niedziela, 14 czerwca 2015

14.06, Dobić do Brzegu

Brzeg to miasto, którego historia odegrała istotną rolę w trudnym dziele repolonizacji Ziem Odzyskanych. Po pierwsze, przez wieki był to ośrodek, w którym dominowała ludność mówiąca językiem polskim, czy raczej, językiem, który dzisiaj byśmy tak określili - co potwierdzało, że mamy do terenów Dolnego Śląska pewne uzasadnione historią roszczenia. Po drugie, Brzeg był siedzibą Piastów Śląskich, czyli odnogi dynastii, która wywodziła się od Władysława Wygnańca i rządziła rozlicznymi księstwami śląskimi od czasów Rozbicia Dzielnicowego, aż do 1675 roku, kiedy zmarł ostatni władca brzesko-legnicki z tej linii, niejaki Jerzy Wilhelm. Być może to dlatego, miasto tak bardzo zniszczone podczas działań wojennych, po 1945 roku odbudowano, przywracając mu część dawnej świetności i ocalając od zapomnienia. W końcu Brzeg był w jakimś stopniu od zawsze “nasz”, czego nie da się powiedzieć o innych miastach regionu.


Rano po śniadaniu (zresztą świetnym - zanotowałem w notesiku, że jajecznica ze szczypiorkiem, spożywana przy stoliku, z widokiem na budzący się do życia Plac Zamkowy była doświadczeniem mistycznym) wyruszyłem na spacer. Mimo powojennych “plomb” trzeba przyznać, że Brzeg jest ładny. Być może to znowu zasługa pogody, ta bowiem była idealna, tak wakacyjna jak tylko pogoda w czerwcu może być.

Do Brzegu trafiają turyści. Przyciąga ich przede wszystkim kilka zabytków, z których miasto to słynie - robią one wrażenie i z pewnością warto dla nich tam przyjechać. Mnie ujął również specyficzny "mikroklimat" tego miejsca. Widać go chociażby po ... wystawach sklepowych. Prywatnie uwielbiam patrzeć na witryny, uważam bowiem, że mówią one bardzo dużo o miastach, panujących w nich zwyczajach, ale przede wszystkim - o ludziach i ich marzeniach… Żałuję, że postępująca globalizacja sprawia, że ten element naszej codzienności zanika, staje się jednorodną kalką powielaną wszędzie w ten sam sposób. W Brzegu jednak tej niszczycielskiej siły jeszcze nie widać, a stare dobre wystawy jeszcze się bronią, mówiąc dużo o tutejszej codzienności...


Pierwszym zabytkiem “wartym grzechu” jest renesansowy Ratusz, który przypomina trochę a to architekturę włoską, a to krakowskie Sukiennice. Szczególnie urodziwa jest jego zachodnia strona z pięknymi arkadami i loggią. Wielka szkoda, że widok na nią był nieco zakłócony przez zaparkowane samochody. Pozostałe boki budowli już takie okazałe nie są, a na wewnętrznym dziedzińcu pachniało szczynami. W końcu była to niedziela rano, więc urynowa woń była pewnie pamiątką sobotniej nocy.



Drugim zabytkiem wartym uwagi jest Kościół Świętego Mikołaja. Ta gotycka budowla powstała w XIV wieku, ale jej obecny kształt to rekonstrukcja powojenna, co zresztą widać po wnętrzu, które jest zaskakująco skromne i nijakie. Mimo to, z zewnątrz jest to budowla imponująca swym ogromem, a ja dłuższą chwilę stałem i dumałem podziwiając jej rozmiary, które górowały nad Brzegiem i jego powojenną zabudową.

Trzecim zabytkiem Brzegu (ale chyba pierwszym jeżeli chodzi o wartość historyczną) jest Zamek Piastów Śląskich. Miałem to szczęście, że mój hotel dosłownie z nim sąsiadował, więc gdy tylko wróciłem ze spaceru po mieście, przekroczyłem jego zdobną bramę i przez ponad godzinę zwiedzałem tamtejsze muzeum. Zamek nazywany bywa “śląskim Wawelem” i przyznać trzeba, że nie jest to przydomek na wyrost. Szczególnie piękny jest renesansowy dziedziniec otoczonymi krużgankami oraz oczywiście sama brama wjazdowa, która jest ozdobiona podobiznami władców z dynastii Piastów.



