
Pewnego ranka wyjechaliśmy z domu, obładowani toną bagaży, a ja byłem blady i spocony na myśl o tym, że czeka nas kilka godzin PRAWDZIWEJ PRÓBY CHARAKTERU. Czuliśmy się jakbyśmy wybierali się nie na urlop, ale na skomplikowaną operację militarną - nasze małe Market Garden, czy raczej, Market Gaben.
***
Nie chcieliśmy lecieć nigdzie daleko. Góra dwie, trzy godziny lotu - to i tak wydawało nam się, że będzie za dużo dla dziecka, które standardowo nie jest w stanie usiedzieć w jednym miejscu dłużej niż dziesięć sekund. Wybór ostatecznie padł na Ateny.

O zaszczyt goszczenia nas przez tydzień, stolica Grecji do ostatniej chwili rywalizowała ze Stambułem oraz sycylijskim Palermo. Ostatecznie zdecydowały sensowne godziny połączeń (rzecz niezmiernie ważna, jeżeli podróżuje się z kimś, kto ma w zwyczaju jeść i spać o określonych godzinach, a każda zmiana harmonogramu wywołuje RYK WŚCIEKŁOŚCI), dobra pogoda, a na końcu dopiero sama cena za bilet oraz to, że na miejscu nie jest przesadnie drogo. Niestety, a może stety, bezpośrednie loty do Aten kosztowały kosmiczne kwoty, więc zdecydowaliśmy się na Air Serbia, z przesiadką “na zmianę pieluchy” w Belgradzie. To był dobry wybór, bo linie te okazały się być naprawdę przyjemne i godne polecenia. Uprzedzając też fakty, muszę przyznać, że nasza pociecha podróż w obie strony zniosła zaskakująco dobrze. Bez płaczu, wyrywania się, lamentowania. Tata był z niej dumny. Widać, że zamiłowanie do podróżowania w naszej rodzinie przechodzi na kolejne pokolenie.
Do samych Aten wróciłem po siedmiu latach. Ten pierwszy raz to był początek mojej przygody z podróżowaniem. Przez ten czas zapomniałem już jak fajny to był wyjazd i jak bardzo mi się wtedy tam spodobało. Pamiętam za to doskonale to, że moja ówczesna przełożona nie chciała mi dać urlopu (kwitując moją prośbę jakże przyjemnym słowem - „zapomnij”), więc działając w afekcie, kupiłem bilet, który pozwalał polecieć do Aten bez potrzeby brania nawet jednej godziny wolnego. Wyleciałem z Warszawy w piątek późnym wieczorem, wróciłem zaś w poniedziałek bladym świtem. Spałem tylko jednej nocy, nie marnując czasu na zbędny wypoczynek. Wszystko, co się działo na miejscu, majaczy gdzieś pomiędzy jawą a iluzją. Miasto pamiętam jak przez mgłę. Przyjechałem do niego ciemną nocą i od razu je polubiłem. Było w nim ciepło, pachniało w nim dziwnie, na drzewach rosły pomarańcze, a obok znajdowały się antyczne pamiątki po minionych wiekach. Siedem lat temu Ateny były miejscem magicznym i cieszyłem się, że będę miał okazję zobaczyć je ponownie. Jak zawsze w takich przypadkach zadawałem sobie pytanie - ile z moich dobrych wspomnień okaże się prawdą, a ile z nich jedynie urojeniem?
***
Ateny są szalone. To się nie zmieniło i zapewne nie zmieni nigdy. Niech nie zwiedzie nas to, że jest to kolebka naszej cywilizacji, miasto starożytnych filozofów, skąd pochodzi cały dorobek kulturalny “białego człowieka”. Ateny to miejsce, gdzie Europa się kończy. Znajdują się na wysokości geograficznej Teheranu czy Duszanbe i czasem można odnieść wrażenie, że bliżej im właśnie do Azji. Zabudowa jest gęsta, a przybrudzony beton dominuje i przytłacza. Ludzi i samochodów jest dużo, za dużo. W Atenach mieszka ponad trzy miliony osób, co stawia je w gronie największych aglomeracji kontynentu (teoretycznie, bo do tego doliczyć wypada różnej maści emigrantów w liczbie nieokreślonej). Nasz taksówkarz, który odebrał nas z lotniska (zamówiony wcześniej - bo przecież samochód musi mieć odpowiedni fotelik do przewiezienia dziecka!), gdy tylko wjechał do centrum miasta zaczął co chwila siarczyście przeklinać. Ja bym chyba nie był w stanie się tam poruszać autem. Wydaje się, że Ateńczycy jeżdżą zgodnie z przepisami, ale interpretują je dosyć dowolnie… Parkują gdzie tylko znajdą wolne miejsce. Wjeżdżają w najwęższe uliczki, często ocierając się o mury czy też inne auta (stąd karoseria większości z nich daleka jest od fabrycznej doskonałości). Jeżeli gdzieś wjeżdżać nie wolno - oznacza to, że wolno, ale trzeba włączyć światła alarmowe. Pierwszeństwo również wydaje się być kwestią umowną - do ustalenia w zależności od sytuacji na drodze. Piesi nie mają żadnych praw. Światła są raczej rzadkością. Skoro tak, wchodzą na jezdnię i próbują przemknąć pomiędzy autami. Największą nerwowość naszego kierowcy wzbudził bezdomny, który spokojnie szedł środkiem ulicy, nic nie robiąc sobie z wymijających go samochodów. To szaleństwo od początku zaczęło mi się podobać.

