W Atenach nie mieliśmy hotelowych śniadań, mieliśmy za to apartament z kuchnią. Jednak tego dnia poszliśmy coś zjeść na zewnątrz. Obok naszego przybytku znajdował się miły placyk, a na nim, kilka restauracji. Usiedliśmy w jednej z nich i ciesząc się doskonałą pogodą, zamówiliśmy śniadanie w greckim stylu. Suflet, jajecznica, słodkie bułki a’la crossaint, do tego kawa, herbata. Tyle i aż tyle wystarczyło, by delektować się tym magicznym porankiem. Dookoła co chwila przejeżdżały obładowane towarami skuterki, obok nas lokalni mieszkańcy przeglądali gazety i sączyli swoją poranną kawę po grecku (w praktyce, jest to kawa po turecku, która przywędrowała do Aten wraz z napływem uchodźców z Anatolii), słowem, toczyło się normalne życie, którego staliśmy się częścią. A do tego, świeciło piękne słońce, a powietrze pachniało nie tylko spalinami, ale i bliską wiosną. Była to doskonała, mała chwila szczęśliwości.

Ale nie wszystko było znowuż takie idealne. Nasza dzielnica, jak już wspominałem, pełna swoistego, szelmowskiego uroku, przypominała czasem tor przeszkód. Wąskie uliczki pełne samochodów, krzywe chodniki, rozmaite przeszkody w postaci dziur, wysokich krawężników, barierek tarasujących przejście - to wszystko potęgowało klimat, ale również było męczące, gdy stawało na drodze naszego wózka. Byliśmy tu jedynie “na chwilę”, więc nie narzekaliśmy, chociaż niejeden raz sporo musieliśmy się namęczyć, żeby po prostu przejść dalej. Ale tutejsi młodzi rodzice, niedołężni starcy albo niepełnosprawni mają ciężkie życie, graniczące z wykluczeniem (kilka dni potem spotkaliśmy miłe małżeństwo z małym dzieckiem, które podsumowało swoją codzienność jednym słowem - to jeden wielki dramat. Wierzymy na słowo). To zresztą można powtórzyć o wielu miejscach w Atenach.



Jak już wydostaliśmy się z “naszego” Psiri, wchodziliśmy na brukowaną promenadę, czyli Apostolou Pavlou. Tam robiło się zdecydowanie łatwiej i przyjemniej. Przy dobrej pogodzie i w okolicach weekendu, zapełniała się ona nie tylko spacerowiczami, ale również sprzedawcami “mydła i powidła”. Skromne kramy oferowały różne używane graty (smutno przypominając o kryzysie), tudzież, własnoręcznie robione świecidełka.



Kawałek dalej, trasa zmieniała swoją nazwę, stając się deptakiem Dionysiou Aeropagitou (po polsku - ulica Dionizego Aeropagity, czyli pierwszego biskupa Aten). Przed laty,była to jedna z wielu zatłoczonych arterii, pełna spalin, smogu, samochodów i ludzi. Współcześnie, ta okolica to prawdziwa wizytówka miasta. Zamknięto ją dla ruchu kołowego, więc można tu spokojnie spacerować i napawać się ciszą, widokami oraz bogatą zielenią. Trasa wiedzie obok wielu zabytków, łącząc je ze sobą i pozwalając podziwiać je w oderwaniu od zgiełku wielkiej aglomeracji. Na ich podziwianie mieliśmy jeszcze kilka dni, więc póki co, oglądaliśmy je z daleka i skupialiśmy się na tym, by po prostu, spacerować, odpoczywać, poczuć, że jesteśmy na urlopie.





Pod Akropolem znajduje się słynna dzielnica, Plaka. To bodaj najbardziej turystyczna część Aten, pełna tawern, barów, sklepów z pamiątkami. Uliczki zwyczajowo są tam wąskie, wiją się to w górę, to w dół. Ale fronty domów, w większości, prezentują się w miarę świeżo (choć nie zawsze…), a chodniki są równe, chociaż nadal jakby za wąskie. Architektura to w większości zabudowa powstała jeszcze w czasach Osmanatu. Co ciekawe, kiedy w 1830 roku Grecja odzyskała niepodległość, ówczesne Ateny zamieszkiwało kilka (sic!) tysięcy osób, a dzisiejsza Plaka stanowiła zdecydowaną większość aglomeracji. To tutaj zaczęła się więc współczesna historia Aten. Z czasem “serce” tego miasta przesunęło się w kierunku “nowych” dzielnic, a sama Plaka najpierw przeszła proces gentryfikacji, a z czasem - komercjalizacji. Mimo wszystko, miło tam było spacerować i praktycznie każdego dnia tam trafialiśmy, chociaż na chwilę.




Po krótkim odpoczynku na kawę i coś na ząb, nie mogłem odmówić sobie zobaczenia jednej z atrakcji Aten, które pamiętałem z pierwszej wizyty. Dotarliśmy więc na Plac Syntagma, gdzie przed klasycystycznym budynkiem tutejszego parlamentu, popatrzyliśmy na zmianę warty nad Grobem Nieznanego Żołnierza. Jest to celebra zupełnie z innego świata. Żołnierze ubrani w tradycyjny strój Ebzonów (nawiązujący do Wojny Niepodległościowej, w detalach oddający cześć każdemu roku osmańskiej okupacji) poruszają się w pompatyczny, wręcz komediowy sposób. Cyzelują każdy krok, machają butami z przyczepionymi, ogromnymi pomponami… Wygląda to zabawnie i taki też efekt wywołuje na twarzach zebranych gapiów, chociaż wszystko jest przecież na poważnie (choć trudno w to uwierzyć).


Plac Syntagma to także niemy świadek ostatnich wydarzeń, którymi żyje cała Grecja. Kryzys finansowy zebrał tu swoje krwawe żniwo (jak zawsze, uderzając w najsłabszych i oszczędzając tych, którzy za niego odpowiadają), a marmurowe posadzki wielokrotnie gościły wielotysięczne tłumy, protesty, marsze, wiece i zwykłe burdy. Ilekroć odwiedzaliśmy knajpy, na podwieszonych telewizorach widzieliśmy nie transmisje z meczów, a … relacje na żywo z parlamentu, w których nowy premier, Aleksis Tsipras, roztaczał swoją wizję naprawy ojczyzny oliwek i ouzo. Poza nami, niemal każdy gość wpatrywał się w posiedzenia z uwagą godną najważniejszych wydarzeń sportowych.

To był miły dzień. Na zewnątrz trochę nam się zeszło. Do domu wypędził nas dopiero deszcz. Popołudniem znowu się przejaśniło, więc wyszliśmy się przewietrzyć przed snem. Znowuż krążyliśmy pod Akropolem, obserwując jak zachodzące słońce rzuca na Ateny złotą poświatę, w której nawet szary beton nabierał faktury godnej starożytnej historii tego miejsca.
