poniedziałek, 14 maja 2018

13-14.05, Jak zostałem Kaszubem

“Kupujcie ziemię, już jej nie produkują” powiedział ponoć Mark Twain, co do dziś powtarzają za nim co obrotniejsi sprzedawcy gruntów. Wziąłem sobie te słowa mocno do serca i postanowiłem, że 37 lat to idealny wiek na to, by stać się właścicielem kawałka ziemi. To znaczy, kolejnego jej kawałka, bo kilka lat temu już zanabyłem siedlisko na Północnym Mazowszu. Teraz zamarzyło mi się coś zlokalizowanego dalej, coś z potencjałem turystycznym i szansą na byciem przyjemną samotnią na stare, mam nadzieję, że dostatnie, lata. Negocjacje z żoną nie należały do łatwych, ale ostatecznie, znalazłem w jej osobie współudziałowca i wyposażony w akcept mojego planu, zacząłem szukać sensownej lokalizacji pod powiedzmy, że inwestycję.

Na szczęście, szybko trafiłem na fajną agencją nieruchomości, która specjalizuje się właśnie w spełnianiu marzeń takich jak ja. Wybrałem trzy najbardziej mnie interesujące miejscówki, pobrałem koordynaty, no i oczywiście, grzecznie spławiłem agenta, który chciał ze mną je wszystkie objechać. W tzw. międzyczasie podszkoliłem się z prawa i ogólnej wiedzy o gruntach. Znalazłem i przeczytałem wszystkie miejscowe plany zagospodarowania. Zajrzałem też do strategii tworzonych przez powiaty i uzbrojony w szereg zaskakujących informacji, ruszyłem przed siebie. Szczególnie lektura tych ostatnich publikacji była pełna niespodzianek. Na przykład, w jednym miejscu swojej strategii powiat dumnie informował o powstaniu wodociągu, w drugim zaś skonkretyzował kiedy to nastąpi - w taki sposób, że wiadomo, że nie nastąpi w ogóle. Niektóre urzędy chwaliły się sukcesami, ale były też takie, które wprost pisały, że nie nadają się do niczego i że generalnie to ich powiat jest skazany na wegetację. Czytałem te wypociny z wypiekami na moich pulchnych policzkach.

Zjadłem obiad, ucałowałem dzieci i żonę, spakowałem walizkę. Wyjechałem w niedzielę po południu, do domu miałem wrócić w poniedziałek wczesnym wieczorem. Do pokonania miałem blisko 1200 kilometrów, ale świetna pogoda i zew przygody sprawiał, że w ogóle nie myślałem o tym, jak karkołomne to wyzwanie. Szczególnie, że moja trasa miała również ogromne walory krajobrazowo-poznawcze. Jechałem w okolice, których nie znałem, a których, im więcej o nich czytałem, byłem ciekaw. W pierwszej kolejności, Pojezierze Poznańskie i miała wieś Nienawiszcz.

Dojazd na miejsce był rozkoszą. Od momentu zjazdu z autostrady zrobiło się wiejsko, sielsko i anielsko. Niedaleko potencjalnej działki było jezioro z plażą, dookoła mnóstwo lasów. Nawet mi się tam podobało, ale na moje nieszczęście (albo szczęście) zajechałem do wioski z innej strony niż powinienem. Zobaczyłem tam nieco smutniejszych widoków, w tym PGR-owskie bloki porzucone w środku ziemniaczanych pól. Mieszkać w czymś takim, to musi być podwójna mordęga. Niedość, że na wsi, czyli daleko od cywilizacji, to jeszcze w bloku, czyli z sąsiadami na dole, górze i po bokach.

Sporządziłem staranne obserwacje dla mojego współinwestora, ale w sumie decyzję podjąłem już na miejscu. Nie dla nas. Głównie przez to, że rzeczona plaża nad jeziorem to jedyna atrakcja okolicy. Byłem tam koło 19-tej i nie zastałem nikogo, ale w powietrzu czułem jeszcze zapach wczorajszego piwa, grilla i tłumów okolicznej ludności. Do których byśmy chyba jednak nie pasowali. Mimo to, Nienawiszcz okazał się sympatyczny i zanim ruszyłem dalej, spędziłem tam trochę czasu.

