wtorek, 10 lutego 2015

10.02, Warufakisowanie

Budzimy się rano, zerkamy za okno, a tam pada śnieg. Śnieg? W Atenach? Mając w pamięci, że jeszcze kilka dni temu mieliśmy tu słońce i błękitne niebo, a mną targały dylematy “pocić się w długich spodniach, czy świecić bladymi łydkami w krótkich”, wydawać to się mogło niemożliwością. A jednak. I w Grecji czasem padą śnieg. A już szczególnie zimą. Opad był co prawda nędzny niczym tutejsza gospodarka - zamieniał się w wodę zanim jeszcze dotknął ziemi, no ale był i sprawiał, że już zupełnie nam się nie chciało wychodzić z pokoju.

Ja jednak wyszedłem - samemu. Wykorzystałem poranek na pospacerowanie po ateńskich zaułkach, które, jak już pisałem niejeden raz, upodobałem sobie szczególnie. Widok Placu Monastiraki, z jego wypolerowaną posadzką lśniącą od wilgoci i Akropolem w tle, należy chyba do moich ulubionych widoków wielkomiejskich. Nie wiem czemu. Może dlatego, że łączy w sobie niemal wszystko - od gęstej zabudowy, poprzez istny miks epok, kończąc na odrapaniu, sugerującym,że wszystko jest autentyczne. Wygląda tak, bo tak się złożyło, a nie dlatego, że tak postanowił jakiś naczelny architekt czy też inny urzędnik. Urzekające!


Wdrapałem się również do Anafiotiki, której to okolice również należą do bliskich memu sercu. Tam z kolei odczuwałem, że jest to miejsce, które umiera (zapewne razem ze swoimi coraz to starszymi mieszkańcami), a ja, jeżeli odwiedzę Ateny ponownie, nie zobaczę tej niewielkiej dzielnicy w kształcie takim jak teraz. Chociaż, z drugiej strony, przez ostatnie siedem lat chyba niewiele się ona zmieniła, więc, kto wie, być może posiada ona unikalny dar opierania się współczesności (a może raczej, umęczona Grecja zapomniała o tym łakomym kąsku, walcząc o przeżycie).



Inna refleksja naszła mnie już po zejściu na dół - odnośnie klasycyzmu. Tej architektury, której w Polsce akurat zachowało nam się bardzo dużo, po prostu nienawidzę. Na widok stylizowanych na antyk kolumnad i portyków robi mi się słabo. Chociaż kocham kampus takiego Uniwersytetu Warszawskiego, jego budynki zawsze były dla mnie transparentne, nie historyczne, a użyteczne, pozbawione jakiegokolwiek uroku. Nie wiem do końca z czego to podłe uczucie się bierze, ale tak już jest, a ja nie zamierzam tego na siłę zmieniać. Przyznać jednak muszę, że gdzie jak gdzie, ale w Atenach klasycyzm mi nie przeszkadzał. Ba! Muszę przyznać, że styl ten po prostu tam pasował, wyglądał naturalnie, może dlatego, że był on u siebie “w domu”, w miejscu, w którym narodziła się jego inspiracja, czyli architektura starożytnej Grecji przecież?



Takie oto dywagacje zaprzątały mój umysł. Spacerując z głową w śniegowych chmurach musiałem wyglądać nobliwie, ale swe kroki szybko skierowałem w miejsce wyjątkowo nie-nobliwe, czyli do sklepu spożywczego. Znalazłem markecik tuż obok targu (który, dodam dla porządku, w deszczu i wilgoci prezentował się jeszcze gorzej niż kiedyśmy go widzieli po raz pierwszy - niemożliwe, a jednak, prawdziwe!). Nie wiem o co chodzi z tymi greckimi sklepami, ale ten do którego trafiłem, wyglądał jakby przed chwilą przeszły przez jego wnętrze krwawe zamieszki. Brudno, tłoczno, chaotycznie i byle jak… A wybór niewielki. Kupiłem co znalazłem i popędziłem do domu, do głodnej rodziny…

