niedziela, 8 lipca 2012

08.07, Za Żelazną Kurtyną

O ile za czasów „Żelaznej Kurtyny”, Berlin Wschodni budził raczej fascynację niż gołe przerażenie, wschodnio-niemiecki interior był prawdziwą, niezgłębioną dla Zachodu Strefą Zła. Same nazwy miast budują napięcie i brzmią niczym zapowiedź kłopotów – Lipsk, Halle, Drezno, Chemnitz, czy raczej Karl-Marx Stadt, Magdeburg, Jena. To nie są przyjemne nazwy. Jest w nich coś niepokojącego zmysły, coś co do dzisiaj sprawia, że człowiek nerwowo się wierci na samą o nich myśl.

Zanim jednak udałem się w podróż powrotną do Berlina, zjadłem śniadanie i nie krepowałem się przez porcją porządnej dokładki. Wybór spory i iście teutoński. Gdzie indziej na świecie porządny hotel oferuje swym gościom klopsiki, tłusty bekon czy kaszankę na rozpoczęcie udanego dnia? Dopiłem tyle kawy ile dałem radę, a Pan Staszek zachęcał mnie nawet do zrobienia sobie kanapek na drogę. „Przecież i tak wszystkiego tu nie zjedzą” – krzyczał, gdy wlokłem go z powrotem do schodach do pokoju.

Po godzinie w pociągu jestem z w powrotem w Magdeburgu (ciarki na plecach, niepokojąca muzyka godna kina sensacyjnego lat 60-tych rozbrzmiewa w tle). Miasto zostało zmiecione z powierzchni ziemi pod koniec II Wojny Światowej i nie za bardzo zajęto się jego odbudowaniem. Powstało niemal od początku. To jeden z największych przykładów socrealizmu na zachód od Odry: szerokie aleje, masywne budynki pnące się do nieba. Wszystko przypomina tak Warszawę, jak i Bukareszt czy Moskwę, ale tam wszystko jest i masywne i gęsto zabudowane, tymczasem w Magdeburgu jest to bardziej „sraczka planisty”. Do tego dodajmy, że planisty nad wyraz wiernego ideałom i założeniom stylu. Budynek tu, budynek tam, jedna szeroka ulica, dużo wolnego miejsca dookoła. Dziwnie to wygląda. Po nadobnym Quedlinburgu, czuję się jakbym został strącony do piekła. Jednak Magdeburg podoba mi się. Może dlatego, że jest tak inny od reszty Niemiec? Całości dopełniają rozliczne galerie handlowe, zupełnie jakby całe miasto nic tylko kupowało i kupowało. Nowa zabudowa to tzw. styl nienazwany, jakże typowy dla obecnego świata. Śmiem wątpić czy cokolwiek z tych budynków będzie godne zachowania. Za kilkanaście, kilkadziesiąt lat pojawi się nowy inwestor, który bez żalu wyburzy owe stalowo-betonowe hangary i powstawi nowe. Czyżby podobnie jak przedmioty użytkowe i domy stały się dobrami o ograniczonym czasie użytkowania?





Są tu jednak i zabytki. Dawny klasztor obecnie pełniący funkcję Muzeum. Ratusz (z paskudnym pomnikiem Rolanda, coś ma pecha), ale przede wszystkim monumentalna Katedra Św. Maurycego i Św. Katarzyny, gdzie leżą szczątki samego Ottona I, założyciela kabaretu Otto. Budynek jest ogromny, front niestety był w remoncie, ale i tak robił wrażenie. Obejście budynku dookoła zajmuje nieco czasu. Elewacja ozdobiona jest setkami drobnych elementów, takich jak np. unikalne rynny w kształcie psów bądź … wykrzywionych w piekielnym grymasie ludzi. Zawsze w takich miejscach zastanawiam się ile pracy oraz wysiłku kosztować musiało zbudowanie czegoś tak dużego setki lat temu, gdy w grę wchodziło jedynie wykorzystanie potęgi umysłu oraz siły mięśni. A także – jak Magdeburg musiał wyglądać we wczesnym średniowieczu, kiedy Katedra otoczona była lichą, drewnianą i parszywiejącą błyskawicznie zabudową. Dzisiaj, naprzeciwko niej, stoi szary komunistyczny blok. Cóż za profanum!





