Nasz hotel, czy raczej “hotel” był położony z dala od cywilizacji. Aby dojechać na miejsce musiałem w pewnym momencie skręcić z asfaltu i dalej telepać się kilka ładnych minut po bezdrożach, zastanawiając się czy aby przypadkiem to nie za dużo dla służbowego samochodu. Oczywiście, dla samochodu służbowego nie istnieje “nie da się”, więc na miejsce dojechaliśmy bez problemu.
***
A obudził nas głód oraz śpiew ptaków za oknem. Byliśmy naprawdę na końcu świata. Dookoła żadnych innych zabudowań. Wrażenie samotności i oddalenia pogłębiał mostek należący do folwarku. Który był się dawno temu zarwał, a ponoć, można nim było szybciej dojechać do jakiegoś wsioła. Zjedliśmy śniadanie, pełne naturalnych warzyw i owoców “prosto z ogródka”. Porozmawialiśmy z przemiłym gospodarzem. Pozwiedzaliśmy teren. Fajnie jest mieć takie miejsce i tyle przestrzeni, ale wolę nie myśleć ile kosztuje utrzymanie tego wszystkiego w jako takim porządku. Nie znam się, ale nie wygląda to jak opłacalny biznes. Dzieciom się podobało. Było tam trochę zwierząt, w tym wyjątkowo tłuste świniaki oraz jednooki kot, który przechadzał się dookoła w pozie “a’la wojownik”. Musiał być z niego niezły kocur.



Kiedy się już ogarnęliśmy, wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Grunwaldu. Drogi były zupełnie puste. Na miejscu również tylko pojedyncze osoby. Co nie dziwi, bo Pole Bitwy nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Ot, dwa duże pomniki, ładny widok na okolicę, a dla szczęściarzy, którym żona pozwoli - interaktywne muzeum. Moja nie pozwoliła. Z tych nerwów się mi przypomniało, że już tu kiedyś byłem. Na szkolnej wycieczce w szóstej klasie. Wyjazd zaowocował wtedy początkiem ognistego romansu pomiędzy mną, a koleżanką z klasy. Zadziwiające, że od wydarzeń, które tak dobrze pamiętam, minęło, bagatela, jakieś dwadzieścia pięć lat. Ciekawe co teraz robi Gosia, czy odwiedziła jeszcze kiedyś Grunwald i czy podobnie jak ja, pomyślała wtedy o tym unikalnym uczuciu, które nas w tym miejscu ze sobą połączyło?




Gdy nasyciliśmy się już historią, pojechaliśmy do Garncarskiej Wioski. Świetne miejsce. Gabriela ulepiła z gliny domek. Zjedliśmy zupę z pokrzyw. Mieliśmy okazję spotkać Rafała Blechacza, który ze swoją mamą, przygotowywał się mentalnie do swojego wieczornego występu. Jakie to życie bywa przewrotne. W 2005 roku zwyciężył w XV Konkursie Chopinowskim i był na ustach wszystkich, nawet tych, którzy nie wiedzą jak przeliterować słowo “fortepian”. Minęło ledwie dwanaście lat, a Pan Rafał, zamiast koncertować po świecie, chałturzy w Garncarskiej Wiosce, uświetniając rozdanie jakichś lokalnych nagród. Chociaż, z drugiej strony, może po prostu robi to, co lubi. Kto to może wiedzieć?