...Z którą potem wyszliśmy na obowiązkowy spacer. Tym razem przeszliśmy przez dzielnicę Kolonaki. Nic szczególnego, ot sporo betonu sprzed kilku dekad, podlanej sosem współczesnej beznadziei. Gdzieś w bramie widzieliśmy nawet ćpuna, który chyba akurat ładował sobie działkę ambrozji prosto w żyłę. A dla odmiany, obok Parlamentu do którego dotarliśmy, spotkaliśmy ministra finansów, Janisa Warufakisa. Ot, szedł sobie ulicą. Ciekawa osoba. Wygląda raczej jak muzyk rockowy, ewentualnie emerytowany bokser, żeby nie powiedzieć, że jak podstarzały lump. Ubiera się skromnie niczym doktorant nauk politycznych - widzieliśmy go w nie w garniturze, a zwykłej kurtce-wiatrówce, z plecakiem na plecach i w ciężkich butach. Ponoć Warufakis lata na spotkania klasą ekonomiczną, na lotnisko dojeżdża autobusem, wiedzie żywot plebejski, szkoda tylko, że nie ma żadnego sensownego planu na ratowanie greckiej gospodarki. Kiedy usłyszałem o tej nominacji i przejrzałem jego wcześniejsze dokonania (m.in. związane z biznesem internetowym), pomyślałem, że może to być człowiek z wizją. Co prawda, lewacką, ale między nami, nie gra to większej roli. Gdy chodzi o człowieka spoza układu politycznego, moją sympatię zdobyć może każdy. Niestety, jak się później okazało wizja Warufakisa sprowadziła się (póki co, ale nie mam już żadnych nadziei) do tego, że nie zamierza oddawać zaciągniętych pożyczek i prosi o więcej pieniędzy, których pewnie też nie odda. A to mądrala!

***

Następnego dnia mamy lot przed 17-tą. Jest więc czas na pożegnalny spacer, tym bardziej, że znowu pojawiło się słońce. Żegnamy się też z gospodarzami naszego przybytku. Mili, młodzi ludzie. Pytają nas czy znaleźliśmy mieszkanie do kupna. Jak się okazało, większość ich lokatorów to osoby, które przyjeżdżaja do Aten i szukają tu właśnie dogodnej oferty na rynku nieruchomości. Co rodzi pytanie, czy gdybym miał pieniądze, chciałbym je ulokować w tym właśnie mieście. Nie powiem, Ateny podobają mi się nadal, tak jak podobały mi się lata temu. Są brudne i chaotyczne, ale w tym ich cały urok. Mają w sobie czar południa. Pomarańcze rosnące na drzewach. Ciepły wiatr znad morza. Zaduch budynków, których historia sięga wielu wieków wstecz. Zapach oliwy i czosnku oraz świeżo zaparzonej kawy. No i lenistwo, które sączy się z każdego kąta. Z chęcią bym do tego wszystkiego kiedyś jeszcze wrócił, ale na stałe wolałbym chyba jednak żyć w mieście, w którym moja żona nie będzie miała okazji wpaść do studzienki kanalizacyjnej.

poniedziałek, 9 lutego 2015

09.02, W deszczu

Od poniedziałku Ateny przeszły zaskakującą metamorfozę. Pogoda się pogorszyła. Temperatura spadła do góra dziesięciu stopni. Stalowe chmury zasłoniły niebo, zaczął padać a to deszcz, a to śnieg (!), czego się nie spodziewaliśmy. Zniknęli też gdzieś i tak nieliczni turyści, razem z nimi zamknęły się niektóre sklepy z pamiątkami, a restauracje i bary zupełnie opustoszały. Co tu pisać, zrobiło się nagle smutno i refleksyjnie, spędzaliśmy więc więcej czasu w domu niż na zewnątrz.

Zostało nam jeszcze sporo atrakcji do odwiedzenia. Nie mieliśmy jakiegoś szczególnego ciśnienia żeby je wszystkie zobaczyć, ale prawda była również taka, że był to nasz piąty dzień w tym mieście i czuliśmy, że relaks zaczyna coraz intensywniej walczyć ze zwykłą, acz przyjemną i urlopową, nudą. Weszliśmy więc do środka Starożytnej Agory. Teren jest duży, pełen różnej maści zabytków, począwszy od tych wielkich i imponujących, takich jak Stoa Attalosa czy Świątynia Hefajstosa, poprzez pamiątkę po czasach Bizancjum w postaci uroczego, krągłego kościółka, kończąc na rozrzuconych wszędzie elementach rzeźb i budynków, które nie przetrwały do naszych czasów. Ciekawe jest to, że na tym terenie, o którym wiadomo od zawsze, że był centrum starożytnych Aten, nadal nie odkryto jeszcze wszystkiego - leniwe prace archeologiczne trwają i trwać będą, nie wiadomo również jakie wyniki przyniosą. Dla miłośników antyku jest to miejsce, po którym mogą zapewne chodzić godzinami. W końcu, to tutaj przemawiał Platon, tutaj rodziły się również idee, które funkcjonują dookoła nas do dzisiaj. Z tego powodu, Agora jest więc prawdziwym pomnikiem naszej cywilizacji (a nawet - Prawdziwym Pomnikiem Naszej Cywilizacji).