Tuż obok stoi nowsza atrakcja miasta. Budynek przypomina roztopiony w upale różowy tort i nazywa się Zieloną Cytadelą. Powstał według projektu znanego architekta z Wiednia, Friedensreicha Hundertwassera, który łączył w swoim stylu postmodernizm, inklinacje ku naturze, skłonność do krzywizn oraz namacalne nawiązania do Gaudiego. Chociaż projekt dzielił mieszkańców, dzisiaj na trwałe wrósł w tkankę miasta i stanowi silny kontrast do szarej, socjalistycznej masy, którą jest otoczony.

Kawałek dalej zaczyna się ponoć najmilsza część Magdeburga – mała dzielnica historyczna, z przyjemnymi ulicami, starymi kamienicami i barami wylewającymi się na chodniki. Niestety, nie miałem już czasu. Ale z chęcią kiedyś tu wrócę, bo stolica Saksonii-Anhalt, mimo całej swej brzydoty, ma w sobie coś co nakazuje mi myśleć o niej z pewną nutą sympatii.

Po dwóch godzinach jestem znowu w Berlinie. Na jego „zwiedzenie”, a raczej pospieszny rekonesans mam już mało czasu, więc niezrażony faktem, że już jestem zmęczony (w Magdeburgu zrobiłem ponad 5 km w 2 godziny niosąc na plecach coraz bardziej ciężki plecak!) idę przed siebie szybkim tempem. Najpierw docieram pod Reichstag . Budynek doskonale znany z telewizyjnych relacji, w rzeczywistości wydaje się być mniejszy. Na trawie przed wejściem trwa w najlepsze niedzielny piknik. Ludzie jedzą, odpoczywają, śpią, bawią się. Oto ten właśnie nowy Berlin – miasto, którego symbolem powinien zostać klasyczny rower i wełniana czapka! Ów Berlin jest jak rozwrzeszczany nastolatek z dobrego domu: otoczony zbytkiem, gnuśny i leniwy.

Kawałek dalej jest Brama Brandenburska, jeden z najważniejszych symboli Stolicy Niemiec. Ludzi dookoła jest już tak dużo, że ja, obładowany plecakiem, spocony, nie mam siły ani ochoty dostrzec faktu, że obcuję z jednym z najsłynniejszych architektonicznych dzieł współczesności. Nie do końca rozumiem dlaczego Brama zasługuje na taki splendor. Osobiście nienawidzę klasycyzmu, przyprawia mnie on o mdłości. Mijam więc owe cudo i kieruję się gdzie mnie nogi poniosą, byle dalej od tłumów.

Po chwili skręcam w Wilhelmstrasse i nagle jakbym się przeniósł do ... Radomia. Dookoła ulicy, przecież w centrum, mieszczą się paskudne szare bloki, które nie pozostawiają wątpliwości kto rządził tą częścią miasta. Wybudowano je dopiero w latach 80-tych. Wiele ruin wyburzono, a dzielnica nigdy już nie wróciła (i nie wróci) do swej dawnej świetności. W pewnym sensie, Sowieci specjalnie zostawili ją w takim stanie. Przed wojną, Wilhelmstrasse była ulicą rządową, to tam mieściły się wszelakie urzędy i najważniejsze budynki publiczne. Sama jej nazwa oznaczała mniej więcej tyle co u nas zwrot „Wiejska” albo „Downing Street”. Dzisiaj szpeci ją szpaler bloków z prefabrykatów.


