sobota, 5 listopada 2011

05.11, Kierunek - Madera

05.11

Kierunek – Madera

Plan na ten dzień był prosty – najpierw kilka godzin poświęcamy na szwędanie się po mieście, a popołudniem zbieramy się na lotnisko, by wieczorem zameldować się na wiosennej i ciepłej Maderze. Mżawka i ogólnie senna atmosfera jaka udzieliła się również naszym umysłom, sprawiła, że etap pierwszy nie należał do szczególnie intensywnych. Spacerowaliśmy więc tempem leniwym, zatrzymując się przy co ciekawszych sklepach albo jedząc drugie śniadanie w lokalnym barze (tych ostatnich wiele, a i cenowo byłyby w stanie konkurować z wieloma rodzimymi przybytkami). Opady deszczu przeczekiwaliśmy pod markizami, obserwując jak tramwaje numer 28 przemierzały wąskie uliczki. Wnętrza wszystkich (szczególnie tych jadących „w górę”) wypchane były turystami aż po brzegi, co skutecznie odebrało nam ochotę na podobną wyprawę.






Kawałek dalej, błądząc bez celu po mniej urokliwej okolicy Chiarro, trafiliśmy na przystanek innej transportowej ciekawostki jaką jest Elevador da Bica (czyli mówiąc po ludzku tzw. funicolare). Wejście na stacyjkę jest dobrze ukryte i łatwo było je przeoczyć (gdyby go się szukało – my trafiliśmy tam zupełnie niechcący). Nie byliśmy w stanie odmówić sobie przyjemności przejażdżki, tym bardziej, że wagonik stał na postoju samotny i pusty. Bilet kosztował kilka euro, ale gdy usiedliśmy w środku, czuliśmy, że i tak zrobiliśmy dobry interes. Niestety, po chwili dosiadła się do nas istna wataha niemieckich turystów, która wesoło szwargotała o wojnie, złotych zębach i rabowaniu majątków podczas okupacji krajów ościennych (być może rozmawiali tak naprawdę o czymś innym, moja znajomość ich języka dawno osiągnęła poziom minimalny). Skutecznie zepsuli romantyczny nastrój. Wagonik w końcu ruszył pod górę, niespiesznie wspinając się w stronę nomen omen Barrio Alto. Po kilku minutach podróży w tempie ślimaka byliśmy na miejscu. Rozwiązanie powstało pod koniec XIX wieku, obecnie ma status zabytku, ale nadal służy nie tylko turystom, ale i mieszkańcom okolicznych domów, którym pomaga bezboleśnie pokonać ... prawie 250 metrów stromej drogi.




Szwędając się dalej zawędrowaliśmy w pobliże innego technologicznego artefaktu, z którego miasto słynie. Winda Santa Justa również powstała jako rozwiązanie ułatwiające przemieszczanie się po mieście położonym na rozlicznych wzniesieniach. Łączy ona do dzisiaj dwie części lizbońskiej „starówki”, chociaż korzystają z niej zapewne niemal wyłącznie turyści (kolejka do kasy zawsze była liczna i mówiła językami świata). Stalowa budowla pochodzi z początku XX wieku, a jej quasi neo-gotycka abażurowa konstrukcja jak żywo przypomina wieże Eiffla, zresztą nieprzypadkowo, albowiem architekt odpowiedzialny za projekt dzielnie terminował u słynnego twórcy. Oprócz samej windy (przejażdżkę sobie odpuściliśmy), Santa Justa to także taras widokowy, do którego można dotrzeć idąc tunelem zlokalizowanym wysoko nad ulicami dolnej części miasta. Podziwiając panoramę trudno się oprzeć wrażeniu, że życia może nie starczyć, by odkryć wszystkie smaczki, które Lizbona poukrywała w swoich zakamarkach...



Po niezbyt miłym doświadczeniu związanym z posiłkami (najdroższa przystawka świata!), odebraliśmy nasze bagaże i wróciliśmy na lotnisko. Wielka szkoda, że nasza podróż do Funchal odbywała się już po zmroku. Podejście do lądowania na Maderze należy bowiem do szczególnie malowniczych doświadczeń, a lokalne lotnisko to mały cud współczesnej architektury, o którym przyjdzie mi jeszcze coś napisać.

Hotel Sirius (dwie gwiazdki!) od razu nam się spodobał. Nieco nerwów (moich) zajęło nam zlokalizowanie go po zmroku, z mapą która dokładnością nie grzeszyła. Nie był to żaden wielki luksus, w ogóle słowo luksus zdecydowanie do tego miejsca nie pasowało, ale pokój miał wszystko czego mogliśmy chcieć. A kosztował, jak na warunki europejskie, bardzo mało. Swoje lata świetności przybytek przeżywał zapewne kilka dekad temu, a rewitalizacja wnętrza omijała go szerokim łukiem. Niech świadczy o tym chociażby wystrój lobby (stylowe fotele obite tkaniną popularną w czasach triumfów „Dynastii”) albo łazienka, w której nadal była linka alarmowa (dawno takowej nie widziałem). A to wszystko w samym śródmieściu, w cichej, spokojnej okolicy.

Po zachwytach, wyruszyliśmy na małą eksplorację miasta. Niezwykle ucieszyliśmy się z tego, że tuż koło nas znajdował się supermarket. Przez następne kilka dni byliśmy jego wiernymi klientami. Niespiesznie dotarliśmy do „centrum” i nie mogliśmy się nadziwić jak pusto było wszędzie dookoła nas. Sobota wieczór, a tymczasem, poza nielicznymi spacerowiczami i klientami restauracji, Funchal zdawało się już dawno spać. Nad promenadą (ten zapach oceanu!) rozstawili się sprzedawcy kasztanów. Ich kuchnia dymiła tak mocno, że specyficzna woń docierała do potencjalnych klientów oddalonych nawet o sto metrów. Ale takowych wielu nie było. Stosunkowo najżywiej było dookoła lokalnego artysty, który rozstawił swoje głośniki i śpiewał rzewne latynoskie melodie ku uciesze gawedzi. Kilka kobiet tańczyło, dzieci klaskały, staruszkowie się bujali, a my poczuliśmy, że pora coś zjeść i wrócić do pokoju. Mój wybór padł na lokalną specjalność, czyli zupę chlebową, która okazała się nie tylko smaczna, ale i niezwykle sycąca. Ania rozpoczęła swoją tygodniową dietę opartą głównie o produkty rybne. Po tym wszystkim spacerowym tempem wróciliśmy do hotelu, zostawiając za sobą puste, klimatyczne uliczki Funchal.