poniedziałek, 19 września 2011

Pasztet z łosia

Narzekać na pogodę nie mogę nigdy. Zawsze przyciągam dobrą, ale kiedy wyjeżdżam często żegna mnie mżawka, deszcz i słota. Nie inaczej (który to już raz!) było i w Tallinie. Po złotej jesieni w poniedziałkowy ranek nie pozostało nic oprócz wspomnień. Temperatura opadła do październikowych standardów, z nieba co chwila siąpiło. Japońscy turyści musieli być niepocieszeni. Co chwila spotykałem tych albo innych (a może ciągle tych samych, bo ich fizjonomia to dla mnie ciągle zagadka), kiedy wspólnie krążyliśmy po mokrym bruku Starówki. Poza nami – pustki, nie licząc tubylców zmierzających do pracy.

Mimo iż byłem już święcie przekonany, że znam każdy zakątek, nawet w ostatnich chwilach docierałem do miejsc znanych słabo, tudzież wcale. Ot, chociażby uliczka Kog, czyli najbardziej fotogeniczne miejsce w całym Tallinie. Wcześniej gdzieś mi umknęło przejście prowadzące do wnętrza owego urokliwego miejsca, ale lepiej późno niż wcale, jak mawia przysłowie.

Ostatnie akordy grane były w rytm zakupów. W pierwszej kolejności, rękodzielnictwo we wzory skandynawsko-rosyjskie. Wybór ogromny i trzeba zazdrościć Estonii tego w jaki efektywny sposób promuje ona swoje wyroby lokalne i „ludowe”. Oferta czapek, bluzek, szali, rękawiczek i innych wyrobów szczerze mi imponowała i aż szkoda, że my w Polsce nie potrafimy podobnie sprzedawać turystom tego co nasze i wyjątkowe. Długą chwilę krążyłem dookoła rozstawionych kramów, nie mogąc się zdecydować na co wydać moje resztki waluty (a ceny, trzeba dodać, były dosyć zaporowe). Nie mniejszy ból głowy czekał mnie w kwestii zapasów spożywczych. Długo się wahałem – brać czy nie brać pasztet z niedźwiedzia za drobne kilkanaście euro za puszkę. W końcu zdecydowałem się na nieco tylko mniej egzotyczny wyrób z łosia. Ale frykasów do wyboru było znacznie, znacznie więcej. Niby kraj blisko nas (a na sklepowych półkach stoją nawet Gorące Kubki z polskimi obwolutami, bo tych po estońsku się nawet nie opłaca drukować), ale pod względami kulinarnymi dzielą nas setki mil.

W końcu przyszła pora na pożegnalny spacer z plecakiem i krótki romans z Tallinem mogłem uznać za zakończony. Miasto nie tylko bardzo mi się spodobało, ale sumiennie wpisałem je do swojego dzienniczka z planami na przyszłość – chciałbym zobaczyć je w swej północnej krasie, ze śniegiem zalegającym na dachach Starówki i kłębami pary towarzyszącymi oddechom. Takie miejsca wypada odwiedzić dwa razy. Wtedy gdy jest ciepło i wtedy gdy jest prawdziwie, czyli mroźnie, srogo i biało. A póki co, musi mi wystarczyć pasztet z łosia i wspomnienia.

niedziela, 18 września 2011

Pirita

Lokalna tallińska legenda opowiada, że każdej jesieni siwobrody starzec o imieniu Jarvevanna, mieszkający na pobliskim wzgórzu, schodzi w dół i pierwszego napotkanego przechodnia pyta się czy miasto jest już wybudowane. Trzeba odpowiedzieć, że jeszcze nie, inaczej Tallin, zapewne w akcie zemsty, zostanie zalany wodą z pobliskiego jeziora. Kocham takie bzdurne opowieści nietrzymające się kupy. Ale mimo wszystko, niedzielnym rankiem, w końcu wrześniowym, a więc bliskim jesieni, krążyłem po brukowanych uliczkach Starówki i wypatrywałem owego mędrca. Nikogo nie spotkałem. Może i dobrze. Z moją znajomością estońskiego różnie to mogłoby się zakończyć...





