. Nic się w otoczeniu nie zmieniło, można by napisać nawet, że lotnisko jak każde inne. Być może, ale jestem gotów przysiąc, że szepty w mojej głowie wcale nie były urojeniem. Magiczna, skąpana w jesiennej mgle Belgia kolejny raz kusiła mnie, bym przekroczył jej gościnne progi. I kto wie, może tak w końcu uczynię, bo Europa mimo kilku wad, ma także (prawie) wszystko co w podróżach kocham.



To jednak przyszłość, a teraźniejszość owego dnia zaprowadziła nas do najdalej wysuniętej na zachód europejskiej stolicy, czyli Lizbony.

Podczas gdy nasza ojczyzna żegnała nas jesienną nijakością, Portugalia nadal skutecznie opierała się chłodnym frontom zwiastującym nadchodzącą zimę. Było ciepło, choć z nieba siąpił nieśmiały deszcz, a może raczej deszczyk. Stalowe niebo nie dawało co prawda większej nadziei na słońce, ale w powietrzu czuć było powiew bliskiego oceanu, pełnego tajemnic (a może raczej wodorostów). To wystarczyło nam do radości, mimo, że mój plecak okazywał się cięższy z każdą chwilą, a walizka Ani ... no cóż, po stu metrach jej kółka zaczynały odpadać, rączka się połamała i zamiast sunąć dostojnie po chodnikach, była po nich szorowana w asyście iskier i naszych przekleństw.

Pierwszy przejazd po mieście lotniskowym autobusem od razu ukonstytutował w nas opinię o tym mieście. Lizbona jest wspaniała, ale zapewne nie każdemu się podoba równie mocno co nam. Mimo, iż popularnością pośród turystycznej gawedzi dorównuje ekstraklasie miast Europy, nadal jest przede wszystkim autentyczna i pozbawiona sztuczności czy zadęcia. Gęsta zabudowa od razu doprowadziła nas do refleksji, że przez te kilka dni nie zdążymy zobaczyć nawet drobnej części jej wszystkich zaułków i czekających tam na nas miejskich sekretów. Co chwila mijaliśmy rozrzucone tu i ówdzie symbole minionej, kolonialnej potęgi. Ulice nagle rozlewały się na przestronne, zielone place przyzdobione pomnikami i otoczone potężnymi kamienicami. Lizbona jest zarówno monumentalna, jak i szara, nieśmiała i patrząca się niechętnie na każdego obcego przybysza, a my od razu polubiliśmy oba jej oblicza.

Dotarcie do naszego hotelu nie nastręczyło nam większych trudności (może poza faktem, że jak już pisałem, ciągnęliśmy za sobą niepełnosprawną walizkę). Samo miejsce okazało się bardzo przyjemne i dobrze położone. Niedaleko głównych atrakcji, a jednocześnie z dala od tłumu i hałasu. Nazwa apartamentu zawierała jawne kłamstwo – nasz „sea view room” oferował piękny widok na akwen wodny, tyle że była nim rzeka Tag, a nie ocean. Ten ostatni jest nieco oddalony od miasta, ale rzeka z kolei jest w tym miejscu tak szeroka, że niejeden raz przed naszymi oknami przepływał najprawdziwszy statek, a drugi brzeg był ledwo, ledwo widoczny.

Wieczorem pozwoliliśmy sobie na dłuższy spacer. Trafiliśmy na Praca do Comercio, jeden z największych placów miasta. Przeszliśmy wielkim łukiem triumfalnym do Baixa, dzielnicy ulic tworzących na mapie ogromną szachownicę. W tej części miasta dużo jest wszelkich sklepów oraz wyszynków, a po szerokim głównym trakcie spacerują niespiesznie gromady ludzi.




Największe emocje wywołały oczywiście wszechobecne słynne, żółte tramwaje. O każdej porze dnia i nocy, przejazd owego pojazdu po wąskich uliczkach Lizbony sprawia, że rozliczni turyści wyciągają aparaty oraz kamery, chcąc uwiecznić ten prozaiczny przecież moment. Trudno jednak nie zatrzymać się na chwilę, bo dźwięk tramwajowego dzwonka i stukot jego kół przenosi i nas o dobre kilkadziesiąt lat wstecz.



Bardzo szybko darowałem sobie zerkanie na mapę i potrzebę zobaczenia „tego albo owego”. Po prostu krążyliśmy, gapiliśmy się na wystawy (szczególnie, że niektóre restauracje w pomysłowy i wdzięczny sposób prezentowały asortyment) i cieszyliśmy się początkiem dziesięciodniowego odpoczynku.





Na „dobranoc” trafiliśmy do miłej jadłodajni, gdzie za niewielką kwotę najedliśmy się rybą oraz ośmiornicą. Zmęczeni podróżą, emocjami oraz odbiegającą od biurowych norm, dawką świeżego powietrza, usnęliśmy zaraz po przyłożeniu głów do poduszek, śniąc o Nowym Świecie, który zaczyna się zaraz obok.