Same muzeum nie należało do szczególnie ciekawych, ale obejrzałem wszystkie wystawy z grzeczności, po czym spakowałem się i opuściłem to miłe miejsce. Chciałem jeszcze po drodze coś zobaczyć, ale ostatecznie wygrała tęsknota za rodziną. Po kilku godzinach byłem już w domu, ale wróciłem odmieniony, bo zakochany w Dolnym Śląsku i z silnym postanowieniem, że chciałbym tam w najbliższym czasie jeszcze wrócić.

sobota, 13 czerwca 2015

13.06, Miasta i miasteczka Dolnego Śląska


Wojnę Trzydziestoletnią z niewielką tylko przesadą można nazywać pierwszą “wojną pan-europejską”, ponieważ po obu stronach konfliktu zaangażował się (bezpośrednio lub jak Rzeczpospolita - pośrednio) niemalże cały Stary Kontynent. Choć główną osią konfliktu była rywalizacja protestantów (Unia Protestancka) i katolików (Liga Katolicka) o dominację w Rzeszy Niemieckiej vel Świętym Cesarstwie Rzymskim, tak naprawdę, konflikt przez dekady napędzała i utrzymywała “przy życiu” potrzeba przedefiniowania starego porządku obowiązującego w Europie i dostosowania go do nowej sytuacji geopolitycznej. Sytuacji, w której pewne protestanckie potęgi dochodziły do głosu (Szwecja, Niderlandy), pewne katolickie imperia schodziły ze sceny (Hiszpania i Habsburgowie hiszpańscy), wobec innych wytaczano szeroki front dążący do powstrzymania ich dalszych zapędów (Rzesza i Habsburgowie austriaccy), a inne zaś zgłaszały ambicję do zostania kontynentalną potęgą numer jeden (Francja i Walezjusze). To dlatego postanowienia pokoju westfalskiego z 1648 roku są tak rozbudowane i tak znaczące dla dalszej historii. Oprócz rozlicznych decyzji terytorialnych, które dotyczyły i regulowały dziesiątki, często drobnych, ale wówczas bardzo spornych kwestii, istotne są postanowienia co do natury ustrojowej Rzeszy Niemieckiej, które jeszcze mocniej osłabiły władzę centralną Habsburgów oraz decyzje natury religijnej, które wzmacniały zasadę “Cuius regio, eius religio”, również wpływając negatywnie na pozycję katolickiego dworu w stosunku do protestanckich udzielnych władców. Jednym z ważniejszych postanowień była zgoda Cesarza na zbudowanie w księstwach jaworskim, świdnickim i głogowskim trzech świątyń ewangelickich - z tej racji nazywanych Kościołami Pokoju.

Zgoda ta jednak była obwarowana wieloma warunkami, które miały sprawić, że Świątynie nigdy nie powstaną. Po pierwsze, miały zostać zbudowane zaledwie w rok i to wyłącznie z nietrwałych materiałów (dopuszczono co prawda drewno, ale bez gwoździ). Po drugie, miały nie przypominać kościołów - nie mogły mieć wież ani dzwonnic, jak również przykościelnych szkół parafialnych. Po trzecie, ze względu na to swój docelowo nietrwały charakter, miały być zbudowane “na strzał armatni” z dala od murów miejskich, tak by ewentualny ich pożar nie zagrażał otoczeniu. Wydawało się, że te uwarunkowania sprawią, że postanowienia te pozostaną jedynie na papierze. To przeświadczenie wzmogła zapewne katastrofa pierwszego kościoła z planowanej trójki, który powstał w dzisiejszym Głogowie - powstał on 1652 roku, a wskutek błędów konstrukcyjnych i pośpiechu, już dwa lata później został doszczętnie zniszczony przez wichurę.

Jednak w Świdnicy (oraz w Jaworze) budowniczym udało się powołać do życia prawdziwe dzieło, które przetrwało do dzisiejszego dnia. Kościół zbudowano w systemie szachulcowym - jego drewniany szkielet wypełniony został gliną i słomą, a całość powstała bez ani jednego użytego gwoździa. Z zewnątrz wygląda dzięki temu oryginalnie ale i niepozornie, ponieważ w tej technice niezmiernie rzadko budowano budynki sakralnego przeznaczenia. Gdyby nie wieńczące dachy krzyże i późniejsze dobudówki o wyraźnie religijnym charakterze, trudno byłoby rozpoznać, że jest to w ogóle kościół.




Rano obszedłem jego bryłę kilka razy dookoła, czekając aż rozpoczną się godziny zwiedzania. Dopiero po wejściu do środka przekonałem się jak niesamowity jest to budynek - jego twórcom udało się oszukać ludzkie zmysły. Jego wnętrze, w porównaniu z niepozorną fasadą, jest bowiem zaskakująco duże i przestronne. Pomieścić się tam może ponad siedem tysięcy osób, z czego prawie połowa z nich ma miejsca siedzące. To mniej więcej tyle co pojemność stadionu Polonii Warszawa! Długo zastanawiałem się nad co mi przypomina to wnętrze - bo na pewno nie przypominało ono żadnego kościoła w jakim kiedykolwiek byłem. I nagle mnie olśniło.


