czwartek, 19 sierpnia 2010

Sierpniowe dywagacje nt jesieni

Rok temu o tej porze wertowałem przewodnik po Trynidadzie i Tobago, który, podobnie jak mapę drogową, znalazłem zupełnie przypadkowo w stołecznym księgarniach. To był, z perspektywy czasu, wspaniały wypad.

Tymczasem, do kolejnych wakacji pozostało jeszcze mnóstwo czasu, bo ponad dwa miesiące. Ale powoli zaczynamy zastanawiać się nad planem działania – to znaczy, ja się zastanawiam, bo to lubię, a Ania projekt zatwierdza.

Pisałem o tym setki razy, ale powtórzę się kolejny raz. Planowanie jest dla mnie integralną częścią podróżowania i sprawia mi dużo radości. Pewnie jeszcze fajniejsze jest jechanie bez żadnych planów i działania spontaniczne już na miejscu. Ale to dobre gdy ktoś ma do dyspozycji miesiąc lub więcej. Moje wyjazdy są niestety dużo krótsze i uznaję, że trzeba je wykorzystać do maksimum. A do tego niezbędny jest plan. Także dlatego, że narzuca nam pewną dyscyplinę. A o nią nie jest łatwo gdy człowieka zalewają wieczne poty i obezwładnia go duchota ze skwarem. Tropiki to miejsce, które wystawia na próbę naszą silną wolę.

Niemniej, zręby wycieczki mamy już ukształtowane. Wygląda to tak jak poniżej, czyli zgodnie z pierwszą ideą, szykuje się mała wyprawa na północ i sentymentalne chwile na równinach centralnych.

Po weekendzie spędzonym na Łotwie meldujemy się na ryskim lotnisku i przez Kijów lecimy do Bangkoku. Tam przesiadamy się do kolejnego samolotu, by jeszcze bladym świtem zameldować się w stolicy północnej Tajlandii – Chiang Mai. To miasto świątyń (ponoć prawdą jest, że jest ich tam przeszło tysiąc) i rozlicznych atrakcji czekających na turystów. Spędzimy tam jakieś dwa dni, z czego jeden wstępnie poświęcimy na jakąś wycieczkę w tereny dookoła. Wizytę u „dzikich” górskich plemion mogę sobie odpuścić, ale centrum tresury słoni tak czy owak będzie obowiązkową pozycją. Może jeszcze uda się wybrać do „Złotego Trójkąta”, czyli miejsca gdzie spotyka się Birma z Tajlandią i Laosem. To miejsce jest z kolei znane przede wszystkim z tego, że do dzisiaj jest to jeden z najważniejszych punktów przerzutowych narkotyków na świecie. Zaś samo Chiang Mai... Niektórzy mawiają, że nie można w nim zostać na dłużej, bo inaczej nie będzie się chciało z niego wyjechać już nigdy...




Potem pora kierować się na południe, czyli z powrotem do Bangkoku. Najpierw można zahaczyć o Lampang, ponoć spokojniejszą wersję Chiang Mai. Miasto najbardziej jest znane, znowuż, z centrum tresury słoni oraz faktu, że dla tajskich buddystów stanowi jedno z miejsc pielgrzymkowych.




Z Lampang pojedziemy do Sukhotai. Dawnej stolicy Królestwa Syjamu nie udało mi się odwiedzić poprzednio. To jedno z najpiękniejszych miejsc w całej Tajlandii i tym razem będziemy mieli nieco czasu, by je zbadać. To znaczy, mam świadomość, że to kompleks ruin, a z tymi mam różne wspomnienia (patrz – Ayathuaya 2008), ale to zawsze coś nowego.




Dalej plan przewiduje transport do Lopburi, czyli mojego ukochanego „miasta małp”. Tu zaczyna się Tajlandia jaką znam i pamiętam. W rzeczywistości, dwie godziny na to miejsce to niemalże za dużo. Poza słynną świątynią Phra Prang Sam Yot, którą upodobali sobie nasi dalecy krewni, nie ma tam wielkich atrakcji. To nie do końca prawda, bo ja zapamiętałem Lopburi jako miejsce może i spokojne, ale godne uwagi. Więc być może będziemy tam nawet nocować – dodatkową do tego zachętą są egzotycznie brzmiące ostrzeżenia, by na noc zamykać okna w ochronie przed małpimi włamywaczami...




Następnie pora przemieścić się do Ayathuya, czyli kolejnej dawnej stolicy Syjamu (Lopburi też się szczyci podobną tytulaturą). To miasto znam dobrze i jakoś nie jestem przekonany czy chcę znowu spędzić w nim więcej czasu niż to niezbędne. Kompleksy zabytków są tam rozliczne i Ayathuya swój klimat niby ma. Tyle że nieco tam jednak nudno wieczorami, więc nocleg chyba sobie darujemy. Inaczej pewnie zagnałoby mnie znowu do hoteliku zbudowanego z tekowego drewna...Tak czy owak, będzie po drodze, więc zahaczyć wypada. Ale stąd już bardzo blisko do Bangkoku, a to miejsce przyciąga mnie silnie w swoje objęcia.