Musiałem się jednak spieszyć, bo do hotelu miałem kilka godzin jazdy, a słońce już zachodziło. Zachodziło, ale coś zajść nie mogło - dawno nie jechałem w takich warunkach. Jasno było naprawdę do późnego wieczora, co tylko potęgowało mój dobry humor i wakacyjny nastrój. Sama trasa też była fajna. Jechałem prostą, dobrze utrzymaną drogą do Czaplinka. Mijałem miejscowości, których do tej pory nigdy nie widziałem na oczy. Ot chociażby, Wałcz. Kojarzę, że jest tam klub, który nazywa się Orzeł Biały. Oraz, że jest to miasto rodzinne Krzysia Głowackiego, naszego eksportowego boksera, byłego mistrza świata, a ostatnio, bohatera serwisów plotkarskich. Z okna auta widziałem spokojne kamienice, brzeg jeziora, kebaba i restaurację z białymi, komunijnymi obrusami.

Mój hotel w Czaplinku był wyborem podyktowanym wyłącznie brakiem alternatyw. Po prostu w tej części Polski, tj. na Pojezierzu Drawskim, nie ma zbyt wielkiej bazy noclegowej. Co zaskakuje, bo okolice są przepiękne i klimatyczne. Zakładam więc, że to się pewnie z czasem zmieni. Tymczasem tej nocy, w Hotelu Paradiso byłem jedynym klientem, dostałem więc pewnie i tak najlepszy pokój. Z małym lufcikiem zamiast okna, za to z wielką fototapetą na całą ścianę, która przedstawiała anonimowy, śródziemnomorski landszaft. Wystrój i kolorystyka szału nie robiły, a o działającej restauracji mogłem tylko pomarzyć. Więc się wykąpałem i położyłem spać. Śniłem o tym, że porzuciłem swoją branżę i zostałem przedstawicielem handlowym, który jeździ po całym kraju z psią karmą. Znałem kiedyś człowieka, który w ten sposób zarabiał na życie i wiecie co robi obecnie? Po latach bycia radnym z ramienia PiS, awansował na dyrektorskie stanowisko w TVP. Piękna historia pokazująca, że jak się chce, to można osiągnąć wszystko o czym się marzy. O ile oczywiście należy się do odpowiedniego zakonu.

***

Śniadanie utwierdziło mnie w przekonaniu, że mój hotel to miejsce stworzone nie dla turystów, a raczej dla tzw. tranzytu, czyli ludzi drogi. Moja jajecznica składała się z ośmiu jaj. Ośmiu! A byłem sam przecież. Chleba dostałem cały bochenek, do tego tyle wędliny ile jem przez tydzień, nie wspominając już o serach. Ilości były zadziwiające, ale jeszcze bardziej zdziwiło mnie to, że skoro serwują takie śniadanie, to na pewno są ludzie, którzy tyle jedzą.

Pochłonięty myślami o dietetyce pożegnałem się z Czaplinkiem. To ciekawa miejscowość, ale niestety, czułem, że muszę się sprężać żeby zdążyć. Już wczorajsza trasa pokazała mi, że moja “wycieczka” to przedsięwzięcie ambitne. Trasa znowuż była wspaniała. Minąłem Zamek Drahim i wjechałem w objęcia Drawskiego Parku Krajobrazowego, gdzie co chwila, cmokałem z zachwytu i wydobywałem z siebie największy dowód uznania jaki wydać może przeciętny Kowalski. Postanowiłem, że trzeba tu będzie kiedyś przyjechać z całą rodziną.