Nieco denerwuje mnie pretensjonalność miejsc takich jak to. Skręcam w boczną uliczkę. Obok niej przeciągnięta była szpetna rura. Została więc pomalowana na różowo i teraz co drugi przechodzień robi sobie jej zdjęcia. Na tle paskudnego betonu artysta zbudował instalację imitującą ludzki profil i z tandety nagle mamy dzieło sztuki. Ale nie sposób uznać, że ten miks nowego i starego, brzydkiego i brzydszego, jest mi obojętny. Myślę, że warto byłoby Berlinowi poświęcić nieco więcej czasu i przyjechać tu na dłużej. Przechodzę obok wejścia do metra i zachwyt bierze przewagę nad malkontenctwem. Ten zapach! Od razu przypomina mi Wiedeń, ale i inne podróże po Starym Kontynencie. Chyba tylko w Europie i to tej naprawdę starej, metro tak pachnie. Duszny, oleisty zapach. Zawsze obecny przy wejściach, kuszący i zapraszający do odwiedzin. Czyżby woń dzieciństwa?



Czas płynął nieubłaganie i musiałem wracać na dworzec, gdy zobaczyłem znak, że jestem tuż obok Checkpoint Charlie. Nie mogłem zrezygnować z zobaczenia tej ikony !

Ile razy w filmach przekraczał go ten czy inny szpieg! Dzisiaj to tylko nachalna atrakcja dla turystów. Postawiona jest imitacja dawnej budki, można zrobić zdjęcie i kupić pamiątkę. Obok jednak jest też poważniejsza wystawa zdjęć, która stara się opowiedzieć prawdziwą historię tym którzy chcą jej posłuchać. Już w amerykańskim sektorze, na pełnych obrotach pracuje McDonald’s i to ostateczny znak kto wygrał Zimną Wojnę. Biegnę przez miasto i nie mam wątpliwości, że i do Berlina trzeba będzie koniecznie wrócić, by zobaczyć wszystko co ma do zaoferowania to fascynujące, acz brzydkie miasto.


sobota, 7 lipca 2012

07.07, Średniowiecze

Rano zaczęło padać. Dzień rozpocząłem na hotelowym śniadaniu, popijałem kawę i patrzyłem na budzący się do życia Stary Rynek skąpany w wilgoci. Rozstawili się na nim lokalni sprzedawcy. Można było kupić warzywa prosto z pola, świeżo pieczony chleb oraz zjeść najprawdziwszą niemiecką kiełbasę za dwa Euro (warta swej ceny, zaprawdę Wam powiadam).

W takiej aurze miasto prezentowało się jeszcze ciekawiej niż w letnim słońcu. Deszcz uwypuklał aurę tajemniczości, którą roztaczały niezliczone zaułki Quedlinburga. Chyba najpiękniejszym z nich jest wąska uliczka szewców, Schuhhof. Zaczyna się ona przejściem przez budynek, które prowadzi na niewielki dziedziniec otoczony przez pochylone ze starości domy. Było tam cicho i spokojnie, mimo iż na parterach znajdowały się małe sklepiki, w tym oczywiście antykwariat. Kilka drzwi zachęcało z kolei do zapukania w poszukiwaniu pokoju gościnnego, z okien których rozciągał się magiczny widok na średniowiecze zagubione w XXI wieku...




Kryłem się przed deszczem pod różnymi dachami i kontemplowałem miasto, rozkładając je na czynniki pierwsze. Stałem i obserwowałem otoczenie, delektując się najprostszymi rzeczami. Czy nie o to chodzi na urlopie? Zacząłem co nieco zazdrościć jego mieszkańcom – tej ciszy, spokojnego rytmu, codziennego obcowania z historią. Aczkolwiek i Quedlinburg ma swoje złe strony. Co drugi jego mieszkaniec w wieku produkcyjnym nie ma pracy i nic nie wskazuje na to, by ta sytuacja miała się zmienić. Turystyka to główne źródło dochodu dla wielu, ale jej rozwój z kolei może doprowadzić do zadeptania i skomercjalizowania tego miejsca. Rozliczne piękne domy aż proszą się o to, by urządzić w nich kolejne hotele, sklepy albo rozwrzeszczane bary. To co, paradoksalnie!, uratowała siermiężna NRD, dzisiaj jest niemal bezbronne przed bezrefleksyjnym pochodem drapieżnej rzeczywistości. Czy pisząc te słowa pomagam jej zlokalizować ten smakowity kąsek? Mam nadzieję, że nie...