Potem znowuż przeszliśmy przez całą Plakę (niepoznając dzielnicy w ów poniedziałkowy, smętny dzień!), wstąpiliśmy na kawę do "naszej" knajpki, niespiesznie dotarliśmy do wielkiego Łuku Hadriana i weszliśmy na teren Świątyni Zeusa. Z tej imponującej budowli pozostały jedynie ruiny, ale i te robią niemałe wrażenie. Kolumny, tak te piętnaście z nich, które nadal stoją, jak i pozostałe, które leżą na ziemi, są olbrzymie i dają dobre pojęcie o tym jak miejsce to wyglądało w czasach swojej świetności, czyli, jakby nie liczyć … dobre osiemnaście wieków temu.




Po obiedzie ("nie zostanę nigdy miłośnikiem kuchni greckiej" - pomyślałem wtedy) i sjeście wychodzimy jeszcze na spacer, ale pogoda szybko nas wypędza z powrotem do domu. Zanim to jednak nastąpiło, wspinam się na jedno ze wzgórz, z którego rozciąga się widok na miasto. Co tu dużo pisać, mimo ciężkich chmur i wilgoci w powietrzu, widok nadal robił na mnie wrażenie. Każdy skrawek ziemi wydawał się zagospodarowany, tu i tam z morza betonu, wystawały pozostałości po burzliwej historii.


Kiedy już wracamy, na deptaku, na którym jeszcze kilka dni temu buzowało życie, widzimy samotnego “Pana naprawię wszystko”, który ogrzewa się ogniem buchającym z włąsnoręcznie zrobionego koksownika. Wszystko dookoła smagał wiatr, kropił deszcz. Ateny zdecydowanie pokazały nam swoją inną twarz, a my nie byliśmy pewni czy aby na pewno chcieliśmy ją w ogóle oglądać.

niedziela, 8 lutego 2015

08.02, Pireus i spacery po Atenach

Tego dnia wybraliśmy się do Pireusu. Po śniadaniu, spakowaliśmy się i poszliśmy w stronę metra, którym można dojechać na miejsce w ciągu dosłownie kilkunastu minut. Ateny mogą pochwalić się naprawdę rozbudowaną siecią podziemnej kolei - łącznie mają tu trzy linie i ponad pięćdziesiąt (!) stacji. Trasa do Pireusu jest nie tylko najstarsza (kolej jeździ nią od 1869 roku, czyli od stu czterdziestu sześciu lat), ale chyba i najładniejsza - częściowo wiedzie wzdłuż antycznych murów Agory, częściowo zaś wspina się na niewysokie estakady skąd można obserwować współczesność okolicznych dzielnic.
Pireus to największy port Grecji i jeden z największych w akwenie całego Morza Śródziemnego. Z jednej strony to nadal osobne miasto, z drugiej jednak, należy on do aglomeracji Wielkich Aten, więc traktuje się go raczej jako kolejną dzielnicę stolicy. W takim sąsiedztwie, jego atrakcje, w najlepszym razie uznać należy za drugoligowe. W Pireusie nie ma praktycznie żadnych zabytków (mimo, iż jego historia sięga starożytności), a jego wąskie uliczki zapamiętałem przed laty jako ruchliwe, brudne, ale jednocześnie rozczarowująco nieciekawe. Co prawda, turyści odwiedzają go tłumnie, a to dlatego, że jest to punkt tranzytowy - to stąd bowiem odpływają setki promów na greckie wyspy. Patrzenie się na jak te morskie kolosy manewrują wzdłuż betonowego nabrzeża to jedna z rzeczy dla których, ewentualnie, warto jednak do Pireusu przyjechać. Drugim powodem jest Olimpiakos, czyli piłkarski klub, od lat dominujący w greckim futbolu, który to tutaj ma swoją siedzibę. Trzecim - Mikrolimano, jachtowa marina o wyjątkowej, śródziemnomorskiej urodzie - i to ją postanowiliśmy zobaczyć. Wysiedliśmy obok stadionu rzeczonego Olimpiakosu i po nierównej walce ze schodami (których było dużo i z którymi nasz wózek sobie zupełnie nie radził), przeszliśmy ponad ruchliwymi drogami i powędrowaliśmy w stronę wody. Mijaliśmy okolice o wyjątkowo parszywej urodzie. Odrapane, zamazane kibicowskimi graffitti, śmierdzące szczynami. Dobrze że świeciło słońce i było ciepło, co pozwoliło nam przymknąć oko na te niedogodności.