Po wyjechaniu z leśnych zastępów wjechałem w “prawdziwe” Pomorze Zachodnie. Dominować zaczęły znowu pola, w tych dniach, kwitnące żółtym rzepakiem. Idylla, aczkolwiek nie dla tubylców. Mijając rozliczne wioski, zza okien słyszałem jak piszczy w nich bieda i beznadzieja. Bo stąd jest naprawdę wszędzie daleko, a już najdalej to chyba do godnego życia i sensownych pensji. Żeby się o tym przekonać wystarczyło zapoznać się ze strategiami powiatów, dokumentami ogólnie dostępnymi, które w przypadku np. takiego Świdwina, mówią jedno: nie radzimy sobie, spadamy, cześć i pa. Nie brzmiało to zachęcająco.


A szkoda. Bo tereny piękne. Szczególnie, że oglądana działka była tuż nad sporym, częściowo dzikim jeziorem. Mieć domek w takiej okolicy, to marzenie, ale doszedłem do wniosku, że znowuż, chyba nie dla nas. Przede wszystkim, przez dojazd. Z Warszawy jedzie się tu jakieś siedem godzin. Z dziećmi to pewnie ponad osiem. “Trochę” za dużo jak na destynację urlopową, która ma być w przyszłości odwiedzana np. na weekend. Zaś lepszej jakości droga łącząca tą część kraju ze stolicą raczej nie powstanie w ciągu najbliższych lat.

Była 10:30, a ja musiałem jechać dalej. Do ostatniego miejsca, zlokalizowanego na dalekich Kaszubach. Nie chcę się powtarzać, więc nie napisze już nic o idealnej pogodzie, czy pustych, uroczych drogach. Dotarcie na miejsce zajęło mi sporo czasu, ale było warto, bo od razu uznałem, że to właśnie jest to, czego szukamy. Co prawda, nasze siedlisko nie leżało nad żadnym jeziorem, ale posiadało inne zalety. Takie jak pofałdowany lekko teren, ogrom lasów dookoła, jak i to, że w okolicy było mnóstwo atrakcji. Począwszy od przyrodniczych, takich jak rozliczne akweny wodne, w tym jeziora lobeliowe, kończąc na Zamku Krzyżackim w pobliskim Bytowie. Do Warszawy też nie było daleko, a przynajmniej, pocieszałem się tym co pokazywał mi GPS. Dojazd do domu w cztery i pół godziny brzmiał jeszcze sensownie.


W ten sposób staliśmy się właścicielami małej działki na Pojezierzu Bytowskim, w gminie tzw. dwujęzycznej, czyli takiej, gdzie spora część mieszkańców używa języka kaszubskiego. Niezła egzotyka. Pozostaje mieć nadzieję, że będzie nam dobrze służyła, a w przyszłości, będziemy jej częstymi gośćmi. Czy raczej, że będziemy jej gospodarzami, bo choć trudno mi w to uwierzyć, ja, mieszczuch z Warszawy, stałem się właścicielem skrawka pięknych Kaszub. A więc, do uzdrzeni, jak to się to “u nas” mawia.

czwartek, 3 maja 2018

29.04 - 03.05, Najdłuższa Majówka Współczesnej Europy

Majówka w tym roku była dla klasy pracującej nader łaskawa. Trzy dni urlopu dawały nawet dziewięć dni wolnego. Wystarczająco dużo, by pojechać na olinkluziw do Tunezji albo innego Marokoka, pomyślałem pakując rodzinę na wyjazd na … Mazury.

Cel: Ostróda. Chciałbym napisać, że nigdy tam nie byłem, ale nie byłaby to prawda. Podczas wakacji A.D. 2015 zajechałem tam po drodze i zapamiętałem to miasto z koszmarnego korka oraz tego, że wjechałem pod prąd w jednokierunkową uliczkę. Na szczęście, bez konsekwencji, ale emocji nie brakowało. Widok ludzi jadących wprost na Ciebie i pukających się w czoło, należy przecież do niezwykle emocjonujących. Wspaniałe wspomnienia. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać tylko to, że i wtedy i obecnie nie widziałem przy wjeździe do tej uliczki stosownego zakazu. Tajemnica godna drogowego Archiwum X.