Wybrałem się do muzeum, i to z własnej woli. Znajduje się tu jedyny na świecie ośrodek poświęcony technice budowy domów techniką szachulcową. Kilka sal pokazuje architektoniczne niuanse oraz uczula na różnicę pomiędzy epokami. Chociaż sama technika pozostawała zasadniczo niezmienna od wieków średnich, detale elewacji i użyte materiały pozwalają odróżnić gotyk, renesans, barok, rokoko czy historyzm. Dopiero patrząc na drewniany szkielet modelu, docenić można w pełni to jak bardzo skomplikowaną operacją jest tworzenie domów tą właśnie metodą – a robi się je do dzisiaj, także u nas, bowiem moda na „mur pruski” jest równie niezmienna jak jego jego uroda.


Samo muzeum znajduje się w jednym z najstarszych budynków w mieście. Pochodzi on z 1310 roku i zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz, widać jego lata. Podłogi są wybrzuszone, pękate ściany trzymają każdy kąt poza prostym, a piętra są dostosowane do wzrostu średniowiecznych mieszkańców – muszę się niemal pochylać, by się zmieścić. Budynek jednak stoi od ponad ośmiuset lat i nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić. Po tej dawce wiedzy zacząłem się jeszcze uważniej przyglądać budynkom i ich wyglądowi, starając się domyśleć z jakiego wieku mogą pochodzić. W przypadku wielu nie jest to trudne, albowiem ich twórcy mieli zwyczaj pozostawiania po sobie informacji wyrytych na zewnętrznych częściach belek.




Z tutejszej stacji kolejowej jeżdżą pociągi do pobliskiego Gernrode. Kusiło mnie żeby się tam wybrać, ale ostatecznie zwyciężyła propozycja „Pana Staszka”. Pan Staszek to moje alter ego, które uaktywnia się za każdym razem, gdy jadę gdzieś zagranicę. To typowy Polak na wakacjach. Już rano ponarzekał co nieco , że nie zabrałem ze sobą sandałów i skarpet. Na śniadaniu jasno mi sugerował, że powinienem zjeść co się da, a najlepiej napchać sobie jeszcze co nieco do kieszeni, bo w końcu za to zapłaciłem i mam prawo. Na moją propozycję kupna biletów tylko się skrzywił i miał trochę racji, bo jak na czas przejazdu (kwadrans!) niemieckie koleje życzyły sobie zdecydowanie za dużo. Staszek dał mi do zrozumienia, że w Quedlinburgu czeka na mnie jeszcze wiele do zobaczenia i to za darmo. Znowu się z nim zgodziłem i słusznie. Do końca dnia, co jakiś czas trafiałem w miejsca nowe i zupełnie mi wcześniej nieznane. A co więcej, pewien jestem, że jeszcze sporo ciekawostek umknęło mej uwadze. Quedlinburg zdecydowanie mami zmysły swoimi rozmiarami. Wydaje się, że jest do zwiedzenia w kilka godzin, a tymczasem dwa pełne dni to może być za mało... Pod miejskimi murami znalazłem chociażby opuszczony kościół, zamknięty na cztery spusty o którym turystyczne ulotki zupełnie milczały.



Przez oba dni stołowałem się w „Kartoflu”, czyli restauracji, która specjalizowała się w daniach z ziemniaków. Niemiecka kuchnia, przynajmniej ta w tym chłopskim wydaniu, jest prosta, sycąca i idealnie skrojona na moje plebejskie gusta. Gdyby tylko było odrobinę tańsza, jęczał Staszek.

