
W takiej aurze miasto prezentowało się jeszcze ciekawiej niż w letnim słońcu. Deszcz uwypuklał aurę tajemniczości, którą roztaczały niezliczone zaułki Quedlinburga. Chyba najpiękniejszym z nich jest wąska uliczka szewców, Schuhhof. Zaczyna się ona przejściem przez budynek, które prowadzi na niewielki dziedziniec otoczony przez pochylone ze starości domy. Było tam cicho i spokojnie, mimo iż na parterach znajdowały się małe sklepiki, w tym oczywiście antykwariat. Kilka drzwi zachęcało z kolei do zapukania w poszukiwaniu pokoju gościnnego, z okien których rozciągał się magiczny widok na średniowiecze zagubione w XXI wieku...




Kryłem się przed deszczem pod różnymi dachami i kontemplowałem miasto, rozkładając je na czynniki pierwsze. Stałem i obserwowałem otoczenie, delektując się najprostszymi rzeczami. Czy nie o to chodzi na urlopie? Zacząłem co nieco zazdrościć jego mieszkańcom – tej ciszy, spokojnego rytmu, codziennego obcowania z historią. Aczkolwiek i Quedlinburg ma swoje złe strony. Co drugi jego mieszkaniec w wieku produkcyjnym nie ma pracy i nic nie wskazuje na to, by ta sytuacja miała się zmienić. Turystyka to główne źródło dochodu dla wielu, ale jej rozwój z kolei może doprowadzić do zadeptania i skomercjalizowania tego miejsca. Rozliczne piękne domy aż proszą się o to, by urządzić w nich kolejne hotele, sklepy albo rozwrzeszczane bary. To co, paradoksalnie!, uratowała siermiężna NRD, dzisiaj jest niemal bezbronne przed bezrefleksyjnym pochodem drapieżnej rzeczywistości. Czy pisząc te słowa pomagam jej zlokalizować ten smakowity kąsek? Mam nadzieję, że nie...




Wybrałem się do muzeum, i to z własnej woli. Znajduje się tu jedyny na świecie ośrodek poświęcony technice budowy domów techniką szachulcową. Kilka sal pokazuje architektoniczne niuanse oraz uczula na różnicę pomiędzy epokami. Chociaż sama technika pozostawała zasadniczo niezmienna od wieków średnich, detale elewacji i użyte materiały pozwalają odróżnić gotyk, renesans, barok, rokoko czy historyzm. Dopiero patrząc na drewniany szkielet modelu, docenić można w pełni to jak bardzo skomplikowaną operacją jest tworzenie domów tą właśnie metodą – a robi się je do dzisiaj, także u nas, bowiem moda na „mur pruski” jest równie niezmienna jak jego jego uroda.


Samo muzeum znajduje się w jednym z najstarszych budynków w mieście. Pochodzi on z 1310 roku i zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz, widać jego lata. Podłogi są wybrzuszone, pękate ściany trzymają każdy kąt poza prostym, a piętra są dostosowane do wzrostu średniowiecznych mieszkańców – muszę się niemal pochylać, by się zmieścić. Budynek jednak stoi od ponad ośmiuset lat i nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić. Po tej dawce wiedzy zacząłem się jeszcze uważniej przyglądać budynkom i ich wyglądowi, starając się domyśleć z jakiego wieku mogą pochodzić. W przypadku wielu nie jest to trudne, albowiem ich twórcy mieli zwyczaj pozostawiania po sobie informacji wyrytych na zewnętrznych częściach belek.




Z tutejszej stacji kolejowej jeżdżą pociągi do pobliskiego Gernrode. Kusiło mnie żeby się tam wybrać, ale ostatecznie zwyciężyła propozycja „Pana Staszka”. Pan Staszek to moje alter ego, które uaktywnia się za każdym razem, gdy jadę gdzieś zagranicę. To typowy Polak na wakacjach. Już rano ponarzekał co nieco , że nie zabrałem ze sobą sandałów i skarpet. Na śniadaniu jasno mi sugerował, że powinienem zjeść co się da, a najlepiej napchać sobie jeszcze co nieco do kieszeni, bo w końcu za to zapłaciłem i mam prawo. Na moją propozycję kupna biletów tylko się skrzywił i miał trochę racji, bo jak na czas przejazdu (kwadrans!) niemieckie koleje życzyły sobie zdecydowanie za dużo. Staszek dał mi do zrozumienia, że w Quedlinburgu czeka na mnie jeszcze wiele do zobaczenia i to za darmo. Znowu się z nim zgodziłem i słusznie. Do końca dnia, co jakiś czas trafiałem w miejsca nowe i zupełnie mi wcześniej nieznane. A co więcej, pewien jestem, że jeszcze sporo ciekawostek umknęło mej uwadze. Quedlinburg zdecydowanie mami zmysły swoimi rozmiarami. Wydaje się, że jest do zwiedzenia w kilka godzin, a tymczasem dwa pełne dni to może być za mało... Pod miejskimi murami znalazłem chociażby opuszczony kościół, zamknięty na cztery spusty o którym turystyczne ulotki zupełnie milczały.



Przez oba dni stołowałem się w „Kartoflu”, czyli restauracji, która specjalizowała się w daniach z ziemniaków. Niemiecka kuchnia, przynajmniej ta w tym chłopskim wydaniu, jest prosta, sycąca i idealnie skrojona na moje plebejskie gusta. Gdyby tylko było odrobinę tańsza, jęczał Staszek.
Ciężko było pożegnać się z tym miejscem. Robiłem kolejne rundki po uliczkach, oszukując samego siebie, że to już ostatni raz. Ale nie potrafiłem tak po prostu wrócić do hotelu. Na sam koniec, Quedlinburg odsłonił przede mną jeszcze jeden ze swych skarbów. Pod Ratuszem znajduje się pomnik Rolanda, bohatera znanego z eposów. Mimo iż wcześniej mijałem go wiele razy, dopiero tego wieczoru wyłowiłem go wzrokiem spośród zabudowy. Zawstydzające, ale z drugiej strony, pomnik jest tak brzydki, że nic dziwnego, że w tym zalewie piękna dookoła, ciągle pozostawał dla mnie niewidoczny, mimo iż pochodzi z XV wieku.
