Na szczęście, szybko trafiłem na fajną agencją nieruchomości, która specjalizuje się właśnie w spełnianiu marzeń takich jak ja. Wybrałem trzy najbardziej mnie interesujące miejscówki, pobrałem koordynaty, no i oczywiście, grzecznie spławiłem agenta, który chciał ze mną je wszystkie objechać. W tzw. międzyczasie podszkoliłem się z prawa i ogólnej wiedzy o gruntach. Znalazłem i przeczytałem wszystkie miejscowe plany zagospodarowania. Zajrzałem też do strategii tworzonych przez powiaty i uzbrojony w szereg zaskakujących informacji, ruszyłem przed siebie. Szczególnie lektura tych ostatnich publikacji była pełna niespodzianek. Na przykład, w jednym miejscu swojej strategii powiat dumnie informował o powstaniu wodociągu, w drugim zaś skonkretyzował kiedy to nastąpi - w taki sposób, że wiadomo, że nie nastąpi w ogóle. Niektóre urzędy chwaliły się sukcesami, ale były też takie, które wprost pisały, że nie nadają się do niczego i że generalnie to ich powiat jest skazany na wegetację. Czytałem te wypociny z wypiekami na moich pulchnych policzkach.
Zjadłem obiad, ucałowałem dzieci i żonę, spakowałem walizkę. Wyjechałem w niedzielę po południu, do domu miałem wrócić w poniedziałek wczesnym wieczorem. Do pokonania miałem blisko 1200 kilometrów, ale świetna pogoda i zew przygody sprawiał, że w ogóle nie myślałem o tym, jak karkołomne to wyzwanie. Szczególnie, że moja trasa miała również ogromne walory krajobrazowo-poznawcze. Jechałem w okolice, których nie znałem, a których, im więcej o nich czytałem, byłem ciekaw. W pierwszej kolejności, Pojezierze Poznańskie i miała wieś Nienawiszcz.

Dojazd na miejsce był rozkoszą. Od momentu zjazdu z autostrady zrobiło się wiejsko, sielsko i anielsko. Niedaleko potencjalnej działki było jezioro z plażą, dookoła mnóstwo lasów. Nawet mi się tam podobało, ale na moje nieszczęście (albo szczęście) zajechałem do wioski z innej strony niż powinienem. Zobaczyłem tam nieco smutniejszych widoków, w tym PGR-owskie bloki porzucone w środku ziemniaczanych pól. Mieszkać w czymś takim, to musi być podwójna mordęga. Niedość, że na wsi, czyli daleko od cywilizacji, to jeszcze w bloku, czyli z sąsiadami na dole, górze i po bokach.
Sporządziłem staranne obserwacje dla mojego współinwestora, ale w sumie decyzję podjąłem już na miejscu. Nie dla nas. Głównie przez to, że rzeczona plaża nad jeziorem to jedyna atrakcja okolicy. Byłem tam koło 19-tej i nie zastałem nikogo, ale w powietrzu czułem jeszcze zapach wczorajszego piwa, grilla i tłumów okolicznej ludności. Do których byśmy chyba jednak nie pasowali. Mimo to, Nienawiszcz okazał się sympatyczny i zanim ruszyłem dalej, spędziłem tam trochę czasu.