Zbliżająca się wizyta w tym mieście zachęciła mnie do podszkolenia się z zakresu wiedzy geograficznej. A dokładniej, tego jak i gdzie przebiega granica pomiędzy Warmią, a Mazurami. Dzięki temu, upewniłem się, że Ostróda przynależy do tych drugich, co wcale nie jest takie oczywiste, gdy patrzy się na mapę i widzi się jak blisko jest stamtąd do takiego Olsztyna.

Nie jest to również oczywiste, gdy pamięta się, że oba regiony różniły się stopniem nasilenia “polskiego żywiołu”. Na Warmii był on zdecydowanie silniejszy, na Mazurach zaś już silnie zgermanizowany, czy też po prostu, germański. Tymczasem, dawna Ostróda była w dużym stopniu polska, aczkolwiek do macierzy wróciła dopiero w 1945. Przeprowadzony w 1920 roku plebiscyt okazał się nad nas totalną klęską, również w tym regionie.

***

Tyle historii. W Ostródzie nie zachowało się po niej wiele, bo jak można się domyśleć, Armia Czerwona gdy wyzwalała to miasto, nie spieszyła się jeszcze na Berlin, więc w tzw. międzyczasie zdążyła je porządnie przetrzebić. Jak podają źródła, podczas walk z Niemcami zniszczono pięć budynków. Pozostałe 495 dokonało swego żywota w kolejnych miesiącach. Gdy w maju 1945 roku władzę przejmowali od komunistów radzieckich komuniści polscy, Ostróda była zdewastowana w 60%, a zniszczenia dotyczyły przede wszystkim tzw. tkanki historycznej oraz oczywiście przemysłu. Nie znaczy to jednak, że nie zachowało się zupełnie nic. W centrum jest trochę starych kamienic, do tego, kilka kościołów, na czele z kościołem gotyckim pw. Św. Dominika Savio.


Oraz oczywiście Zamek Krzyżacki. Gdybym był złośliwy, mógłbym napisać, że z boku wygląda on na przerośniętą stodołę. Mógłbym też podkreślić to, że jego elewacja jest praktycznie w ogóle pozbawiona detali, co sugeruje (zresztą zupełnie słusznie), że przeszłość obchodziła się z nim raczej brutalnie, a to, co widzimy obecnie, to efekt rekonstrukcji. Mógłbym też zwrócić uwagę na jego sąsiedztwo, przede wszystkim, współczesną zabudowę blokową. Mógłbym, ale po co.



Zamek w istocie jest bowiem ujmujący, bezpretensjonalny i utylitarny. Jego czerwone mury, ilekroć je widziałem, zawsze mnie cieszyły. Spacerowałem wzdłuż nich z radością. Jego wnętrza służą mieszkańcom. Każdy może więc wejść na dziedziniec, gdzie zresztą warto wejść, bo jest tam nieco bardziej “zdobnie” niż na zewnątrz. Znajduje się tam chociażby tablica pamiątkowa, która przypomina, że w Ostródzie nocował sam Napoleon Bonaparte.

W 1807 roku zatrzymał się tu na cały miesiąc, w praktyce, rządził stąd swoim Cesarstwem. Wydarzenie to zostało uwiecznione również w obrazie. Nazywa się on “Napoleon użyczający łask mieszkańcom Ostródy”, jest zdeponowany w Wersalu i stanowi dobry przykład typowej dla polityki obłudy. W praktyce bowiem, armia cesarska przez miesiąc Ostródę grabiła i gwałciła, co trudno nazwać w jakikolwiek sposób łaską.

Spacerując po okolicach trafiłem również na ostródzki rynek. Jego centralnym punktem jest, ciekawostka, świeżo wybudowany ratusz. Który jest “wierną w założeniach” kopią budynku, który nie przetrwał aktów łaski użyczanych z kolei temu miastu przez wspomnianą już Armię Czerwoną. Tak poza tym, można by się zupełnie nie zorientować, że to historyczny środek Ostródy, ponieważ zabudowa dookoła stanowi typowy misz-masz komuny ze współczesnością. O tym, że jest to coś więcej niż zwyczajna okolica, sugerować może co najwyżej stara fontanna i wysokie stężenie sklepów oraz banków.