Zaś samo Mikrolimano było faktycznie piękne. Ale i niestety, zurbanizowane, zabetonowane, zakryte. Zatoka była praktycznie niewidoczna z poziomu ulicy. Wybrzeże szczelnie ukryło się za barami, restauracjami, klubami. Żeby pogapić się na błękit wody trzeba było wejść do jednego z przybytków. Rankiem były puste i spokojne, więc po małym spacerze, usiedliśmy w jednym z miejsc, zamówiliśmy kawę i delektowaliśmy się chwilą, mimo, iż dookoła nas było trochę snobistycznie, a ceny przypominały, że nasze portfele pochodzą z Trzeciego Świata.




W okolicach zatoki trudno było spędzić więcej niż godzinę, góra dwie. Więc wróciliśmy do Aten, akurat trafiając na czas obiadu. Za namową pracownika naszego hotelu, postanowiliśmy pójść do rekomendowanej knajpki o nazwie, która sugerowała rozległe, rybne menu - Atlantikos. Gdyby nie mapka i jasne polecenia gdzie skręcić, to byśmy nigdy jej nie znaleźli i to mimo, iż od naszego lokum dzieliło ją dosłownie kilkaset metrów. Ukryła się ona w brudnej, wąskiej, pomazanej bazgrołami uliczce. Po bliższemu przyjrzeniu się, uliczka ta okazała się być brudna, wąska i pomazana bazgrołami o artystycznym zadęciu. Tuż obok znajdował się alternatywny antykwariat oraz galeria sztuki, które w ten sposób reklamowały swoje usługi.



Zjedliśmy smaczne ryby, spotkaliśmy narzekające na Ateny małżeństwo autochtonów (w sumie, nie trzeba było długo czekać aż zaczęło im się samowolnie ulewać - co wiele mówi o tym jak bardzo wszystko dookoła sparszywiało…) i poszliśmy na kolejny spacer żeby spalić kalorie.

O Atenach można mówić (i pisać) różnie, w tym również źle i bardzo źle, ale nie sposób przyznać, że mają one swój urok, który docenią szczególnie miłośnicy historii. Pod Akropolem znajduje się mnóstwo starożytnych pamiątek, które z racji dynamicznego rozwoju miasta przez ostatnie dekady, wtopiły się w jego współczesną tkankę: np. Rzymska Agora, Wieża Wiatrów, Biblioteka Hadriana, Świątynia Zeusa, Stadion Olimpijski… Owa symbioza robi czasem niesamowite wrażenie, tym bardziej, że jest niezaplanowana - prace archeologiczne towarzyszyły pracom budowlanym, często dokonywano zaskakujących odkryć. Kontrast między tymi pomnikami przeszłości, a teraźniejszością dookoła nich bywa więc naprawdę drastyczny, szczególnie w okolicach placu Monastiraki i tamtejszego targowiska, oferującego tandetę, która dosłownie ociera się o mury pamiętające II wiek naszej ery. Okoliczni bezdomni też zresztą nie szanują historii (o co trudno mieć pretensję) i szczególnie wieczorami, oblegają okolice, traktując ją m.in. jako sypalnię i kibel.


Dziwnym trafem docieramy w końcu również do Anafiotiki, niewielkiej dzielnicy położonej tuż pod murami Akropolu. Nie jest to proste z wózkiem, ponieważ strome podejścia i schody zniechęcają, ale dobrze pamiętałem, że istnieje łagodne podejście i dopiero tego dnia, udało mi się je zlokalizować. Co sporo mówi o tym jaką miejską plątaniną potrafią być Ateny, albo… jak słaby jestem ostatnio z miejskiej topografii.