Musiałem się jednak spieszyć, bo do hotelu miałem kilka godzin jazdy, a słońce już zachodziło. Zachodziło, ale coś zajść nie mogło - dawno nie jechałem w takich warunkach. Jasno było naprawdę do późnego wieczora, co tylko potęgowało mój dobry humor i wakacyjny nastrój. Sama trasa też była fajna. Jechałem prostą, dobrze utrzymaną drogą do Czaplinka. Mijałem miejscowości, których do tej pory nigdy nie widziałem na oczy. Ot chociażby, Wałcz. Kojarzę, że jest tam klub, który nazywa się Orzeł Biały. Oraz, że jest to miasto rodzinne Krzysia Głowackiego, naszego eksportowego boksera, byłego mistrza świata, a ostatnio, bohatera serwisów plotkarskich. Z okna auta widziałem spokojne kamienice, brzeg jeziora, kebaba i restaurację z białymi, komunijnymi obrusami.
Mój hotel w Czaplinku był wyborem podyktowanym wyłącznie brakiem alternatyw. Po prostu w tej części Polski, tj. na Pojezierzu Drawskim, nie ma zbyt wielkiej bazy noclegowej. Co zaskakuje, bo okolice są przepiękne i klimatyczne. Zakładam więc, że to się pewnie z czasem zmieni. Tymczasem tej nocy, w Hotelu Paradiso byłem jedynym klientem, dostałem więc pewnie i tak najlepszy pokój. Z małym lufcikiem zamiast okna, za to z wielką fototapetą na całą ścianę, która przedstawiała anonimowy, śródziemnomorski landszaft. Wystrój i kolorystyka szału nie robiły, a o działającej restauracji mogłem tylko pomarzyć. Więc się wykąpałem i położyłem spać. Śniłem o tym, że porzuciłem swoją branżę i zostałem przedstawicielem handlowym, który jeździ po całym kraju z psią karmą. Znałem kiedyś człowieka, który w ten sposób zarabiał na życie i wiecie co robi obecnie? Po latach bycia radnym z ramienia PiS, awansował na dyrektorskie stanowisko w TVP. Piękna historia pokazująca, że jak się chce, to można osiągnąć wszystko o czym się marzy. O ile oczywiście należy się do odpowiedniego zakonu.
***
Śniadanie utwierdziło mnie w przekonaniu, że mój hotel to miejsce stworzone nie dla turystów, a raczej dla tzw. tranzytu, czyli ludzi drogi. Moja jajecznica składała się z ośmiu jaj. Ośmiu! A byłem sam przecież. Chleba dostałem cały bochenek, do tego tyle wędliny ile jem przez tydzień, nie wspominając już o serach. Ilości były zadziwiające, ale jeszcze bardziej zdziwiło mnie to, że skoro serwują takie śniadanie, to na pewno są ludzie, którzy tyle jedzą.
Pochłonięty myślami o dietetyce pożegnałem się z Czaplinkiem. To ciekawa miejscowość, ale niestety, czułem, że muszę się sprężać żeby zdążyć. Już wczorajsza trasa pokazała mi, że moja “wycieczka” to przedsięwzięcie ambitne. Trasa znowuż była wspaniała. Minąłem Zamek Drahim i wjechałem w objęcia Drawskiego Parku Krajobrazowego, gdzie co chwila, cmokałem z zachwytu i wydobywałem z siebie największy dowód uznania jaki wydać może przeciętny Kowalski. Postanowiłem, że trzeba tu będzie kiedyś przyjechać z całą rodziną.
Po wyjechaniu z leśnych zastępów wjechałem w “prawdziwe” Pomorze Zachodnie. Dominować zaczęły znowu pola, w tych dniach, kwitnące żółtym rzepakiem. Idylla, aczkolwiek nie dla tubylców. Mijając rozliczne wioski, zza okien słyszałem jak piszczy w nich bieda i beznadzieja. Bo stąd jest naprawdę wszędzie daleko, a już najdalej to chyba do godnego życia i sensownych pensji. Żeby się o tym przekonać wystarczyło zapoznać się ze strategiami powiatów, dokumentami ogólnie dostępnymi, które w przypadku np. takiego Świdwina, mówią jedno: nie radzimy sobie, spadamy, cześć i pa. Nie brzmiało to zachęcająco.


A szkoda. Bo tereny piękne. Szczególnie, że oglądana działka była tuż nad sporym, częściowo dzikim jeziorem. Mieć domek w takiej okolicy, to marzenie, ale doszedłem do wniosku, że znowuż, chyba nie dla nas. Przede wszystkim, przez dojazd. Z Warszawy jedzie się tu jakieś siedem godzin. Z dziećmi to pewnie ponad osiem. “Trochę” za dużo jak na destynację urlopową, która ma być w przyszłości odwiedzana np. na weekend. Zaś lepszej jakości droga łącząca tą część kraju ze stolicą raczej nie powstanie w ciągu najbliższych lat.

Była 10:30, a ja musiałem jechać dalej. Do ostatniego miejsca, zlokalizowanego na dalekich Kaszubach. Nie chcę się powtarzać, więc nie napisze już nic o idealnej pogodzie, czy pustych, uroczych drogach. Dotarcie na miejsce zajęło mi sporo czasu, ale było warto, bo od razu uznałem, że to właśnie jest to, czego szukamy. Co prawda, nasze siedlisko nie leżało nad żadnym jeziorem, ale posiadało inne zalety. Takie jak pofałdowany lekko teren, ogrom lasów dookoła, jak i to, że w okolicy było mnóstwo atrakcji. Począwszy od przyrodniczych, takich jak rozliczne akweny wodne, w tym jeziora lobeliowe, kończąc na Zamku Krzyżackim w pobliskim Bytowie. Do Warszawy też nie było daleko, a przynajmniej, pocieszałem się tym co pokazywał mi GPS. Dojazd do domu w cztery i pół godziny brzmiał jeszcze sensownie.


W ten sposób staliśmy się właścicielami małej działki na Pojezierzu Bytowskim, w gminie tzw. dwujęzycznej, czyli takiej, gdzie spora część mieszkańców używa języka kaszubskiego. Niezła egzotyka. Pozostaje mieć nadzieję, że będzie nam dobrze służyła, a w przyszłości, będziemy jej częstymi gośćmi. Czy raczej, że będziemy jej gospodarzami, bo choć trudno mi w to uwierzyć, ja, mieszczuch z Warszawy, stałem się właścicielem skrawka pięknych Kaszub. A więc, do uzdrzeni, jak to się to “u nas” mawia.