Na Bangkok przypadną dwa dni plus jeden dodatkowy wieczór. Oprócz zestawu obowiązkowego (już nie mogę doczekać się swojej roli „wszystkowiedzącegoijużtukiedyśbędącego”), na pewno wybierzemy się na słynny bazar Chatuchak, by oddać się szaleństwu zakupów. Z pewnością chciałbym znowu zagubić się w plątaninie uliczek Chinatown, może uda się wieczorem wybrać na tajski boks, albo chociaż jakiś mecz piłki nożnej? A nocować będziemy, dla podsycenia moich wspomnień, w Amarin Inn.




Nie mogę się już doczekać – a to jeszcze długie dwa miesiące, podczas których zdarzyć się może przecież wiele rzeczy.

Acha, poza trzema ostatnimi zestawami, pozostałe zdjęcia bezwstydnie podkradłem z internetu, za co ich autorów przepraszam.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Tylko we Lwowie

Jak pomyślałem – tak zrobiłem. Z pokusami nie ma co walczyć.



Jesienią wybieram się do Lwowa. Niestety - krótko, bo tylko na nieco przedłużony weekend. Mam nadzieję, że zdąże spokojnie zobaczyć to piękne ponoć miasto, a do tego spełnić patriotyczny obowiązek i odwiedzić Cmentarz Orląt Lwowskich. Sobie pomyślałem, że ten wyjazd odbędę w duchu poszukiwań polskich śladów przeszłości Lwowa. Zapewne sporo się ich ciągle uchowało. Przynajmniej, taką mam nadzieję.

Gdyby za czasów studenckich podróżowanie miało dla mnie jakąkolwiek większą wartość (a nie miało wtedy żadnej), to zapewne zawitałbym tam dobrą dekadę temu. Okazji ku temu kilka by się znalazło. Tak się jednak składa, że jakoś ominęło mnie poznawanie klasycznych kierunków „dookoła nas”. Nie znam Wilna, nie znam jeszcze Lwowa, nie byłem w Pradze, co ja piszę. Przecież ja nawet nigdy nie byłem na Mazurach i w większości polskich miast... Taki ze mnie nieco upośledzony człowiek, ale na szczęście z tą chorobą można walczyć.

Jako osoba już nieco starsza i mająca swoje potrzeby, być może pozwolę sobie nawet na pobyt w słynnym Hotelu „George”. Dekadę temu musiałbym zapewne nocować u jakiejś polskiej babci. A tak... Wyświechtana aż do przesady legenda miejska powiada, że mieszkał w „Żorżu” sam Jan Kiepura i nawet śpiewał kiedyś z balkonu. Poza tym faktem oraz tym, że przybytek ma swoje lata i jest widoczny na wielu zdjęciach sprzed wojny (na dole – to ten budynek po prawej ponoć), nie udało mi sie ustalić na czym może polegać jego autorytet. Tak czy owak drogo tam nie jest, a popularność bierze się zapewne z faktu, że przed wieloma laty było to naprawdę eleganckie miejsce.


Do tego wyjazdu jeszcze, tak czy owak, długie 82 dni, podczas których zniosę niejedno jajko z nudów. Zabawne jest to, że kilka dni po powrocie z Lwowa, znowu będę „musiał” lecieć na wschód i zawitam na chwilę do Kijowa. Niezbadane są wyroki losu i promocji.

czwartek, 5 sierpnia 2010

Tour de ex USRR

Do wyjazdu na urlop jeszcze 93 dni, czyli trzy długie miesiące. Za daleko by zacząć planowanie, rezerwowanie i dywagowanie nad przewodnikiem w jaki sposób efektywnie wykorzystać kilka dni w Tajlandii. Za daleko by się w ogóle nad tym wyjazdem zastanawiać, tym bardziej, że przecież odwiedzę miejsca sobie względnie znane.

Mam jeszcze pomysł, by wyskoczyć gdzieś na weekend. Co prawda, nie mam już żadnego dnia wolnego do rozdysponowania (sic!), ale od czego są święta kościelne i państwowe? Dla chcącego – nic trudnego, można nawet wyjechać jedynie na sobotę i niedzielę. Trzeba tylko znaleźć takie połączenie, którego godziny pasują do koncepcji.

Roi mi się więc wypad na przełomie października i listopada. „Do wyboru” tak naprawdę tylko dwa miejsca. Albo Wilno albo Lwów. W obu nigdy nie byłem i oba z chęcią bym zobaczył. Jakoś ostatnio ciągnie mnie w kierunku naszej wschodniej granicy. Pomyślałem nawet, że fajnie byłoby odwiedzić wszystkie stolice państw jakie powstały w wyniku rozbicia ZSRR. Łącznie piętnaście krajów i tyleż miast. Na razie znam tylko dwa...

Na miejscu nie jest drogo, bilety są tanie, pokusa rośnie z każdą chwilą. Nie wiem czy mam siłę się tej koncepcji oprzeć.


Powyższa mapka pokazuje także kraj do którego wybieram się wstępnie na początku 2011 roku. Na razie jednak to bardzo odległa perspektywa...