Wdrapałem się ponownie na górę Toompea. Liczyłem po cichu, że będzie tam równie pusto i spokojnie jak wieczorem. Ale nie. Na trzech tarasach widokowych było aż gęsto od ludzkiej ciżby we wszelakich postaciach i odmianach. Tubylcy, rodziny z dziećmi, wycieczki zorganizowane, samotnicy, skacowana młodzież, powłóczący nogami staruszkowie. Wszyscy, chociaż na moment, zatrzymywali się, by podziwiać Tallin z tej albo innej perspektywy. A jest na czym oko zawiesić. Jeden z punktów, dla przykładu, oferuje panoramę miasta od tej mniej turystycznej, a bardziej post-sowieckiej strony. Na horyzoncie widać rząd szarych blokowisk. Na pierwszym zaś planie widok przedziela paskudny komin przemysłowy. Niby „jak u nas”, nic sensacyjnego, może poza faktem, że w tych oto domach mieszka kilka-, a nawet i kilkanaście procent ... całej populacji kraju.

Z kolei starówka podziwiana z innego miejsca potrafi zachwycić swym architektonicznym bogactwem na nowo. W tle lśnią nowoczesne biurowce ze szkła i stali, podczas gdy tuż za barierką widać wysokie wieże świątyń oraz plątaninę wąskich uliczek gęsto zabudowanych miejską tkanką sprzed kilku wieków. Gdzieś w oddali majaczy telewizyjna wieża, a niedaleko niej, Pirita, mój główny cel na ten dzień.




Jak to czasem bywa, kompaktowe rozmiary miasta i moje rozliczne sukcesy natury rozpoznawczo - topograficznej (mapa spoczywa cały czas w czeluściach plecaka!), sprawiły, że poczułem się już wielkim znawcą Tallina i okolic. Zawędrowałem w ten sposób w zupełnie obce okolice i po mniej więcej godzinie wróciłem po swoich śladach ze świeżym ładunkiem pokory. I to doświadczenie przyniosło jednak pewne refleksje. Dobrobyt i dostojność Estonii sprawiają wrażenie jakby urywały się zaraz za rogatkami śródmieścia stolicy. Kilka kroków dalej pojawiają się szare mury, sfatygowane budynki, pierwsze bloki i różnoraka przemysłowa zabudowa. Biedy może i nie ma, ale szarość i nijakość szybko buduje silne skojarzenia z rodzimymi stronami. Co równie znamienne, w ten sam sposób kończy się lekka dominacja języka estońskiego. Im dalej tym częściej i częściej słyszę jedynie śpiewny rosyjski.


Tym razem wyjmuję mapę dla pewności, że wiem jak idę i za chwilę nie dotrę znowu w okolice granicy z Rosją albo Finlandią (w końcu, niewielkie rozmiary kraju robią swoje). Krótki spacer przez nowoczesne biznesowe „city” i już czuję zew morza. Przede mną wyrasta zza drzew Bałtyk. No, a raczej Zatoka Fińska, po tej stronie lądu nazywaną Tallińską. Po tafli wody sunęły pojedyncze promy pasażerskie i ostatnie jachty, które pożegnalnym rejsem kończyły zapewne letni sezon. Dzika piaszczysta plaża, chociaż brudna od naniesionych wodorostów, nie odstraszała również spacerowiczów. Kawałek dalej spotkałem nawet miłośników kąpieli. I to nie morsowych szaleńców, bo woda była nadal ciepła i pachniała ostatnimi podrygami bałtyckiego lata w pełnej krasie. Droga nadmorską promenadą była naprawdę przyjemna (w ten emerycki sposób w jaki spacery potrafią być tyleż urocze co męczące i monotonne).





