Zanim jednak udałem się w podróż powrotną do Berlina, zjadłem śniadanie i nie krepowałem się przez porcją porządnej dokładki. Wybór spory i iście teutoński. Gdzie indziej na świecie porządny hotel oferuje swym gościom klopsiki, tłusty bekon czy kaszankę na rozpoczęcie udanego dnia? Dopiłem tyle kawy ile dałem radę, a Pan Staszek zachęcał mnie nawet do zrobienia sobie kanapek na drogę. „Przecież i tak wszystkiego tu nie zjedzą” – krzyczał, gdy wlokłem go z powrotem do schodach do pokoju.
Po godzinie w pociągu jestem z w powrotem w Magdeburgu (ciarki na plecach, niepokojąca muzyka godna kina sensacyjnego lat 60-tych rozbrzmiewa w tle). Miasto zostało zmiecione z powierzchni ziemi pod koniec II Wojny Światowej i nie za bardzo zajęto się jego odbudowaniem. Powstało niemal od początku. To jeden z największych przykładów socrealizmu na zachód od Odry: szerokie aleje, masywne budynki pnące się do nieba. Wszystko przypomina tak Warszawę, jak i Bukareszt czy Moskwę, ale tam wszystko jest i masywne i gęsto zabudowane, tymczasem w Magdeburgu jest to bardziej „sraczka planisty”. Do tego dodajmy, że planisty nad wyraz wiernego ideałom i założeniom stylu. Budynek tu, budynek tam, jedna szeroka ulica, dużo wolnego miejsca dookoła. Dziwnie to wygląda. Po nadobnym Quedlinburgu, czuję się jakbym został strącony do piekła. Jednak Magdeburg podoba mi się. Może dlatego, że jest tak inny od reszty Niemiec? Całości dopełniają rozliczne galerie handlowe, zupełnie jakby całe miasto nic tylko kupowało i kupowało. Nowa zabudowa to tzw. styl nienazwany, jakże typowy dla obecnego świata. Śmiem wątpić czy cokolwiek z tych budynków będzie godne zachowania. Za kilkanaście, kilkadziesiąt lat pojawi się nowy inwestor, który bez żalu wyburzy owe stalowo-betonowe hangary i powstawi nowe. Czyżby podobnie jak przedmioty użytkowe i domy stały się dobrami o ograniczonym czasie użytkowania?





Są tu jednak i zabytki. Dawny klasztor obecnie pełniący funkcję Muzeum. Ratusz (z paskudnym pomnikiem Rolanda, coś ma pecha), ale przede wszystkim monumentalna Katedra Św. Maurycego i Św. Katarzyny, gdzie leżą szczątki samego Ottona I, założyciela kabaretu Otto. Budynek jest ogromny, front niestety był w remoncie, ale i tak robił wrażenie. Obejście budynku dookoła zajmuje nieco czasu. Elewacja ozdobiona jest setkami drobnych elementów, takich jak np. unikalne rynny w kształcie psów bądź … wykrzywionych w piekielnym grymasie ludzi. Zawsze w takich miejscach zastanawiam się ile pracy oraz wysiłku kosztować musiało zbudowanie czegoś tak dużego setki lat temu, gdy w grę wchodziło jedynie wykorzystanie potęgi umysłu oraz siły mięśni. A także – jak Magdeburg musiał wyglądać we wczesnym średniowieczu, kiedy Katedra otoczona była lichą, drewnianą i parszywiejącą błyskawicznie zabudową. Dzisiaj, naprzeciwko niej, stoi szary komunistyczny blok. Cóż za profanum!





Tuż obok stoi nowsza atrakcja miasta. Budynek przypomina roztopiony w upale różowy tort i nazywa się Zieloną Cytadelą. Powstał według projektu znanego architekta z Wiednia, Friedensreicha Hundertwassera, który łączył w swoim stylu postmodernizm, inklinacje ku naturze, skłonność do krzywizn oraz namacalne nawiązania do Gaudiego. Chociaż projekt dzielił mieszkańców, dzisiaj na trwałe wrósł w tkankę miasta i stanowi silny kontrast do szarej, socjalistycznej masy, którą jest otoczony.