Kilka dni w Ostródzie były dla nas prawdziwym odpoczynkiem. Pogoda była idealna. Ludzi trochę, ale nieprzesadnie znowu dużo. Spędzaliśmy sporo czasu w okolicach Jeziora Drwęckiego, którego brzegi kuszą zarówno ciszą, jak i atrakcjami sprofilowanymi pod gusta masowego klienta. Sękacze, lody włoskie, a nawet hamburgery i inne frykasy dla wielkomiejskich portfeli. Było w czym wybierać i było gdzie wydawać pieniądze.

Ten klimat zachęcał mnie dodatkowo do rozmyślań. Udało mi się wymyślić, że Ostróda to miasto żyjące w symbiozie z wodą, koleją i żulami. O pierwszej już wspomniałem. W końcu, to tutaj swój bieg zaczyna słynny Kanał Elbląski, czy raczej, Kanał Ostródzko-Elbląski. Co do drugiego, przez środek miasta przechodzą tory kolejowe. Które je dosłownie przerywają na pół. Ilekroć przejeżdża jakiś pociąg i zamyka się przejazd, zaczynają się tworzyć ogromne korki. Wystarczy dosłownie minuta, by pół miasto stało, a drugie pół, wdychało skondensowane spaliny tutejszych Passatów TDI. No niefajne to trochę i to podwójnie, bo ja uwielbiam kolej, a domyślam się, że w takiej Ostródzie jej wrogowie dostają do ręki aż za dużo argumentów na rzecz jej pozbycia się. Byłoby, mimo wszystko, szkoda.

Żule z Ostródy to też swoista ciekawostka. Państwo okupowali ławki koło jeziora od rana do wieczora. Nie byli agresywni, za to zadziwiająco liczni, rozśpiewani i radośni. Podczas któregoś ze spacerów widziałem jednego dżentelmena, który śpiewał wybrance swojego serca “Biełyje Rozy”. Chwyciło mnie to za serce i zostało ze mną na długo.


***

Ostróda to też dobry punkt wypadowy w okoliczne atrakcje. Których nie brakuje. Jednego dnia odwiedziliśmy ponownie Jezioro Narnie. Byliśmy tam już lata temu i wszystkie ówczesne obserwacje, znalazły ponowne potwierdzenie. Dookoła nas, wszędzie jak okiem sięgnąć, głównie tzw. “klasa dresiarska”. O 10:30 każdy paradował już z piwkiem i obowiązkowo, bez koszulki. Żeby można było podziwiać tatuaże, czyli obowiązkowe, plemienne trajbale i znaczki a’la chińskie menu. Nie nasz klimat oczywiście, a trochę szkoda, bo okolica jest nader urodziwa. Ale nie mam wątpliwości, że tam na pewno nie przyjadę na dłużej, bo nie mam żadnych problemów. A pytanie o posiadanie takowych się zapewne tu dosyć często słyszy.


Odwiedziliśmy też Gietrzwałd. A raczej, tamtejszą ludyczną knajpę, która niestety, karmi coraz słabiej, przynajmniej wg nas. Co w sumie nie dziwi, bo klientela dopisuje, a skoro tak, nie trzeba przesadnie dbać o jakość.

Byliśmy też w kolejnym skansenie. Tym razem w Olsztynku. Fajne miejsce i podobnie jak inne tego typu placówki, zaskakująco nowoczesne, schludne i ciekawe. Przeniesiono tu budynki, które pokazują jak wyglądała dawna warmińska wieś przed laty. Jest więc drewniany kościółek, zagrody, domostwa, począwszy od skromnych do szykownych. Biegają zwierzęta. Kupiliśmy dzieciom gliniane koguciki, które przez następne miesiące przypominały nam o tym miejscu swoim świdrującym dźwiękiem.