piątek, 28 maja 2010

Uzbeckie przepychanki wizowe

Dzisiaj odbyłem pielgrzymkę do Ambasady Uzbekistanu celem odebrania wizy. Jej otrzymanie nie było łatwe, nawet jeżeli ma się wszystkie dokumenty w idealnym porządku. Po pierwsze, godziny przyjmowania interesantów jak żywo przypominają czasy minionej epoki, gdzie „pan dyrektor przyjmuje w każdą ostatnią środę miesiąca w godzinach 10:00-10:15”. Nie ma wyjścia – trzeba złożyć wizytę w godzinach pracy i liczyć na zrozumienie w oczach szefostwa.
Na miejscu czeka na nas jeden pan ukryty za ladą, który, jak ma humor, mówi po polsku (całkiem dobrze), a jak ma gorszy dzień to po angielsku (słabiej niż po polsku). Jak humoru nie ma wcale to pewnie można się dogadać jedynie po rosyjsku albo i uzbecku. Dla poliglotów to raj.
Usłużnie składamy wszelakie potrzebne dokumenty, czyli wnioski wizowe poparte zdjęciami, dowód wpłaty za rozpatrzenie wniosku oraz wspominane już przeze mnie, zaproszenie od osoby prawnej mającej siedzibę w Uzbekistanie. Podobno obowiązkowe jest także poświadczenie, że ma się wykupione noclegi na każdą dobę pobytu na miejscu, ale mnie udało się jakoś przejść bez tego.
Po dwóch tygodniach przychodzi pora odebrania wizy. Dzisiaj sporo się namęczyłem, zanim ją otrzymałem, ponieważ urzędnik o aparycji wnuka Tamerlana i jego zasadach moralnych, męczył mnie okrutnie serią pytań: w jakiej firmie pracuje, co robi moja firma, co robi dokładnie, po co chcę jechać, z kim jadę, dlaczego sam, czy na pewno sam, czy znam pana x, który też jedzie do Uzbekistanu, czy na pewno nie znam Pana x, czy znam firmę która mnie zaprosiła, czy moja firma na pewno da mi urlop, czy lecę przez Moskwę czy przez Rygę, czy mam noclegi, czy przez tydzień zdąże zobaczyć wszystkie trzy miasta, czy na pewno nie znam Pana x i kilkadziesiąt innych. Przy okazji poddał w wątpliwość moje zatrudnienie w firmie, stwierdził, że moje zaproszenie jest nieważne, zbeształ mnie za to, że dołączyłem do wniosku wizowego opłatę (której uiszczenie przed rozpoczęciem postępowania wizowego jest obowiązkowe, ale co tam). W końcu zapytał się mnie w jaki sposób będę się porozumiewał na miejscu oraz czy znam Uzbecki. No i tutaj moja gehenna się skończyła. Odpowiedziałem bowiem, że uzbeckiego jeszcze nie znam, ale pierwsze słowa już owszem. Sallam Alejkum zakrzyknąłem i na twarzy biurkowego Tamerlana rozkwitło coś na podobieństwo uśmiechu. Wiza wbita, paszport oddany, życzymy przyjemnej podróży po Uzbekistanie. To chyba pierwsze zetknięcie z tym co mnie będzie czekało na miejscu i mimo wszystko, doczekać się nie mogę.

czwartek, 27 maja 2010

Sensimar kreteńskie

Do Uzbekistanu pozostało jeszcze nieco czasu, a tymczasem przecież, już niebawem, bo za dwa tygodnie, lecimy na Kretę.

Hip hip hura

Im częściej o tym myślę, tym częściej dochodzę do wniosku, że z moich ambitnych planów zwiedzania wyspy zostanie niewiele, tudzież i nic.

Hotel prezentuje się (na zdjęciach) zjawiskowo. Nigdy w czymś takim nie spałem i jak zerkam na fotografie poniżej to zastanawiam się co ja będę robił w takim eleganckim miejscu. Nieco zaczynam tęsknić do dawnych czasów i dawnych miejscówek. Tęsknie wspominam moje pierwsze dormitorium w Monachium, wąską kabinę w Sztokholmie, surowe wnętrze „pensjonatu” w Scarborough czy nawet nowojorską dziurę Candy. I wszystkie inne miejsca, które gościły moje cztery litery w ostatnich latach.





Hotel nazywa się Sensimar Sea Side i powinni dodawać chyba do niego instrukcję obsługi dla takich jak ja. Mam nadzieję, że się nie zgubię tam, bo Kreta ze swoją komercją przeraża mnie bardziej niż Uzbekistan ze swoją przekupną administracją.

niedziela, 9 maja 2010

Taszkient - Urgench zaklepane

Wczoraj w przypływie wyjazdowej tęsknoty postanowiłem raz, że zmodyfikować plan podróży po Azji Centralnej, a dwa, że zakupić bilet na lot wewnątrz Uzbekistanu. Posiedziałem, pomyślałem, policzyłem i doszedłem do wniosku, że zdążę nie tylko zobaczyć Bucharę i Samarkandę, ale czasu powinno starczyć także na trzecią perłę w jedwabej koronie, czyli na Khiwę (albo Chiwę albo jakkolwiek inaczej, bo wersji nazwy jest wiele). Rzut oka na mapę – miasto jest daleko na zachód.