Po drodze odwiedziłem ogromny pomnik, a raczej kompleks postawiony ku pamięci ofiar II Wojny Światowej. Betonowy obelisk strzelał w górę tak wyraziście i wysoko, że trudno było przejść obok niego obojętnie. Z daleka wołał do mnie - „i tak wiem, że mnie zaszczycisz, nie udawaj niezainteresowanego”. Mimo komunistycznej szpetoty, pomnik stoi niezmiennie od lat, co dziwi tym bardziej, że o kolejnych rządach niezależnej Estonii można mówić wiele rzeczy, ale na pewno nie to, że są tolerancyjne wobec swojej sowieckiej przeszłości. Dookoła monumentu rozstawiły się zakochane pary, a rozliczne puste butelki po piwie sugerowały, że obecnie odbywają się tam spotkania towarzyskie dalekie od patriotycznej zadumy nad kolejami losów ludzkich. Spomiędzy betonowych kloców również tam wyrasta dzika trawa, sprawiając wrażenie jakby natura, może i niespiesznie, ale jednak upominała się o swoje.



Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że Tallin to „miasto olimpijskie”. Co prawda, Igrzyska Letnie w roku 1980 odbyły się oczywiście w Moskwie, jednak kilka dyscyplin zostało rozegranych poza granicami stolicy i jej okolic. W ten sposób sportowa gorączka dotarła do Mińska, Kijowa oraz właśnie Estonii. Idealne nadmorskie położenie sprawiło, że to tu właśnie rozegrano zawody jachtowe. Po nich pozostał jacht club Pirita, którego budynek i infrastrukturę do dziś dnia zdobią olimpijskie koła. Jego częścią jest także molo wcinające się w głąb akwenu, po którym trudno odmówić sobie spaceru, mimo że silnie operujące słońce wymęczyło mnie już do tego czasu okrutnie, a w głowie maszerował mi tłum pijanych świeżym jodem słoni.


Na regenerację sił najlepsza jest oczywiście dobra kuchnia i solidny posiłek. Na wzmocnienie apetytu zerkam więc na restauracyjne stoliki i cudze talerze. Wszystko wygląda wybornie, ale w samotnych wojażach nigdy nie jestem sam. Mój dzielny kompan, czyli wąż w kieszeni jasno dawał do zrozumienia, że żadna kiełbasa, nawet ręcznie robiona i z dodatkiem jabłek, nie jest warta takich pieniędzy. Na szczęście Supermarket Rimi obfitował w rozliczne frykasy, a jego podwoje otwarte były do późnych godzin wieczornych. Czarny chleb (czarny, nie brązowawy jak u nas!), do tego solidna, tłusta wędlina i piwo sprawiły, że wieczorem znowu nabrałem energii na spacer po Starym Mieście. Ze zdziwieniem dotarłem do kilku miejsc, które wcześnie jakoś mnie unikały. W zakamarkach znalazłem sporo kamienic, których elewacja aż prosiła się o remont, a zabite deskami okna sugerowały, że od lat nikt w nich nie mieszka. Około dwudziestej drugiej pusto było nie tylko tam, ale również na głównym placu, po którym kręciły się jedynie pojedyncze niedobitki spacerowiczów. Mimo nacierającego frontu chłodnego powietrza, z wielkim trudem zmusiłem się do powrotu do pokoju.