Ciężko było pożegnać się z tym miejscem. Robiłem kolejne rundki po uliczkach, oszukując samego siebie, że to już ostatni raz. Ale nie potrafiłem tak po prostu wrócić do hotelu. Na sam koniec, Quedlinburg odsłonił przede mną jeszcze jeden ze swych skarbów. Pod Ratuszem znajduje się pomnik Rolanda, bohatera znanego z eposów. Mimo iż wcześniej mijałem go wiele razy, dopiero tego wieczoru wyłowiłem go wzrokiem spośród zabudowy. Zawstydzające, ale z drugiej strony, pomnik jest tak brzydki, że nic dziwnego, że w tym zalewie piękna dookoła, ciągle pozostawał dla mnie niewidoczny, mimo iż pochodzi z XV wieku.

piątek, 6 lipca 2012

06.07, Historia mała i duża

Berlin od zawsze mnie fascynował. Może dlatego, iż wychowałem się w czasach, gdy był niemal pępkiem świata, papierkiem lakmusowym współczesnych wiatrów historii. Czy było inne miejsce na świecie, gdzie Zimna Wojna była tak namacalna i realna jak właśnie tam? Sam Chruszczow mawiał, że Berlin to „jądra Zachodu. Gdy chcę by Zachód jęczał z bólu, ściskam je mocniej”. I przez pół wieku Berlin rzeczywiście co chwila był tłamszony i męczony. To było miasto murem przedzielone, strefa cienia, ale także niewyczerpane źródło inspiracji dla książek, filmów i piosenek – tych wybitnych, jak i wybitnie słabych. Miejsce tyleż tajemnicze i fotogeniczne, co smutne i pełne ludzkiego cierpienia. Uroda Berlina była zawsze mocno dyskusyjną sprawą, ale od dawien dawna urzekało ono zastępy odwiedzających. Mark Twain chwalił je za niespotykaną nowoczesność, co jest o tyle ciekawe, że jako Amerykanin miał jej pod dostatkiem we własnej ojczyźnie (i to zdaje się, że w bardziej monumentalnym wydaniu). W latach trzydziestych Adolf Hitler uczynił z niego centralny ośrodek Osi Zła, co w sugestywny sposób pokazuje przygodowa klisza „Indiana Jones i Ostatnia Krucjata”. Tytułowy bohater patrząc na drogę wiodącą do stolicy III Rzeszy ma w oczach strach, a przecież, jak z kolei śpiewał Kazik „Berlin trzydziestych lat, taki jest, jak cały świat”. Kabaret może i grał do końca, ale to właśnie wtedy zaczęła się ponura legenda tego miejsca, która zresztą ciągnie się niemal po dziś dzień.

Nie wiem jakie inne miasto zapisało się lepiej w dziejach kinematografii niż zimnowojenny Berlin. Nowy Jork? Chicago? Może jeszcze Londyn... Zawsze chciałem zobaczyć to miejsce tak dobrze znane mi z niezliczonych filmów. Miasto szpiegów, sekretnych rozmów prowadzonych w papierosowym dymie i nerwowego przeciągania liny pomiędzy Zachodem a Wschodem. Zawsze chciałem stanąć na Moście Glienickie, przejść przez Checkpoint Charlie albo wjechać na dach wieżowca Europa-Center i popatrzeć na panoramę zabudowy dookoła. Ale urodziłem się za późno (no i nie w tym kraju co trzeba), bo takiego Berlina już od dawna nie ma. A może i nigdy nie było, bo od kiedy to filmowy świat pokrywa się z rzeczywistością?



Współczesny Berlin to mekka niezależnej młodzieży, która przesiaduje w rozlicznych alternatywnych barach, jeździ po ulicach na klasycznych rowerach i nosi wełniane czapki nawet podczas lipcowych upałów. Miasto pulsuje energią, rozwija się, zieleni i przekuwa swą brzydotę w silną kartę przetargową, która sprawia, że miliony turystów przedkładają stolicę Niemiec ponad zabytki Rzymu czy butiki Paryża. Taki Berlin to już zdecydowanie nie jest miejsce, które chciałbym zobaczyć, pomyślałem po fakcie, gdy już kupiłem do niego bilet. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło...

