czwartek, 6 maja 2010

Nic się nie dzieje, można by napisać

W Grecji zamieszki. Wiadomo, że z jednej strony media to rozdmuchują do granic przesady. Z drugiej strony, wiadomo jacy są południowcy. Szybko im ten rewolucyjny zapał minie i zajmą się tym co lubią najbardziej, czyli leniuchowaniem. Fakt faktem, ciekawe to uczucie widzieć w telewizorze plac Syntagma, na którym zamiast warty pompatycznych Ebzonów odbywa się przepychanka z policją. Ciekawe czy nasz wyjazd integracyjny na Kretę na tym wszystkim ucierpi.

Poza tym islandzka Ketla budzi się do życia, a mediowi wieszcze od wulkanologii już widzą jak na kilka miesięcy wszyscy w Europie przesiadamy się do pociągów i transportu drogowego.

Złotówka się osłabia, dolar idzie w górę. Koszty wszelkich podróży również, niestety.

„Obyś żył w ciekawych czasach”, mawia chińskie przysłowie i ostatnimi czasy na pewno w takich właśnie żyjemy.

Mam już Letter of Introduction do Uzbekistanu. Czyli mówiąc wprost: zaproszenie do tego kraju od pewnej firmy i jego przedstawiciela. To warunek niezbędny do uzyskania wizy oraz ciekawa pozostałość z dawnych czasów. Kiedyś potrzeba było osoby która zaprasza gościa, a potem za niego odpowiada podczas pobytu. Po dziś dzień ten system funkcjonuje w takich przyjaznych krajach jak Arabia Saudyjska albo słynących z gościnności republik Afryki Centralnej. Można by pomyśleć, że wraz z rozwojem turystyki zniknie, ale gdzie tam. Po co ma znikać, skoro może przynieść stałe i bezpieczne źródło dochodów dla „znajomych i rodziny królika”? Więc obecnie to czysta fikcja ale mając na uwadze korzyści finansowe dla „zapraszających” szybko nie minie.
Nie pozostaje mi nic innego jak tylko uiścić opłatę za wizę i udać się do ambasady. No i jeszcze zabukować wewnętrzny lot do Buchary oraz znaleźć jakieś noclegi. Bułka z masłem.

Do tego wyjazdu jeszcze zostało półtora miesiąca, ale wiadomo, że już zastanawiam się gdzie bym pojechał w kolejnym urlopowym rzucie. Są to oczywiście jedynie plany i pobożne życzenia wymawiane nieśmiało, gdy wieczorami wodzę swoim serdelkowatym paluszkiem po mapach świata.

Afryka. Gdy byłem pacholęciem, zaczytywałem się w książkach o tym kontynencie. Potem były różne etapy fascynacji (z kulminacją w postaci egzaminu wstępnego na filologię klasyczną podczas którego opowiadałem o ulubionym przysmaku jednego z dyktatorów) ale jak ostatnio zerknąłem na moją półkę, to zobaczyłem tam zaskakująco dużo pozycji odnośnie Czarnego Lądu. Uzbierało się przez lata. I dopiero wtedy dotarło do mnie, że przecież od zawsze chciałem udać się w objęcia tajemnicy Afryki. I to tej głębokiej, czarnej, spieczonej słońcem i zalanej potem. A póki co, byłem tam jeden raz – i to w Egipskim kurorcie.
Pomyślałem, że jeżeli przeżyję Uzbekistan (no i Kretę), to zastanowię się czy przypadkiem nie jestem już na tyle dużym chłopcem, by pochylić się nad Czarną Afryką. Pewnie skończy się na książkach i podróżach serdelkowatego palca mojego po mapie, ale trzeba mieć marzenia, by miało co się spełniać, jak mawia klasyczne radzieckie przysłowie.