Dzielnica słynie z białych domków, wybudowanych w stylu “cykladzkim” w XIX wieku. Miały one, w zamierzeniu swoich twórców, przypominać im opuszczone rodzinne strony. Po latach trzeba przyznać, że owa sztuka w pełni im się udała. Domków jest niewiele, ale spacerując pomiędzy nimi, zaglądając do drewnianych okienek i wspinając się na wąskie schody, można przenieść się na chwilę daleko od Aten i… nabrać dzikiej ochoty na odwiedzenie jednej z greckich wysepek. Anafiotika tego dnia była zupełnie pozbawiona życia, zaś skromne otoczenie sugerować może, że mieszkają tam głównie osoby starsze. Pewnego dnia, gdy wszyscy już umrą, a ich domy wykupi aktywniejsza klasa średnia, okolica ta zamieni się w jeden ciag barów i restauracji. Trudno uwierzyć, że jeszcze się to nie stało, bo okolica, powtórzę się, jest po prostu urocza.


Wracając do siebie poszliśmy na zakupy. Jako, że padało, poszukaliśmy sklepu blisko nas i znaleźliśmy taki, który nazwaliśmy “dziuplą u Albańczyka”. Warunki sanitarne tego miejsca z pewnością nie słyszały o XXI wieku, ale właściciel był sympatyczny, a ceny atrakcyjne. Wybór nie był duży. Zdecydowałem się m.in. na kawałek białego sera, który pan ukroił nam wielkim nożem, przedtem wycierając go w brudną ścierkę, co mnie ujęło i sprawiło zapewne, że Ludwik Pasteur przekręcił się w grobie. Istnienie takich nor w centrum stolicy kraju, przypominało nam o tym, że Grecja to kraj, którzy przeżył swoją śmierć. Sam ser zaś był pyszny.

Po zmroku wyszedłem jeszcze na spacer sam. Na Placu Monastiraki, śmiem twierdzić, jednym z najpiękniejszych miejsc Aten, było pełno młodzieży i bezdomnych. Zarówno stary meczet, jak i pozostałości po Bibliotece Hadriana były podświetlone, podobnie zresztą jak wzgórze Akropol, które jak zawsze, wyznaczało azymut. Cisza i spokój dookoła zachęcały do tego, by iść przed siebie. Wędrowałem więc, podziwiałem i dumałem. Dotarłem na Plac Syntagma, popatrzyłem na zmianę warty, wzruszyłem się przypominając sobie siebie, w tym samym miejscu, siedem lat wcześniej, po czym wróciłem do hotelu.




sobota, 7 lutego 2015

07.02, Jego Wysokość Akropol

Tego dnia odwiedziliśmy Akropol. To wapienne wzgórze, na szczycie którego zachowały się pozostałości Aten Peryklesa, góruje nad zabudowaniami, milcząco przypominając każdemu, że obcuje z miastem o historii liczonej w tysiącach lat. Widać je niemal z każdego miejsca, co jest zresztą tyleż symboliczne, co i praktyczne, ponieważ pozwala odnaleźć właściwy azymut nawet największym topograficznym niezdarom.

Po śniadaniu ruszyliśmy więc przed siebie. Szliśmy szybko, bo chciałem zdążyć przed innymi, ale tym razem, ta sztuka się nie udała. Napisałem “tym razem”, ponieważ poprzednio miałem to szczęście, że byłem pierwszym turystą, który odwiedził to miejsce. O poranku, w słońcu, przy asyście błękitnego nieba, muszę przyznać, było to wrażenie mistyczne. Miałem wszystkie zabytki tylko dla siebie. Mogłem na nie spokojnie popatrzeć, przyjrzeć się im z bliska, z daleka, dotknąć, powąchać, zamknąć oczy i wyobrazić sobie jak musiało to wszystko prezentować się w latach swej świetności. To jednak było kiedyś. Tego zaś poranka trafiliśmy do istnego tygla. Ludzi było mnóstwo i pisząc wprost, te kilkadziesiąt minut na Akropolu było dla mnie raczej zaliczeniem punktu obowiązkowego niż czymkolwiek więcej.






Jednak dwie rzeczy na pewno się nie zmieniły. Po pierwsze, dookoła znajdowało się mnóstwo współczesnych sprzętów służących do prac remontowych. Stalowe rusztowania, dźwigi, tymczasowe baraki, plandeki, wózki widłowe, rury - to wszystko wchodzi w kadr, uwiera oko i psuje ogólne wrażenia obcowania z czymś dostojnym i wiekowym. Od odzyskania przez Grecję niepodległości, Akropol jest ratowany od zniszczenia i nic nie wskazuje na to, by kiedykolwiek za naszego życia, powiedziano “To już koniec. Skończyliśmy”.

