poniedziałek, 17 sierpnia 2015

14-17.08, Debiut na Suwalszczyźnie


Kierunek - Suwałki. To kolejna biała plama na mojej mapie Polski, szczególnie wstydliwa, bo o tym regionie kraju naprawdę nic nie wiem. Poza dyrdymałami typu “biegun zimna” czy tym, że grają tam w piłkę w klubie Wigry, mają blisko na Litwę, a większość dyletantów (w tym ja) uważa, że Suwalszczyzna to część Mazur. Za co oczywiście rodzimi mieszkańcy się pewnie obrażają, bo regiony te łączy co najwyżej bliskość położenia i rozliczne jeziora, dzieli zaś cała reszta, łącznie z kulturą i historią, która odcisnęła na tych ziemiach swoje piętno w zupełnie inny sposób. No ale po kolei.

Traf chciał, że na miejsce jechałem wieczorem i kolejny raz zapisałem sobie w dzienniczku, żeby tego więcej nie robić. Nocą polskie drogi są złe, a inni kierowcy (z naciskiem na tych z rejestracją zaczynającą się od BL) zachowują się jak szaleńcy. Za to na miejscu czekała na nas spokojna, śpiąca już mieścina, z wielkimi rondami, po których sunęły TIR-y z litewskimi rejestracjami. Nasz hotel “Loft” był za to miłym zakończeniem dnia. Mieścił się w dawnych koszarach, w odrestaurowanym na nowoczesną modłę budynku, w którym pokoje były przestronne i wysokie na ponad trzy metry. Chociaż było tam nowobogacko i trochę za bardzo “ęą” jak dla mnie, od razu mi się tam spodobało. Zapowiadał się miły, rodzinny wyjazd.

***

I tak było też w istocie. Budziliśmy się przed siódmą, bo szkoda było marnować idealną pogodę jaka była za oknem. A poza tym, nasze dziecko nam nie pozwalało już spać, bo chciało się bawić, tańczeć i śpiewać. Przed 9-tą spożywaliśmy śniadania (przyzwoite, ale nie doskonałe) i jak przystało na prostych ludzi, patrzyliśmy się na innych gości. Zawsze mnie ciekawi - kim są, co robią, co myślą, no i ile mają kasy. Mógłbym napisać książkę, która byłaby wywiadem-rzeką z napotkanymi hotelowymi gośćmi. Tylko musiałbym zacząć z nimi rozmawiać i tu jest problem, bo ja nie lubię rozmawiać z ludźmi, a już szczególnie, z obcymi. No nieważne. Pomyślałem sobie, że jest to dobre miejsce na weekend z kochanką. Jak się jakiejś dorobię, to na pewno tam z nią przyjadę. Inni już te pomysły wprowadzili w życie, codziennie dla przykładu spotykaliśmy pewną parę, która mimo, że dawno przekroczyła 40-tkę mizdrzyła się do siebie na każdym kroku. I zapewniam, że nie było to mizdrzenie “małżeńskie”, tylko takie, które cierpliwie czekało na swoją kolej i dopiero co znalazło swoje “ujście”. Państwo Ci w swoich zalotach byli na tyle bezpośredni, że trudno było ich nie zauważyć. Pomyślałem więc, że tym krótkim wpisem na blogu oddam swoisty hołd ich gorącej miłości, która dopiero w Suwałkach mogła przestać się ukrywać przed światem.

Po śniadaniu był zawsze spacer. O tej porze Suwałki były senne i leniwe. Dla odmiany, bo zdaje się, że o każdej porze Suwałki są senne i leniwe, jak na prowincję przystało. Nie jest to miasto piękne, ale przy miłej pogodzie i na tle idealnie błękitnego nieba, zyskało naszą sympatię.

I to mimo, iż okolice hotelu nie należały do szczególnie reprezentacyjnych. Żeby dotrzeć do ścisłego śródmieścia, mijaliśmy ruiny dawnych koszar, potem musieliśmy przejść przez wielkie ronda opanowane o każdej porze dnia i nocy przez ciężarówki. A potem przez okolice centrum handlowego, które rozmiarami przytłaczało okoliczną, parterową zabudowę i… stację benzynową.

