Dzisiaj odbyłem pielgrzymkę do Ambasady Uzbekistanu celem odebrania wizy. Jej otrzymanie nie było łatwe, nawet jeżeli ma się wszystkie dokumenty w idealnym porządku. Po pierwsze, godziny przyjmowania interesantów jak żywo przypominają czasy minionej epoki, gdzie „pan dyrektor przyjmuje w każdą ostatnią środę miesiąca w godzinach 10:00-10:15”. Nie ma wyjścia – trzeba złożyć wizytę w godzinach pracy i liczyć na zrozumienie w oczach szefostwa.
Na miejscu czeka na nas jeden pan ukryty za ladą, który, jak ma humor, mówi po polsku (całkiem dobrze), a jak ma gorszy dzień to po angielsku (słabiej niż po polsku). Jak humoru nie ma wcale to pewnie można się dogadać jedynie po rosyjsku albo i uzbecku. Dla poliglotów to raj.
Usłużnie składamy wszelakie potrzebne dokumenty, czyli wnioski wizowe poparte zdjęciami, dowód wpłaty za rozpatrzenie wniosku oraz wspominane już przeze mnie, zaproszenie od osoby prawnej mającej siedzibę w Uzbekistanie. Podobno obowiązkowe jest także poświadczenie, że ma się wykupione noclegi na każdą dobę pobytu na miejscu, ale mnie udało się jakoś przejść bez tego.
Po dwóch tygodniach przychodzi pora odebrania wizy. Dzisiaj sporo się namęczyłem, zanim ją otrzymałem, ponieważ urzędnik o aparycji wnuka Tamerlana i jego zasadach moralnych, męczył mnie okrutnie serią pytań: w jakiej firmie pracuje, co robi moja firma, co robi dokładnie, po co chcę jechać, z kim jadę, dlaczego sam, czy na pewno sam, czy znam pana x, który też jedzie do Uzbekistanu, czy na pewno nie znam Pana x, czy znam firmę która mnie zaprosiła, czy moja firma na pewno da mi urlop, czy lecę przez Moskwę czy przez Rygę, czy mam noclegi, czy przez tydzień zdąże zobaczyć wszystkie trzy miasta, czy na pewno nie znam Pana x i kilkadziesiąt innych. Przy okazji poddał w wątpliwość moje zatrudnienie w firmie, stwierdził, że moje zaproszenie jest nieważne, zbeształ mnie za to, że dołączyłem do wniosku wizowego opłatę (której uiszczenie przed rozpoczęciem postępowania wizowego jest obowiązkowe, ale co tam). W końcu zapytał się mnie w jaki sposób będę się porozumiewał na miejscu oraz czy znam Uzbecki. No i tutaj moja gehenna się skończyła. Odpowiedziałem bowiem, że uzbeckiego jeszcze nie znam, ale pierwsze słowa już owszem. Sallam Alejkum zakrzyknąłem i na twarzy biurkowego Tamerlana rozkwitło coś na podobieństwo uśmiechu. Wiza wbita, paszport oddany, życzymy przyjemnej podróży po Uzbekistanie. To chyba pierwsze zetknięcie z tym co mnie będzie czekało na miejscu i mimo wszystko, doczekać się nie mogę.