W pewnym podróżniczym magazynie, w numerze sprzed bagatela, dokładnie półwiecza (sic!), znalazłem niegdyś artykuł o frapującym miasteczku znajdującym się w okolicach gór Harzu. Jego nazwa nic mi nie mówiła, ale zdjęcia ukazywały miasto jakby zawieszone poza czasem. Ciekawe czy nadal takie jest i czy … w ogóle istnieje? Postanowiłem więc wybrać się do Quedlinburga.

***

No dobrze. Berlin naprawdę robi wrażenie. Moje serce szybko zmiękło. Kocham takie właśnie wielkomiejskie klimaty, tym bardziej, że w wielu miejscach nadal pachnie tu latami 80-tymi. Tym razem nie miałem za wiele czasu na kontemplację, ale jadąc autobusem z lotniska na Hauptbanhof łapczywie patrzyłem za okno na świat przewijający się przed moimi oczami. Przez chwilę poczułem się znowu małym człowieczkiem zagubionym w wielkim świecie, a przecież nasza Polska jest tuż, tuż!


Trzy i pół godziny podróży pociągiem sprawiło, że moje dotychczasowe stereotypy odnośnie naszych zachodnich sąsiadów zostały dosyć poważnie zagrożone. Tereny Brandenburgii i Saksoni-Anhalt jak żywo przypominają swojskie widoki i równie daleko im do takiej Bawarii jak i naszej Łomży, Ostrołęce a nawet ukochanym Bielanom. Ludzie też mają tu podobne wyrazy swych zmęczonych twarzy i nawyki. W modzie dominują dżinsowe kurtki wymieszane z zapachem minionej dawno świeżości. W pociągu przykładni rodzicie pociągają z butelki, drugą ręką zajmując się swym potomstwem. Na peronach małych stacji widzę wygolonych wyrostków, rozbite szyby, pomazane ściany i szare blokowiska, które nieomal krzyczą tęsknotą za czasami, gdy była tam jakakolwiek praca. Tu i tam ktoś leży na ławce, albo pociąga z ogromnej butelki wina otoczonej tandetnym plastikiem imitującym wiklinę. Podczas przesiadki w Magdeburgu wpada na mnie czerwona, zalana w trupa kobieta, trzymana z trudem przez równie pijanego konkubenta. Czy to na pewno są Niemcy, gospodarka numer jeden na Starym Kontynencie? Czy to na pewno ten kraj „sponsoruje” Greków i pół Europy, której nie chce się pracować? Bieda aż piszczy i chociaż w wielu miejscach wciska się tandetna nowoczesność, całość przedstawia wrażenie ponurego morza beznadziei.

Wysiadka w Quedlinburgu przenosi mnie jednak do innego świata. Zostawiam za sobą przyciężki klimat resztek NRD i wkraczam w objęcia historii sprzed kilku wieków. Muszę przejść kilkaset metrów, ale gdy skręcam w wąskie uliczki Starego Miasta od razu wiem, że wspomniany artykuł sprzed półwiecza nie kłamał. To miasto istnieje i naprawdę sprawia wrażenie zapomnianego przez współczesność. Rozliczne domy z charakterystycznym „murem pruskim” pachną drewnem i kamieniem. Gdyby nie lśniące okna, znaki drogowe i samochody, można by naprawdę uwierzyć w to, że jakimś dziwnym trafem XXI wiek zapomniał o Quedlinburgu, pozwalając mu żyć własnym, niespiesznym rytmem jakby z innej epoki.


Od razu mi się to miejsce spodobało, tym bardziej, że i hotel sprawiał wrażenie wyjętego z innej epoki. Zlokalizowany w starym budynku na samym Rynku prowadzony był w wytrawnym stylu, a wszystko było tu na swoim miejscu. Pokój był duży, elegancki, widok z okien przepiękny, obsługa usłużna, a każde wydane Euro znajdowało swoje uzasadnienie. Na nocnym stoliku obok łóżka leżał Nowy Testament, na wypadek gdyby brak własnej lektury doskwierał za mocno gościom.


