Tymczasem, do kolejnych wakacji pozostało jeszcze mnóstwo czasu, bo ponad dwa miesiące. Ale powoli zaczynamy zastanawiać się nad planem działania – to znaczy, ja się zastanawiam, bo to lubię, a Ania projekt zatwierdza.
Pisałem o tym setki razy, ale powtórzę się kolejny raz. Planowanie jest dla mnie integralną częścią podróżowania i sprawia mi dużo radości. Pewnie jeszcze fajniejsze jest jechanie bez żadnych planów i działania spontaniczne już na miejscu. Ale to dobre gdy ktoś ma do dyspozycji miesiąc lub więcej. Moje wyjazdy są niestety dużo krótsze i uznaję, że trzeba je wykorzystać do maksimum. A do tego niezbędny jest plan. Także dlatego, że narzuca nam pewną dyscyplinę. A o nią nie jest łatwo gdy człowieka zalewają wieczne poty i obezwładnia go duchota ze skwarem. Tropiki to miejsce, które wystawia na próbę naszą silną wolę.
Niemniej, zręby wycieczki mamy już ukształtowane. Wygląda to tak jak poniżej, czyli zgodnie z pierwszą ideą, szykuje się mała wyprawa na północ i sentymentalne chwile na równinach centralnych.

Po weekendzie spędzonym na Łotwie meldujemy się na ryskim lotnisku i przez Kijów lecimy do Bangkoku. Tam przesiadamy się do kolejnego samolotu, by jeszcze bladym świtem zameldować się w stolicy północnej Tajlandii – Chiang Mai. To miasto świątyń (ponoć prawdą jest, że jest ich tam przeszło tysiąc) i rozlicznych atrakcji czekających na turystów. Spędzimy tam jakieś dwa dni, z czego jeden wstępnie poświęcimy na jakąś wycieczkę w tereny dookoła. Wizytę u „dzikich” górskich plemion mogę sobie odpuścić, ale centrum tresury słoni tak czy owak będzie obowiązkową pozycją. Może jeszcze uda się wybrać do „Złotego Trójkąta”, czyli miejsca gdzie spotyka się Birma z Tajlandią i Laosem. To miejsce jest z kolei znane przede wszystkim z tego, że do dzisiaj jest to jeden z najważniejszych punktów przerzutowych narkotyków na świecie. Zaś samo Chiang Mai... Niektórzy mawiają, że nie można w nim zostać na dłużej, bo inaczej nie będzie się chciało z niego wyjechać już nigdy...



Potem pora kierować się na południe, czyli z powrotem do Bangkoku. Najpierw można zahaczyć o Lampang, ponoć spokojniejszą wersję Chiang Mai. Miasto najbardziej jest znane, znowuż, z centrum tresury słoni oraz faktu, że dla tajskich buddystów stanowi jedno z miejsc pielgrzymkowych.



Z Lampang pojedziemy do Sukhotai. Dawnej stolicy Królestwa Syjamu nie udało mi się odwiedzić poprzednio. To jedno z najpiękniejszych miejsc w całej Tajlandii i tym razem będziemy mieli nieco czasu, by je zbadać. To znaczy, mam świadomość, że to kompleks ruin, a z tymi mam różne wspomnienia (patrz – Ayathuaya 2008), ale to zawsze coś nowego.


Dalej plan przewiduje transport do Lopburi, czyli mojego ukochanego „miasta małp”. Tu zaczyna się Tajlandia jaką znam i pamiętam. W rzeczywistości, dwie godziny na to miejsce to niemalże za dużo. Poza słynną świątynią Phra Prang Sam Yot, którą upodobali sobie nasi dalecy krewni, nie ma tam wielkich atrakcji. To nie do końca prawda, bo ja zapamiętałem Lopburi jako miejsce może i spokojne, ale godne uwagi. Więc być może będziemy tam nawet nocować – dodatkową do tego zachętą są egzotycznie brzmiące ostrzeżenia, by na noc zamykać okna w ochronie przed małpimi włamywaczami...



Następnie pora przemieścić się do Ayathuya, czyli kolejnej dawnej stolicy Syjamu (Lopburi też się szczyci podobną tytulaturą). To miasto znam dobrze i jakoś nie jestem przekonany czy chcę znowu spędzić w nim więcej czasu niż to niezbędne. Kompleksy zabytków są tam rozliczne i Ayathuya swój klimat niby ma. Tyle że nieco tam jednak nudno wieczorami, więc nocleg chyba sobie darujemy. Inaczej pewnie zagnałoby mnie znowu do hoteliku zbudowanego z tekowego drewna...Tak czy owak, będzie po drodze, więc zahaczyć wypada. Ale stąd już bardzo blisko do Bangkoku, a to miejsce przyciąga mnie silnie w swoje objęcia.


Na Bangkok przypadną dwa dni plus jeden dodatkowy wieczór. Oprócz zestawu obowiązkowego (już nie mogę doczekać się swojej roli „wszystkowiedzącegoijużtukiedyśbędącego”), na pewno wybierzemy się na słynny bazar Chatuchak, by oddać się szaleństwu zakupów. Z pewnością chciałbym znowu zagubić się w plątaninie uliczek Chinatown, może uda się wieczorem wybrać na tajski boks, albo chociaż jakiś mecz piłki nożnej? A nocować będziemy, dla podsycenia moich wspomnień, w Amarin Inn.
Nie mogę się już doczekać – a to jeszcze długie dwa miesiące, podczas których zdarzyć się może przecież wiele rzeczy.
Acha, poza trzema ostatnimi zestawami, pozostałe zdjęcia bezwstydnie podkradłem z internetu, za co ich autorów przepraszam.