Układ piętrowych balkonów to przecież nic innego jak filharmonia, tudzież teatr, zaś ogromny ołtarz to scena na której odbywa się przedstawienie ze sfery sacrum. Imponująca kubatura to jedno, druga rzecz to barokowy klimat jakim wnętrze to jest wypełnione aż po brzegi - feria rzeźb, zdobień i detali od razu atakuje zmysły, sprawiając, że nawet bezbożnikowi miękną nogi z wrażenia.



Spędziłem tam dobrych kilkadziesiąt minut delektując się niepowtarzalnym klimatem, tworzonym zarówno przez wpadające do środka, przytłumione promienie światła, jak i przez… wszechmocny zapach bardzo starego i zmęczonego życiem drewna. Co rusz odkrywałem i podziwiałem różne smaczki, np. małe pudełeczka na datki obok ławek czy też masywne balkony-loże należące niegdyś do śląskich rodów. Niestety, a może - na szczęście, na górne kondygnacje Kościoła wstęp jest obecnie wzbroniony. Szkoda, bo kryje się tam zapewne jeszcze więcej ciekawostek.

Uważam, że był to najpiękniejszy kościół jaki kiedykolwiek widziałem na własne oczy - a w sumie, nie przypominam sobie, by jakikolwiek zabytek zrobił na mnie podobne wrażenie jak Kościół Pokoju w Świdnicy owego poranka. Nie wiem czy to kwestia pogody, atmosfery przygody jaka towarzyszyła tej samotnej eskapadzie czy może to po prostu oznaka starzenia się, ale byłem (i jestem) pod ogromnym wrażeniem tego miejsca.



Po wyjściu ze Świątyni poszedłem jeszcze zobaczyć miasto. W pełnym słońcu prezentowało się ono przyjemnie dla oka, jednak nie sposób było nie zauważyć tego jak zapuszczone ono jest w wielu miejscach. To była sobota więc na ulicach pojawiło się mnóstwo ludzi, którzy zajęci byli własnymi sprawami. Swoje podwoje otworzyły wszelakie sklepy, stoiska i stragany. Świdnica żyła w cieniu swojej wielowiekowej historii, a ja uznałem ją za przykład miasta z własną osobowością - może i niełatwą, ale dającą dobrą nadzieję na przyszłość. Wyjechałem stamtąd z przekonaniem, że kiedyś tam jeszcze na pewno wrócę.






Miałem przed sobą cały dzień na wałęsanie się po Dolnym Śląsku. To było coś zupełnie nowego! Po prostu wsiadłem do samochodu, zerknąłem na mapę i ruszyłem przed siebie. Pogoda była idealna, a droga wspaniała i różnorodna. Trochę pagórków, mnóstwo lasów, dużo drzew w skraju, a po drodze wioski i niewielkie miasteczka, o których nigdy wcześniej nie słyszałem. W każdym z nich widziałem leciwe, często gotyckie kościółki oraz dawne, poniemieckie budynki przytulone do wąskich, kręcących się uliczek. W każdym chciałem się zatrzymać, pospacerować, zrobić zdjęcia. Niestety, przygniatająca większość z mijanych wisoek dosłownie chyliła się ku ruinie. Przez cały dzień doliczyłem się dosłownie JEDNEJ wyremontowanej stodoły sprzed wojny. Dolny Śląsk, po tylu latach, to nadal domena prowizorki i trwania w bezruchu i letargu. Smutne to trochę, ale z drugiej strony, nie sposób odmówić tym krajobrazom urody jakiej… w Polsce za wiele jednak nie ma. I jeżeli miałbym wybierać pomiędzy tymi ruinami, a typowymi dla Mazowsza przedmieściami, które upstrzone są szyldami reklamowymi i samowolką budowlaną, to zdecydowanie wybieram to pierwsze.

Po pewnym czasie dotarłem do Paczkowa. Miasteczko to liczy sobie osiem tysięcy mieszkańców i choć leży w województwie opolskim, to oczywiście historycznie stanowi część Dolnego Śląska. Wcześniej słyszałem jego nazwę, ale wstyd się przyznać - nic o nim nie wiedziałem. A już na pewno nie zdawałem sobie sprawy z tego, że jest tak piękne i tak bogate w zabytki. Ewenementem są jego średniowieczne mury obronne, których owal otacza historyczne centrum i liczy sobie około 1200 metrów długości. Zachowało się w nich kilkanaście bram oraz baszt. Niektóre z nich wydaje się być karykaturalnie przechylona, a ich spadziste dachy przypominały mi bajkowe chatki Baby Jagi. Całość prezentuje się nie gorzej od podobnych umocnień, które widziałem kilka lat temu w Chełmnie i w pełni zasługuje na przydomek “śląskiego Carcassone”.