Za to reprezentacyjna ulica Kościuszki wyglądała już miło i zachęcała do dalszych spacerów. Architektura Suwałk to “piaseczyńska” odmiana klasycyzmu rodem z zaboru rosyjskiego. Czyli jednym słowem, jest to prowincjonalne, biedne miasteczko, którego obecny kształt to w dużej mierze efekt inwestycji z XIX wieku, przez co Suwałki wyglądają tak jak setka innych miast, które znajdowały się na szlaku wiodącym od Warszawy do Sankt Petersburga. Nic szczególnego niestety, ale i tak, podobało nam się tam, bo znowuż - pachniało tam wakacjami i było stamtąd daleko do pracy i problemów jakie tam zostawiłem.



Po obiedzie (dodajmy, że wyjątkowo paskudnym) pojechaliśmy do Wigier, tudzież do Wigrów. Trasa była niezbyt ciekawa krajoznawczo, a do tego, mimo, że byliśmy w sumie na prowincji, było na niej zaskakująco tłoczno. Zatęskniłem do pustek w okolicach Węgorzewa, gdzie miałem drogi tylko dla siebie, a widoki na jeziora sprawiały, że chciałem się co chwila zatrzymywać i dumać nad pięknem mazurskich widoków. W tym regionie Suwalszczyzny tak nie było. Zamiast ciszy, był ryk silników, zamiast zapachu wody - smród spalin i kurzu spod kół…

...ale i tak warto się było telepać po tych bezdrożach, bo na końcu drogi czekała na nas prawdziwa perła regionu jaką jest Klasztor Kamedułów. Gdyby nie dzikie tłumy i cepelia jaka rozłożyła się u jego bram, można by tam było oddać się iście religijnej zadumie. Ale i tak przyjemnie było pospacerować po wiekowych zaułkach, popatrzeć na dawne eremy, mrużyć oczy od słońca odbijającego się od bielonych ścian... Ciekawostką jest to, że kiedy podczas zaboru rosyjskiego skasowano mieszczący się tu zakon, bracia przenieśli się na… Bielany. Musiało im być tęskno do tutejszych widoków, chociaż ich nowy dom może się przecież pochwalić ładnym położeniem niedaleko Wisły.







***

Kolejnego dnia pojechaliśmy w pierwszej kolejności do Stańczyków, gdzie podziwiać można monumentalne wiadukty dawnej linii kolejowej łączącej Gołdap i Żytkiejmy. Konstrukcje są ogromne, a ich położenie - pośrodku bezludnych zielonych wzniesień sprawia, że wydają się być jeszcze potężniejsze i to mimo, iż ich wysokość to “zaledwie” niewiele ponad 30 metrów. Trochę szkoda, że nie są już używane i nigdy więcej nie przejedzie po nich żaden pociąg. Mogłoby być to naprawdę niesamowite przeżycie, jak i duża atrakcja regionu, tym bardziej, że … Suwalszczyzna tak na dobrą sprawę, zbyt wiele ich wcale nie posiada. A przynajmniej, tak mi się zaczęło wydawać.



Potem ruszyliśmy nad Jezioro Hańcza, czyli najgłębsze jezioro w Polsce (dno opada nawet na sto i więcej metrów). Moja żona, Ania, była już mocno zmęczona upałem, więc nie zabawiliśmy tam długo, co mi akurat odpowiadało, bo zejście jakie znaleźliśmy było pełne ludzi i generowanego przez nich gwaru. Trochę szkoda, bo w ciszy i spokoju, jezioro musi prezentować się zjawiskowo, aczkolwiek i tego dnia nie można mu było nic odmówić. Pomoczyliśmy nogi i wróciliśmy do hotelu.