sobota, 17 września 2011

Tallin i Estonia, czyli republika związkowa numer pięć



Co my tak naprawdę wiemy o Estonii? Czy wymienimy jednego znanego Estończyka? Nawet piłkarza albo chociażby, tfu, polityka? Nie wydaje mi się. Ten mały kraj leży teoretycznie niedaleko nas, ale kulturowo, mentalnie i ekonomicznie równie dobrze mógłby znajdować się na innym kontynencie. Z rzadka przedostają się do nas jakieś szczątkowe informacje z Tallina i okolic. Ostatnio głównie te związane z globalnym kryzysem gospodarczym, który wyjątkowo dotkliwie znokautował nadbałtyckie republiki (co uwielbiały swego czasu podkreślać nasze media, oczywiście kontrastując je z faktem, że Polsce „nic się nie stało”). Zanim doszło do stanu zawałowego, Estonia była prawdziwym tygrysem Europy, który ciężko zapracował na swój sukces. Niskie podatki, rząd przyjazny prywatnej inicjatywie, silny nacisk na nowe technologie i niespotykany bilans pomiędzy przychodami, a wydatkami Skarbu Państwa skutkujący m.in. rekordowo niskim poziomem zadłużenia to tylko jego niektóre źródła. Trudno uwierzyć, że jeszcze w 1991 roku była to składowa część zdychającego i ponurego Związku Radzieckiego. Po dwóch dekadach Estonia należy do najnowocześniejszych państw Unii Europejskiej, a spośród byłych państw związkowych ma najwyższy poziom PKB oraz wskaźnik „jakości życia”.

Pewnego dnia wpadłem na pomysł, by odwiedzić wszystkie piętnaście państw powstałych po rozpadzie Imperium. Chociażby po to, by przekonać się jak ogromny, przepastny i zróżnicowany był to niegdyś organizm. Po Łotwie, Uzbekistanie, Gruzji i Ukrainie, przyszła pora na kraj numer pięć.

***


Już na lotnisku czuć, że tak naprawdę to jesteśmy w Skandynawii, a wszelkie post-sowieckie sentymenty są nie na miejscu. Wszystko dookoła, choć skromnych rozmiarów, jest nowoczesne, ekologiczne i przywodzi mi na myśl miłe wspomnienia z Rygi oraz szczególnie Helsinek. Kieszonkowe rozmiary Estonii dają znać o sobie już po wyjściu na zewnątrz terminalu. Osobnicy z lepszym wzrokiem są w stanie niemal dostrzec zabudowę śródmieścia. Przejazd miejskim autobusem do samego centrum stolicy zajmuje góra kwadrans. Nie mija więc dużo czasu, gdy melduję się w bramach Starego Miasta i mogę rozpocząć to po co przyjechałem do Tallina, czyli nieskrępowane niczym zwiedzanie oraz zaglądanie w każdy kąt.



Starówka to prawdziwa perła architektury, która łączy autentyczny urok rodem z XIV wieku z współczesnymi przyjemnościami stworzonymi wprost dla turystów. Z jednej strony, przypomina ona rozliczne niemieckie miasteczka. Reprezentacyjne kamienice z bielonymi frontami przywodzą na myśl inne aglomeracje basenu Morza Bałtyckiego, które okres prosperity przeżywały będąc członkami Związku Hanzeatyckiego (zupełnie zresztą słusznie, bo Tallin w średniowieczu był ważnym ośrodkiem handlowym doń należącym). Z drugiej, czuć to silne wpływy północnej Europy. O Estończykach mawia się, że są „Skandynawami, którzy przeżyli komunizm”. Kultorowo, językowo i etnicznie to bliscy krewni Finów. Ulice są więc czyste, uporządkowane. Nowa zabudowa skomponowana jest z pomysłem, a minimalizm sugeruje daleko posunięte wyczucie i staranność. Tu nie ma miejsca na tandetę, tymczasowość i słowiańskie „jakoś to będzie”. Od blondwłosych przechodniów bije jednak chłód i dystans, który czułem zawsze spacerując czy to po Sztokholmie, Kopenhadze czy Helsinkach. „Last but not least” bardzo silne są tu wpływy rosyjskie. Język naszych wschodnich sąsiadów słychać na każdym kroku. Pośród rozlicznych świątyń niemal połowa to cerkwie. Estonia, choć składa się z elementów dobrze mi znanych i ogranych, stanowi całość, która zadziwia oryginalnością, fascynuje i sprawia wrażenie obcowania z czymś zupełnie wyjątkowym. Podoba mi się tutaj od pierwszych chwil.