W środku miasteczka i jego leniwego życia jest oczywiście Ratusz z wieżą oraz ładny Rynek. Okoliczne kamieniczki nie należały do tych szczególnie imponujących, ale każda miała swój własny, lekko prowincjonalny styl sprzed kilkuset lat. Odrapane mury w pełnym słońcu jedynie zyskiwały na urodzie. Gdzieś z boku wisiał zapomniany neon dawnego kina, który był zapewne pamiątką po dawnych latach, kiedy w Paczkowie istniały jeszcze jakieś rozrywki poza siedzeniem na ławce z piwem w dłoni. Czy pamiętacie te czasy, kiedy w każdym polskim miasteczku było kino? A w nim amerykańskie filmy sprzed kilku lat oraz kolejne seanse przebrzmiałych hitów znad Wisły? Ja pamiętam i za każdym razem gdy widzę taką pozostałość po tamtych czasach, robi mi się smutno. Na parterach budynków rozłożyły się skromne sklepy, których wystawy jasno wskazywały, że dziś w Paczkowie nikomu się raczej nie przelewa, a zakupy na raty to “waluta” popularna tak jak polski złoty w gotówce.



A przepraszam. Skłamałem. Komuś się na pewno w tym dzisiejszym Paczkowie powodzi. Zmęczony słońcem usiadłem przy Ratuszu w kawiarni na małe lody dla ochłody. Jadłem i słuchałem jak kobieta stolik obok relacjonowała swoje życie koledze. Nie chciałem podsłuchiwać, ale niestety, nie dało się. Pani była bardzo głośna. Jej kompan kiwał głową z uznaniem i podziwem, słuchając o zakupach w Opolu, najdroższych butach i to ze skóry, o perfumach za sto, a nawet czasem dwieście złotych. Pani się przechwalała i przechwalała. Wydaje mi się, że kwoty jakie rzucała miały zrobić wrażenie, ale mi jedynie potwierdziły przepaść jaka dzieli “Polskę w ruinie” od tej ojczyzny wielkomiejskiej, od której tego dnia, jak widać, byłem bardzo, bardzo daleko.


Największe wrażenie w Paczkowie zrobiły na mnie jeszcze dwa zabytki. Pierwszym był Kościół Św. Jana Ewangelisty. Gotycka budowla powstała pod koniec XIV wieku, a jej rozmiary, mając na uwadze jakim niewielkim wsiołem jest to miasteczko, były doprawdy gargantuiczne (“lubię to słowo, a tak rzadko mam okazję je użyć”). Trójnawowa fasada, szczególnie w zestawieniu ze skromnym otoczeniem, wyglądała przysadziście, zupełnie tak jakby była pamiątką po dawno minionej świetności tych ziem, po czasach, gdy Paczków był czymś więcej niż zagubionym w czasie i przestrzeni miejscem. A mówiąc wprost - nie pasowała do swojego otoczenia, przerastając je wielokrotnie swoją skalą.

Drugą pamiątką historii, nad którą się zadumałem był niepozorny pomnik ku czci “wyzwolicieli miasta Paczków z 1945 roku”. Takich miejsc pamięci jest zapewne na Ziemiach Odzyskanych tysiące. Repolonizacja tych terenów była trudna, ale po latach, warto pamiętać co jest kłamstwem, a co prawdą. W 1945 roku rodowici mieszkańcy Paczkowa uciekali przed Armią Czerwoną na zachód, trudno więc powiedzieć, że doszło do jakiegokolwiek wyzwolenia. “Wyzwoliciele” wkroczyli bowiem do pustego i częściowo zniszczonego miasta, które dopiero z czasem zaczęło się zaludniać ludnością napływową. Czy to oni w domyśle mieli dziękować za wyzwolenie za pomocą tego pomnika - pozostanie dla mnie zagadką.

Potem jadę do Otmuchowa. To również urokliwe miasteczko, ale spędzam w nim mniej czasu niż w Paczkowie. Kręcę się chwilę po ryneczku, oglądam z bliska imponujący barokowy kościół, ale zamiast iść zobaczyć Zamek, z którego miejsce to słynie - wracam do auta i jadę do upatrzonej knajpy nad brzegiem Jeziora Otmuchowskiego. Tam jem dobrego pstrąga, niestety z dodatkiem w postaci “talerza sałatek” jeszcze się spotkam tego dnia wieczorem. Nie narzekam jednak, bo dzień mijał mi nader przyjemnie.