***

Jak widać, nasz pierwszy kontakt z Suwalszczyzną był nader powierzchowny, ale wyjazdy z kobietą w ciąży i małym dzieckiem już takie są. I tak, lubię takie weekendy, bo są zawsze sposobem na oderwanie się od rzeczywistości, a także okazją do tego, by uporządkować sobie w głowie różne głupie pomysły, które wpadają, gdy człowiek ma wszystkiego dosyć. Nie wiem kiedy wrócimy znowu w te rejony, bo pisząc brutalnie - okolice Suwałk z pewnością potrafią być urocze, ale daleko im jednak do Mazur, które stawiam zdecydowanie wyżej w hierarchii i do których jest mi zdecydowanie bliżej, zarówno pod względem odległości, jak i preferencji.

niedziela, 2 sierpnia 2015

30.07-02.08, Na koniec - koniec świata

Ostatnim etapem naszych wielkich wakacji była podróż do Piasków. Byliśmy tam rok temu i tak nam się spodobało, że postanowiliśmy wrócić na Mierzeję Wiślaną. No dobrze. JA POSTANOWIŁEM WRÓCIĆ. Dobrze się tam czułem i miło spędziłem te kilka dni wakacji AD 2014. Moja rodzina również. I to pomimo faktu, że Piaski to skupisko kilkunastu domostw i jako takie, teoretycznie (i praktycznie też…) nie ma nic do zaoferowania. Jest tam jedna ulica, dosłownie trzy knajpy, kawiarnia, malutki port, a w sumie to porcik, a za największą atrakcję uchodzą dziki, które spacerują sobie po Piaskach zupełnie jakby byli kolejną rodziną na wakacjach. No i najważniejsze - Piaski to prawdziwy kraniec Polski i nie jest to żadna literacka metafora. W pewnym momencie droga się kończy, a dalej jest już tylko las, za nim zaś granica, Obwód Kaliningradzki i znowu las, tylko już rosyjski. To działa na wyobraźnię. Przynajmniej moją. Często wracałem wspomnieniami do tego miejsca i mimo, iż był to koniec wakacji, cieszyłem się na myśl, że znowu tam wrócę.

Niestety, pogoda była fatalna. A to padało, a to na padanie się zanosiło. Taka aura na “końcu świata” to pewien problem, bo poza spędzaniem czasu na zewnątrz, nie ma tam przecież co robić, a siedzieć w pokoju nie ma sensu. Pierwszego dnia pojechaliśmy więc do Krynicy Morskiej. Czy wiecie, że jest to miasto, w którym dochód na mieszkańca jest ponoć największy w Polsce? Dziwiło mnie to tylko chwilę. Gdy zacząłem się nad tym głębiej zastanawiać, zaskoczenie minęło. Krynicę zamieszkuje jakieś 1400 osób. Co roku na wakacje przyjeżdża tu pewnie co najmniej kilkadziesiąt tysięcy letników. Licząc razem z krynickimi noworodkami i emerytami - to jakieś, powiedzmy, 40-50 osób na każdego mieszkańca. Co prawda, letnicy są biedni i oszczędni, ale wakacje nad Bałtykiem potrafią zachęcić do zmiany nawyków. Kryniczanie wiedzą jak to wykorzystać i całe swoje miasteczko wypchali budkami ze wszystkim - lodami, frytkami, kebabami, goframi, świecidełkami, piwami, balonikami, zabawkami, dmuchańcami plażowymi, napojami i tańc-budami. A jak komuś została wolna działka - to jeszcze się zrobi parking na samochody.


Coś za coś. Strumień pieniędzy z pewnością pozwala przymknąć oko na ten drobny fakt, że lokalny biznes rokrocznie gwałci swoje własne miasto, na kilka miesięcy zamieniając je w paradny cyrk. Byłem tam drugi raz i drugi raz nie mogłem wyjść z podziwu - jak tu jest kurwa brzydko! A najgorsze jest to, że gdzieś spod tego tandetnego makijażu prześwituje prawdziwa uroda nadmorskiego miasteczka i wtedy robi się jeszcze smutniej, bo człowiek zdaje sobie sprawę, że Krynica to zmarnowany potencjał, to architektoniczna ladacznica, która skręciła w złą drogę i niestety, jest już za późno na zmianę, bo zamiast kościoła i modlitwy, woli uprawiać nierząd za trzy średnie krajowe.