Obszar historycznego śródmieścia otoczony jest murami i pozornie szybko można poznać tu każdy kąt. W praktyce jednak, co jakiś czas trafiałem do miejsc zupełnie mi obcych, a ostatnie magiczne zakątki poznawałem nawet ostatniego dnia. Książki i znawcy radzą – przeczytaj przewodnik, zerknij raz czy dwa na mapę, a potem schowaj do wszystko do plecaka i po prostu spaceruj, zaglądając wszędzie gdzie widzisz coś interesującego. Zgubić się nie ma szans, ale raz czy dwa można poczuć przyjemną dezorientację.

Centralnym punktem Starego Miasta jest Raekoja plats, czyli „Plac Ratuszowy”. Tytułowa budowla, choć wygląda niepozornie, pochodzi z przełomu XIV i XV wieku i jest zabytkiem unikalnym. Jest to jedyny gotycki ratusz jaki zachował się z tego okresu w całej Europie Północnej.

Dookoła placu rozstawione są rozliczne kawiarnie i restauracje. Kilka z nich śmiało mogłaby zabiegać o najwyższe laury jakości, elegancji i ... nieprzystępnych cen. „Olde Hansa” dla przykładu oferuje przenosiny wprost do średniowiecza. Przed wejściem turystów zabawia młody człowiek ubrany w strój żaka sprzed wielu wieków. Reklama działa – o każdej porze dnia, stoliki były pełne gości. Kawałek dalej, ukrytą w niepozornej bramie znalazłem również restaurację „czosnkową”, dobrze mi już znany patent z pobliskiej Rygi. Charakterystyczna woń roznosiła się w powietrzu, zachęcając do wstąpenia chociażby na skromną zupę. Jednak szybka analiza menu podpowiadała mi natychmiast smutną prawdę – w tym miejscu jeść nie będę. Europa jeszcze raz pokazuje mi moje miejsce w szyku. Dla takich jak ja pozostaje supermarket, na szczęście otwarty do późna i bogaty w ogrom produktów spożywczych dostępnych dla mojej kieszeni.

Poza długimi ciągami kamienic, na Starówce dużo jest także świątyń. Estończycy to, przynajmniej w teorii, Protestanci, ale naród ten należy do najbardziej zlaicyzowanych w całej Europie. To się akurat władzy sowieckiej udało znakomicie. Kościoły luterańskie święcą więc pustkami i zamiast domów modlitw pełnią funkcję atrakcji turystycznych. Nieco inaczej jest z Rosjanami. W samym Tallinie, zależnie od szacunków, stanowią okoły połowy mieszkańców. Lokalne władze, można mieć wrażenie, nieco się na owej mniejszości wyżywają. Religia jest więc jednym z ośrodków „oporu” wobec natarczywej estonizacji,a prawosławie jest tu w silnej fazie wzrostowej. Cerkwie sa odwiedzane tłumnie, a ich cebulaste kopuły tu i ówdzie wystają zza miejskiej zabudowy, wprowadzając do skandynawskiego krajobrazu nieco zamieszania. Najbardziej bodaj znana jest Katedra Aleksandra Newskiego stojąca na szczycie wzniesienia Toompea, ale wszystkie bez wyjątku są wyremontowane i zadbane.