Mimo zmęczenia, uroda Quedlinburga sprawia, że szybko wychodzę z pokoju i zwiedzam jego zaułki do samego wieczoru. Główną atrakcją miasta są … domy. Ponad 1400 z nich zostało wpisanych na listę UNESCO i ma status zabytków. Wyróżnia je sposób budowy, czyli tzw. szachulec. Szkielet budynku jest drewniany, natomiast ściany i mury wypełniane są gliną, tudzież kamieniem albo cegłami. W efekcie powstaje piękna elewacja z drewnianymi belkami poziomymi i pionowymi. Tego typu zabudowa spotykana jest tak w Niemczech, jak i w Anglii, Skandynawii czy Polsce, ale to tutaj jest jej najwięcej, w najpiękniejszym wydaniu, a całość stanowi zwartą jedność, zachowaną bez skazy od chwili swego powstania.




W miasteczku (trzydzieści tysięcy mieszkańców!) znajdzie się też sporo średniowiecznych świątyni. Co chwila znad dachów migają mi wieże tego czy innego Kościoła. Ten pod wezwaniem Św. Mikołaja to dla przykładu klasyczny gotyk w najlepszym, małomiasteczkowym wydaniu. Jego historia sięga XII wieku, a zabytek idealnie komponuje się ze swoją okoliczną zabudową.




Od razu też widać, że Quedlinburg przyciąga specyficznych turystów. Tłumów nie ma więc można w spokoju zwiedzać i zaglądać w każdy kąt. Przy kawiarnianych stolikach przesiadują emeryci, którzy raz na jakiś czas wstaną i przejdą się kilka kroków, najczęściej po to, by usiąść na kolejną kawę albo lampkę wina. Szczerze, wcale im się nie dziwię, bo nie ma tu absolutnie żadnych rozrywek. Tu się naprawdę odpoczywa! Miasto idzie spać zgodnie z rytmem życia osiemdziesięciolatka – o ósmej wieczorem było już pusto i cicho, a wszystkie nieomal restauracje już zamykały swe podwoje.

Pieniądze (a emeryci niemieccy, w przeciwieństwie do polskich, je mają) można wydać w jednym z kilku antykwariatów. Co lepiej pasuje do klimatu tego miejsca niż małe zakurzone sklepiki wyładowane po brzegi książkami? Inne sklepy oferują pamiątki z okresu NRD i owa „Ostalgie” wyczuwalna jest na każdym kroku. W końcu, niektórym żyło się wtedy lepiej i nie szkodzi, że Wartburg się często psuł, sąsiad donosił do STASI, a władza robiła wszystko, by z tego robotniczego raju nie można było uciec inaczej niż w dębowej jesionce.



Quedlinburg, jak przystało na miejsce ocierające się o małomiasteczkową doskonałość, posiada także swój własny duży Zamek. Położony jest na skale i majestatycznie góruje nad miastem, spełniając wszystkie wymogi przesłodzonego romantyzmem widoku godnego każdej pocztówki.



Jego historia od swego zarania związana jest z rodząca się w średniowieczu niemiecką quasi-państwowością. W znajdującym się w jego zabudowaniach opactwie, złożone są szczątki zmarłego w 936 roku, Księcia Saksonii i Króla Niemiec, Henryka Ptasznika oraz jego małżonki. Tysiąc lat po tym wydarzeniu (sic!), Heinrich Himmler urządził uroczyste obchody rocznicy śmierci władcy, za którego reinkarnację się uważał. Wtedy to tzw. „Wielka Historia” zauważyła to miasto ostatni raz. Na co dzień, tak jak owego piątkowego wieczoru, panowała w nim niezmącona cisza oraz błogi spokój. Chłonąłem ten klimat do późnego wieczora, czując jak z każdą chwilą odpoczywam coraz bardziej i bardziej.