Słynie z pięknego starego miasta koloru pustyni. Trafia tam ponoć mniej turystów,bo Khiva wydaje się być nieco z dala od głównych szlaków. Żeby tam dotrzeć musiałem kupić bilet do pobliskiego Urgenchu, z którego już ponoć łatwo dotrzeć do pierwszego celu mojej przyszłej podróży. Na miejscu jeden dzień i z powrotem na wschód. Będę musiał przedostać się do Buchary, co zajmie kilka godzin jazdy po czerwonej pustyni Kyzył-Kum. Wszystkie te nazwy brzmią nader tajemniczo i ciekaw jestem konfrontacji wyobrażeń z rzeczywistością dawnego Jedwabnego Szlaku.
Bilet na lot Taszkient-Urgench już mam. Tzn. myślę, że go mam, albowiem Uzbekistan Airways jest jedną z ostatnich lin lotniczych na świecie, które jeszcze nie zaprzyjaźniły się z internetem. Podobno bilety kupuje się w stosownych kioskach albo na lotniskach, więc nie wiem w jaki sposób zostanie odebrany tam mój bilet elektroniczny. Na wypadek wszelki, od dzisiaj zaczynam uczyć się podstaw języka rosyjskiego i podstawowych zwrotów po uzbecku.
A jak dobrze wszystko pójdzie, będę leciał do Urgenchu krótkozasięgowym Avro. Takim jak na zdjęciu poniżej.

Niby szkoda, że nie wspominanym wcześniej Ił-114. Do Urgenchu jest jednak dalej niż do Buchary i trasę obsługują inne samoloty. Teraz tylko buking noclegów i można uznać, że wszystko jest już zaklepane. Chyba, że zdobędę się na spontaniczność i pojadę bez żadnych rezerwacji...

czwartek, 6 maja 2010

Nic się nie dzieje, można by napisać

W Grecji zamieszki. Wiadomo, że z jednej strony media to rozdmuchują do granic przesady. Z drugiej strony, wiadomo jacy są południowcy. Szybko im ten rewolucyjny zapał minie i zajmą się tym co lubią najbardziej, czyli leniuchowaniem. Fakt faktem, ciekawe to uczucie widzieć w telewizorze plac Syntagma, na którym zamiast warty pompatycznych Ebzonów odbywa się przepychanka z policją. Ciekawe czy nasz wyjazd integracyjny na Kretę na tym wszystkim ucierpi.

Poza tym islandzka Ketla budzi się do życia, a mediowi wieszcze od wulkanologii już widzą jak na kilka miesięcy wszyscy w Europie przesiadamy się do pociągów i transportu drogowego.

Złotówka się osłabia, dolar idzie w górę. Koszty wszelkich podróży również, niestety.

„Obyś żył w ciekawych czasach”, mawia chińskie przysłowie i ostatnimi czasy na pewno w takich właśnie żyjemy.

Mam już Letter of Introduction do Uzbekistanu. Czyli mówiąc wprost: zaproszenie do tego kraju od pewnej firmy i jego przedstawiciela. To warunek niezbędny do uzyskania wizy oraz ciekawa pozostałość z dawnych czasów. Kiedyś potrzeba było osoby która zaprasza gościa, a potem za niego odpowiada podczas pobytu. Po dziś dzień ten system funkcjonuje w takich przyjaznych krajach jak Arabia Saudyjska albo słynących z gościnności republik Afryki Centralnej. Można by pomyśleć, że wraz z rozwojem turystyki zniknie, ale gdzie tam. Po co ma znikać, skoro może przynieść stałe i bezpieczne źródło dochodów dla „znajomych i rodziny królika”? Więc obecnie to czysta fikcja ale mając na uwadze korzyści finansowe dla „zapraszających” szybko nie minie.
Nie pozostaje mi nic innego jak tylko uiścić opłatę za wizę i udać się do ambasady. No i jeszcze zabukować wewnętrzny lot do Buchary oraz znaleźć jakieś noclegi. Bułka z masłem.

Do tego wyjazdu jeszcze zostało półtora miesiąca, ale wiadomo, że już zastanawiam się gdzie bym pojechał w kolejnym urlopowym rzucie. Są to oczywiście jedynie plany i pobożne życzenia wymawiane nieśmiało, gdy wieczorami wodzę swoim serdelkowatym paluszkiem po mapach świata.

Afryka. Gdy byłem pacholęciem, zaczytywałem się w książkach o tym kontynencie. Potem były różne etapy fascynacji (z kulminacją w postaci egzaminu wstępnego na filologię klasyczną podczas którego opowiadałem o ulubionym przysmaku jednego z dyktatorów) ale jak ostatnio zerknąłem na moją półkę, to zobaczyłem tam zaskakująco dużo pozycji odnośnie Czarnego Lądu. Uzbierało się przez lata. I dopiero wtedy dotarło do mnie, że przecież od zawsze chciałem udać się w objęcia tajemnicy Afryki. I to tej głębokiej, czarnej, spieczonej słońcem i zalanej potem. A póki co, byłem tam jeden raz – i to w Egipskim kurorcie.
Pomyślałem, że jeżeli przeżyję Uzbekistan (no i Kretę), to zastanowię się czy przypadkiem nie jestem już na tyle dużym chłopcem, by pochylić się nad Czarną Afryką. Pewnie skończy się na książkach i podróżach serdelkowatego palca mojego po mapie, ale trzeba mieć marzenia, by miało co się spełniać, jak mawia klasyczne radzieckie przysłowie.