Kawałek dalej zaczyna się ponoć najmilsza część Magdeburga – mała dzielnica historyczna, z przyjemnymi ulicami, starymi kamienicami i barami wylewającymi się na chodniki. Niestety, nie miałem już czasu. Ale z chęcią kiedyś tu wrócę, bo stolica Saksonii-Anhalt, mimo całej swej brzydoty, ma w sobie coś co nakazuje mi myśleć o niej z pewną nutą sympatii.
Po dwóch godzinach jestem znowu w Berlinie. Na jego „zwiedzenie”, a raczej pospieszny rekonesans mam już mało czasu, więc niezrażony faktem, że już jestem zmęczony (w Magdeburgu zrobiłem ponad 5 km w 2 godziny niosąc na plecach coraz bardziej ciężki plecak!) idę przed siebie szybkim tempem. Najpierw docieram pod Reichstag . Budynek doskonale znany z telewizyjnych relacji, w rzeczywistości wydaje się być mniejszy. Na trawie przed wejściem trwa w najlepsze niedzielny piknik. Ludzie jedzą, odpoczywają, śpią, bawią się. Oto ten właśnie nowy Berlin – miasto, którego symbolem powinien zostać klasyczny rower i wełniana czapka! Ów Berlin jest jak rozwrzeszczany nastolatek z dobrego domu: otoczony zbytkiem, gnuśny i leniwy.

Kawałek dalej jest Brama Brandenburska, jeden z najważniejszych symboli Stolicy Niemiec. Ludzi dookoła jest już tak dużo, że ja, obładowany plecakiem, spocony, nie mam siły ani ochoty dostrzec faktu, że obcuję z jednym z najsłynniejszych architektonicznych dzieł współczesności. Nie do końca rozumiem dlaczego Brama zasługuje na taki splendor. Osobiście nienawidzę klasycyzmu, przyprawia mnie on o mdłości. Mijam więc owe cudo i kieruję się gdzie mnie nogi poniosą, byle dalej od tłumów.

Po chwili skręcam w Wilhelmstrasse i nagle jakbym się przeniósł do ... Radomia. Dookoła ulicy, przecież w centrum, mieszczą się paskudne szare bloki, które nie pozostawiają wątpliwości kto rządził tą częścią miasta. Wybudowano je dopiero w latach 80-tych. Wiele ruin wyburzono, a dzielnica nigdy już nie wróciła (i nie wróci) do swej dawnej świetności. W pewnym sensie, Sowieci specjalnie zostawili ją w takim stanie. Przed wojną, Wilhelmstrasse była ulicą rządową, to tam mieściły się wszelakie urzędy i najważniejsze budynki publiczne. Sama jej nazwa oznaczała mniej więcej tyle co u nas zwrot „Wiejska” albo „Downing Street”. Dzisiaj szpeci ją szpaler bloków z prefabrykatów.


Nieco denerwuje mnie pretensjonalność miejsc takich jak to. Skręcam w boczną uliczkę. Obok niej przeciągnięta była szpetna rura. Została więc pomalowana na różowo i teraz co drugi przechodzień robi sobie jej zdjęcia. Na tle paskudnego betonu artysta zbudował instalację imitującą ludzki profil i z tandety nagle mamy dzieło sztuki. Ale nie sposób uznać, że ten miks nowego i starego, brzydkiego i brzydszego, jest mi obojętny. Myślę, że warto byłoby Berlinowi poświęcić nieco więcej czasu i przyjechać tu na dłużej. Przechodzę obok wejścia do metra i zachwyt bierze przewagę nad malkontenctwem. Ten zapach! Od razu przypomina mi Wiedeń, ale i inne podróże po Starym Kontynencie. Chyba tylko w Europie i to tej naprawdę starej, metro tak pachnie. Duszny, oleisty zapach. Zawsze obecny przy wejściach, kuszący i zapraszający do odwiedzin. Czyżby woń dzieciństwa?



Czas płynął nieubłaganie i musiałem wracać na dworzec, gdy zobaczyłem znak, że jestem tuż obok Checkpoint Charlie. Nie mogłem zrezygnować z zobaczenia tej ikony !

Ile razy w filmach przekraczał go ten czy inny szpieg! Dzisiaj to tylko nachalna atrakcja dla turystów. Postawiona jest imitacja dawnej budki, można zrobić zdjęcie i kupić pamiątkę. Obok jednak jest też poważniejsza wystawa zdjęć, która stara się opowiedzieć prawdziwą historię tym którzy chcą jej posłuchać. Już w amerykańskim sektorze, na pełnych obrotach pracuje McDonald’s i to ostateczny znak kto wygrał Zimną Wojnę. Biegnę przez miasto i nie mam wątpliwości, że i do Berlina trzeba będzie koniecznie wrócić, by zobaczyć wszystko co ma do zaoferowania to fascynujące, acz brzydkie miasto.












