Tyle narzekań. Zjedliśmy obiad w dostojnej hotelowej restauracji. Przybytek miał ponoć wszystkie pokoje zajęte, a ceny wziął chyba z kosmosu - kilkuset złotych za noc wart z pewnością nie był. Ania, jak to Ania, szybko zapoznała się z dziewczyną, która opiekowała się dziećmi w sali zabaw. Usłyszała ciekawe historie, np. takie, że niektórzy goście (tacy co płacą kilkaset złotych za noc, by spać w przybytku, który wygląda jak połączenie Taj Mahal i bloków z okresu Gierka…) zostawiają jej dziecko na chwilę, bo niby jedzą obiad, a po dwóch godzinach okazuje się, że poszli sobie na plażę i nie zamierzają wcale po dzieciaka wracać. Zabawna ta cała Krynica!

Drugiego dnia pogoda była podła, ale nie przeszkodziło nam to w delektowaniu się Piaskami. Spacery, kawa w kawiarni, gofry w gofriarni (?), tylko czemu piwo w barze? No nieważne. Popołudniem dostałem pozwolenie od mojej żony na samotną wycieczkę po plaży. Pogoda była beznadziejna, sztormowa, wiało okrutnie, a stalowe niebo dosłownie zlewało się swoją barwą ze wzburzonym morzem. Dwa razy się pytałem czy naprawdę nie ma ochoty mi towarzyszyć z dzieckiem, ale nie chciała. Dziwne. Postanowiłem, że to idealna aura na to, by dotrzeć do granicy polsko-rosyjskiej, która znajduje się kilka kilometrów na wschód od jednego z zejść na plażę. Po drodze spotkałem jedną parę podobnych do mnie “spacerowiczów”, którzy chyba wracali z takiej samej eskapady, dwójkę osób w namiocie (sic!) oraz dziwne, brodate stwory, które ukryły się za łódkami z jakąś naukową aparaturą. Tłumów nie było.


Kiedy już dotarłem pod płot i nacieszyłem się samotnością, okazało się, że jedną z wydm stoją sobie polscy żołnierze w liczbie dwóch osób, których zadaniem jest pilnowanie tego strategicznie ważnego miejsca. Gdzieś w oddali, już po rosyjskiej stronie, widać było wieżę strażniczą, ale nigdzie nie widziałem żadnego śladu życia (poza mewami). Kawałek dalej, zagubiony w lesie, stał sobie czerwony szlaban, a za nim rosły już rosyjskie drzewa. To chyba najbardziej intymna granica jaką widziałem, oczywiście, pomijając te granice, które dziś są już tylko na mapach.



Trzeciego dnia wyszło słońce. A my wyszliśmy na plażę. W taką pogodę od razu przypomniałem sobie dlaczego tak bardzo chciałem tu wrócić. Piaski latem, w słońcu i przy błękitnym niebie, mają swój urok. Który niestety znika gdy tylko pogoda robi się gorsza - o czym będę pamiętał na przyszłość.




***

I tyle. Wielkie, wyczekiwane przez cały rok wakacje w ten sposób dobiegły końca. Nie miałem wątpliwości (i nie mam nadal), że były one bardziej udane od wakacji AD 2014. Czy raczej - JESZCZE BARDZIEJ UDANE. Były one również intensywne (być może nawet za intensywne). O tym niech świadczy to, że przez te kilkanaście dni na liczniku mojego samochodu przybyło 1,500 kilometrów. Czyli - przejechaliśmy trasę jak z domu do Aten! Nic dziwnego, że po powrocie oddałem samochód i dostałem nowy... Będę czule wspominał Mitsubishi ASX. Jakby nie patrzeć, był to mój pierwszy samochód. Zrobiłem nim całkiem sporo, miałem jeden wypadek, kilka różnych przygód, nim również wiozłem do domu ze szpitala moje pierwsze dziecko i chociaż nie była to konstrukcja doskonała, będę miał do niego ogromny sentyment, a za 30 lat, kto wie, może go sobie kupię (w końcu kupię, bo ten był z leasingu).

A same wakacje? Cóż, letnia ekspada po Polsce na stałe weszła do naszego kalendarza i nie wyobrażam sobie innego sposobu spędzania urlopu w lato. Po powrocie do domu (bardziej - po powrocie do pracy) już zacząłem odliczać dni do kolejnej takiej przygody, co pomagało mi pokonywać kolejne rozstroje nerwowe związane z codziennością korporacyjnego szczura.