Kolejnym przystankiem na mojej drodze przez dolnośląskie wertepy były Ziębice. Miasteczko równie urodziwe co Paczków, a jeszcze mniej od niego znane. Niestety również bardziej od niego zapuszczone. Krzykaczom, którzy oburzają się na dźwięk hasła “Polska w ruinie” zaleciłbym zimny okład na głowę i wizytę w tym miejscu. Oto bowiem Polska inna od tej podziwianej z perspektywy mieszkańca zamkniętego osiedla gdzieś na Wilanowie. Ziębice są urocze, ale przede wszystkim autentyczne, a więc zaropiałe, skromne, zapyziałe. Takie miejsca uczą pokory i pozwalają zrozumieć, że III RP to państwo ogromnych różnic społecznych. Tu mury są odrapane, a ulice nie widziały remontu od czasów... III Rzeszy. Niektóre budynki grożą zawaleniem, ale ludzie nadal w nich mieszkają, bo nie mają gdzie pójść. Ludzie jeżdżą tu rozdpadającymi się samochodami sprzed kilku dekad nie dlatego, że taki maja kaprys, ale dlatego, że na nic innego ich nie stać, a komunikacja międzymiastowa prawie nie istnieje. Z otwartych okiennic cuchnie wielowiekową, chorobliwą stęchlizną wymieszaną z dźwiękami disco polo. Oto Polska, której druga połowa udaje, że nie widzi. Pospacerowałem trochę, ale po zajrzeniu w kilka kątów … doszedłem do wniosku, że pora chyba jechać dalej.



Było już popołudnie, a ja w pewnym momencie zorientowałem się, że jestem jedynym “normalnym” człowiekiem w okolicy. Poza mną ziębickie ulice przemierzali już wyłącznie Polanie - jak od rana nazywałem w myślach ludność Dolnego Śląska. Polanie to w większości mężczyźni o aparycji wychudzonych, acz bardzo bojowych kurczaków. Ich znakiem rozpoznawczym jest to, że nie koszą koszulek, odsłaniają w zamian światu swoje skromne torsy, które często zdobią tatuaże - najczęściej “trajbale” albo chińskie znaczki, które według nosicieli mają oznaczać coś mądrego, np. “nie interesuj się, bo dostaniesz kociej mordki” albo “gęba nie szklanka”. Wiernymi towarzyszkami Polan są Polanki, dresiarskie larwy o urodzie skrzętnie ukrytej za warstwą tandetnego makijażu. Tubylców tych najczęściej spotkać można na degustacji piwa w miejscach publicznych, gdzie toczą również zajadłe dyskusje. Tego dnia, a była to sobota piłkarska, bo wieczorem grała reprezentacja z Gruzją, wiele tematów kręciło się wokół właśnie sportu. Zapamiętałem, że jedna z larw darła się na swojego kompana, radząc mu żeby poszedł spać, to do wieczora nieco wytrzeźwieje i będzie mógł oglądać mecz, chlejąc dalej. Inny Polanin z kolei przekonywał drugiego, że owszem, dał w mordę Zbyszkowi, ale po pierwsze Zbyszek to konfident, a po drugie, to się nie wpierdalaj, bo też możesz oberwać. Nie czułem się w żaden sposób zagrożony, ale czułem i to coraz mocniej, że moja osoba jest nie na swoim miejscu i im szybciej to zmienię, tym większa szansa, że będę wspominał ten dzień miło.



Jadę do Brzegu, gdzie mam zabukowany nocleg w fajnym hotelu położonym w samym historycznym centrum tego miasta. Cała trasa zajęła mi łącznie dobrych siedem-osiem godzin, czułem się więc nieco wymęczony, tym bardziej, że skwar był niesamowity wręcz. Najpierw oglądam w pokoju mecz (4:0!), a potem koło 19:30 wychodzę na mały spacer. Po chwili jednak zaczęła się burza i to taka porządna, wyczekiwania, letnia. Moknę do cna walcząc ze ścianą deszczu.


Wieczór spędzam w hotelowej restauracji, gdzie jem dobrą kolację i czytam książkę. Moją uwagę zwraca kelner. Świetny człowiek. Rzadko się spotyka ludzi tak bardzo oddanych swojej pracy. Uważam, więc że to jego wina, że mnie czterokrotnie namówił na piwo.