Są takie miasta na tym świecie, które mimo swojego położenia nad wodnymi akwenami, stoją do nich nie frontem, a tyłem. Ot, chociażby nasza Warszawa, który niby jest grodem nadwiślańskim, ale nic z tego nie wynika poza uciążliwym przejazdem po nielicznych mostach rzuconych w poprzek nurtu. Stolica Estonii do takich przykładów jednak nie należy. Miasto żyje w głębokiej symbiozie z Bałtykiem. Morze jest tuż, tuż. Czuć je w powietrzu. Wystarczy minąć jedną z bram wjazdowych na Starówkę, przejść dosłownie kilkaset metrów po zaskakująco zaniedbanym terenie, by trafić blisko nowoczesnych terminali promowych. Zza budynków prześwitują wody Zatoki Tallińskiej. Bałtyk! Tak dawno go nie widziałem, że aż się wzruszyłem. Dookoła panuje spory ruch. Z okolicznych sklepów wychodzą ludzie obładowani torbami. Wszyscy zmierzają w kierunku stanowisk odprawy. Niektórzy chód mają już ciężki, naznaczony trudem wędrówki od baru do baru. Kilkugodzinny wypad do Estonii to jedna z popularnych form spędzania weekendów pośród Finów. Promem odległość 70 km można pokonać nawet w mniej niż dwie godziny. Główne atrakcje to zabytkowe śródmieście (dla abstynentów) oraz rozliczne sklepy z alkoholami, które przeżywają oblężenie o każdej porze dnia.



Już miałem zacząć w myślach narzekać na deficyt sowieckiej zabudowy dookoła, gdy zza rogu wyłonił się obraz spełniający moje oczekiwania w tym zakresie aż zanadto. Kawałek obok portu swoich ostatnich lat dożywa przedziwny obiekt zbudowany z solidnego betonu. Na pierwszy rzut oka trudno powiedzieć jakie przeznaczenie mogło owe miejsce mieć w czasach swej świetności – oraz kiedy to było. Wielki plac jest pusty. Wiatr po nim dmucha, a słońce nagle znika za chmurami jakby ostrzegając mnie przed kolejnymi krokami. Na murach gęsto od kolorowych napisów i grafitti, spomiędzy popękanych płyt chodnikowych wyzierają kępki trawy, a rząd białych lamp sprawia wrażenie jakby nie dawał światła od wieków. Wchodzę po schodach, wymijam dziury, kałuże, rozbite butelki. Nieliczne grupki podejrzanych osobników, które dopijają właśnie kolejne piwa, zerkają na mnie spode łba. Ze szczytu rozciąga się miły duszy widok na morze. Kawałek dalej, już nad wodą, stoi ogrodzona platforma „helioportu”. Do niedawna jeszcze lądowały tutaj helikoptery, które łączyły Tallin z Helsinkami. Obecnie i ta część kompleksu niszczeje, pogrążając się w zapomnieniu. Jeszcze chwila i mam smutne wrażenie, że po Linnahall, bo tak miejsce nazywa się obecnie, nie pozostanie już nic, poza kupą gruzu.



Obiekt powstał w związku z moskiewskimi Igrzyskami Letnimi z roku 1980. Pałac Kultury i Sportu im. Włodzimierza Ilicza Lenina, bo tak kompleks nazywał się u zarania swoich dziejów, kryje w swoim wnętrzu ogromną salę koncertową. Spełniała ona zresztą inne rozliczne funkcje, m.in. lodowiska. Jej gabaryty na archiwalnych zdjęciach muszą szczerze imponować.

Z takim rozmachem, fantazją i wizją tworzyli jedynie sowieccy architekci! I tylko za czasów ZSRR można było zbudować coś równie szkaradnego, niedostosowanego do lokalnych potrzeb, a jednocześnie modernistycznego i ... nie pozostawiającego obojętnym. Trudno mi było uwierzyć, że za zaryglowanymi wejściami i pod powierzchnią szarego betonu kryje się wnętrze niegdyś tak wystawne i przepastne. Niestety, nie ma możliwości przekonania się o tym na własne oczy. Jeszcze kilka lat temu istniały ambitne plany rewitalizacji tego miejsca, ale wszystko wskazuje na to, że los kolejnego zabytku z niechcianej epoki jest już przypięczetowany. Z pewnym smutkiem i żalem wróciłem na Stare Miasto. Jeżeli naprawdę chcę zobaczyć pozostałości po ZSRR, muszę się pospieszyć, bo z każdą chwilą owe dziedzictwo parszywieje i znika z powierzchni ziemi. Może to i dobrze?