Po drugie, ze wzgórza rozciąga się niesamowity widok na miasto. Ateny z tej perspektywy wyglądają chyba na ciekawsze niż są w rzeczywistości. Zabudowa jest gęsta, chaotyczna, zdecydowanie “barbarzyńska”, czyli “nie europejska”. Zresztą, cytując pewnego młodego podróżnika: “Ateny to wszechobecny beton, miasto czasem poskładane tak chaotycznie i przypadkowo, że podziwiane ze szczytów wzgórz (jeżeli ma się szczęście i cokolwiek widać zza chmury smogu) potrafi szczerze rozbawić brzydotą swego ogromu. Ale może to sprawia także, że jest wyjątkowe – choć pudełkowate to jednak tak szczere i autentyczne w swym istnieniu, że w ten sposób ... kto wie czy nie najpiękniejsze?” . Trochę naiwna to obserwacja, ale trzeba przyznać, że mimo upływu lat, nadal się z nią zgadzam.





Po wizycie w “sercu” Aten, przyszła pora na odwiedzenie jego “podbrusza”. Niedaleko naszego lokum rozciągała się dzielnica Omonia, zaczynająca się placem o tej samej nazwie. To tak swoją drogą, wyjątkowo parszywa okolica. Kto wie czy nie najpodlejsza … w całej Unii Europejskiej. Trochę jesteśmy przyzwyczajeni do bezpieczeństwa i tego, że na Starym Kontynencie nic się nie ma prawa wydarzyć, tymczasem po Omonii odradza się spacery, szczególnie po zmroku, a i w ciągu dnia należy tam bardzo uważać. Narkomanii, kieszonkowcy, romscy gangsterzy, zdesperowani nielegalni imigranci - oto główne atrakcje, które czekają tam na nierozsądnych. Jak na złość losu, w Omonii właśnie znajduje się sporo dobrych hoteli, ale ich obecność w tym miejscu nie oznacza wcale, że zła sława przechodzi do historii.

Nie zamierzaliśmy jednak zapuszczać się tak daleko. Między niesłynną Omonią, a “naszym” Psiri znajduje się bowiem ateński targ, jedna z bardziej alternatywnych “atrakcji” dla turystów. Już ulica doń prowadząca, zatłoczona, głośna Athinas zwiastowała, że znaleźliśmy się w zupełnie innej części miasta niż nobliwe okolice Akropolu. Wszędzie gdzie okiem sięgnąć widzieliśmy wystawy sklepowe oraz “dzikie” stanowiska, na których wystawiano dosłownie wszystko o czym można pomyśleć (i sporo rzeczy o których nigdy bym nie pomyślał, dodałem w duchu). Nie było jednak w tym ani odrobiny śródziemnomorskiej radości. Wszystko prezentowało się posępnie, zupełnie jakbyśmy byli nie na południu, a nie przymierzając, w Radomiu. Sprzedawcy wyglądali na zmęczonych, kupujący na zdesperowanych, a towary prezentowały się blado, mizernie i tandetnie.

Sam targ zrobił na nas przerażające wrażenie. Nawet moja wrażliwość została wystawiona na mocną próbę, gdy trafiliśmy do części, gdzie sprzedawano mięso. Z haków zwisały okrwawione resztki zwierząt, w powietrzu unosił się typowy dla rzeźni zapach, ale całość tych doświadczeń przebił widok obdartych ze skóry baranich łbów ...z oczami. Pomyślałem, że to wszystko byłoby w stanie zachęcić do wegetarianizmu niejednego miłośnika mięsiw, nawet mnie.

Na szczęście szybko stamtąd uciekliśmy. Zrobiliśmy trochę zakupów do domu - i niepomiernie zdziwiliśmy się, że w niemal każdym sklepie znajdowały się produkty z Polski. Od słodyczy, przez piwo, puszki, przetwory, kończąc na … kiełbasie. Nie wiem tylko czy to efekt naszej eksportowej potęgi (byłby to pierwszy w życiu przykład tego, że nie jest to jedynie wymysł dziennikarzy Agory!) czy też może konsekwencja tego, że te sklepy prowadzili rodacy, których zresztą w Atenach zawsze było wielu.

To był intensywny dzień. Może słowa nie oddają tego dobrze, ale po wizycie na targu, poszliśmy zobaczyć jeszcze raz zmianę warty, zobaczyliśmy imponujący Stadion Olimpijski, zjedliśmy dobry obiad, pospacerowaliśmy po Place i porządnie wymęczyliśmy tak siebie, jak i Gabrielę, która zresztą z godną podziwu konsekwencją przyciągała uwagę wszystkich dookoła.