Mieszkaliśmy w miłym apartamencie położonym w sercu dzielnicy Psiri. Mieliśmy ledwie kilkaset metrów do Akropolu, ale naszą dzielnicę trudno było nam określić jako “reprezentacyjną”. Ulice były wąskie, chodniki pełne dziur, a okoliczne sklepy oferowały przedziwny asortyment - a to komis, a to produkty z mosiądzu, tudzież inne, używane żelastwo… Mury budynków były brudne, oblepione pokładami plakatów, pomazane farbami, złuszczone. Było to wszystko klimatyczne, ale również posępne, nawet w słońcu i na tle błękitnego nieba. Na pierwszy rzut oka, Psiri wyglądało po prostu jak niebezpieczna okolica, taka, do której lepiej nie zapuszczać się nocą. Tak tu też było, ale w latach 90-tych - od tego czasu wiele się zmieniło. Dzisiaj to, wbrew pozorom! miła, przyjazna dzielnica pełna dobrych restauracji, kawiarni, barów, no i nocnych klubów, a jej obskurny wygląd ma w sobie coś z wystylizowanego pozerstwa “na lumpa”.



Zanim dojechaliśmy, rozpakowaliśmy się, zaczęło robić się późno, więc wyszliśmy szybko na spacer, połączony z zakupami oraz kolacją. Trochę byliśmy zmęczeni, przez co nieporadnie poruszaliśmy się w przestrzeni miejskiej. Najpierw szukaliśmy supermarketu, który na mapie pokazał nam chłopak prowadzący nasz przybytek. Bezskutecznie. Nie mogliśmy zupełnie odnaleźć się w plątaninie ulic. Poprosiliśmy o pomoc - tubylec podumał i wskazał nam kierunek, który oczywiście okazał się zły. No tak, to południe, tutaj nie wypada powiedzieć “nie wiem”, więc lepiej skłamać. O tym zapomnieliśmy. Potem Ania … wpadła do studzienki kanalizacyjnej. Na szczęście, była płytka i nic się jej nie stało. Na pomoc od razu rzucili się przechodnie. Panowie pomogli Ani wstać, a Panie zaczęły zajmować się dzieckiem. Wszyscy głośno krzyczeli i chociaż greckiego nie rozumiemy, domyślaliśmy się, że wygrażają na kraj, w którym przyszło im żyć i władze miejskie, które nie są w stanie zająć się studzienką, która może stać się przyczyną poważnego wypadku. Supermarket znaleźliśmy, bo okazało się, że cały czas szliśmy jednak w dobrym kierunku - przypominał siermiężne lata 90-te w Polsce. Biednie, brudno, byle jak. Dobrze, że mieli pieluchy.
Na koniec poszliśmy na kolację. Wybraliśmy restaurację blisko nas. Prowadził ją uprzejmy i bardzo miły dżentelmen, który niestety, słabo znał się na kulinariach i jeszcze gorzej, na prowadzeniu biznesu. Przybytek istniał od niedawna i świecił pustkami. Nie wróżę mu sukcesu. Nasze dania były umiarkowanie smaczne, chociaż wielkie krewetki w pomidorowym sosie przypomniały mi, że jesteśmy na urlopie i od tej pory, moja dieta zmieni się na bardziej urozmaiconą niż zazwyczaj. Pan Właściciel, zamiast polować na kolejnych klientów, wolał zabawiać nasze dziecko, albo siedzieć przy ławce popijając białe wino. Jak tu nie lubić tych Greków?
