Z niecierpliwością wyczekiwałem więc kolejnej okazji do spędzenia kilku dni gdzieś “w Polsce”. Praca tego zdecydowanie nie ułatwiała… Z początkiem czerwca wybraliśmy się w okolice Węgorzewa. Znaleźliśmy tam sympatyczny hotelik, a okolica kusiła rozmaitymi atrakcjami. Tuż obok znajdowało się w końcu Jezioro Mamry, kawałek dalej zaś legendarna pozostałość po II WŚ, czyli słynny “Wilczy Szaniec”. Pogoda była wspaniała, dziecko grzeczne, żona zadowolona, a samochód zatankowany do pełna. Zapowiadał się fajny wyjazd i nie ma sensu stopniować napięcia - od razu można dodać, że taki właśnie był.
***
Mieszkaliśmy na spokojnych przedmieściach Węgorzewa, a przez te kilka dni, chociaż nie mieliśmy ku temu szczególnych powodów, odwiedziliśmy to miasteczko kilka razy. Jest to z pewnością ważny węzeł komunikacyjny dla północnych rubieży Mazur, można tam również zrobić porządne zakupy, jak również coś zjeść, ale pod względem czysto turystycznym, ciężko niestety uznać je za szczególnie godne uwagi. Ma to oczywiście swoje proste uzasadnienie. Zimą 1945 roku do ówczesnego niemieckiego Angerburga, wkroczyła Armia Czerwona i zniszczyła większość zabudowy prąc na zachód, w stronę Berlina. Jak pokazują archiwalne pocztówki i zdjęcia, przed wojną było to urocze, spokojne miejsce o zwartej architekturze, z rozległymi terenami zielonymi i porządnymi budynkami, które przypominały mi co nieco sasko-transylwańskie miasteczka z Rumunii. To, co z niego pozostało, po wojnie, w swoim stylu, okaleczyła dodatkowo nowa władza, budując bloki i uzupełniając braki typową socjalistyczną zabudową, która przekształciła ten ośrodek w bezpłciowe siedlisko wyrwane z kontekstu i swojej przeszłości. Patrząc jednak na tablicę z lokalnymi ogłoszeniami, wypada uznać, że jest tam może i bezpłciowo, ale na pewno również, żyje się tam zdrowo i długo.

Żartem historii jest więc to, że w tym nijakim, okaleczonym Węgorzewie znajduje się Zamek. I to nie byle jaki, bo Zamek Krzyżacki. Budowla ta powstała co prawda w XV wieku, ale jej obecny kształt to głównie efekt rekonstrukcji i odbudowy sprzed kilku lat. Zamek był niegdyś siedzibą władz administracyjnych Zakonu, z czasem przeszedł zaś w ręce prywatne. Dziedzictwa architektonicznego po Krzyżakach w dawnych Prusach nie szanowano aż do końca XIX wieku (wspominałem o tym przy okazji wizyty w Malborku), więc budynek ten był wielokrotnie przebudowywany i dostosowywany do różnych funkcji jakie pełnił w dawnym Angerburgu. Mieściło się tam m.in. więzienie, sąd, jak i szpital, a i zapewne koszary. Obecnie jego mury pozbawione są jakichkolwiek oznak stylu architektonicznego i prawdę pisząc, nieco zlewają się z otoczeniem. Dość napisać, że po drugiej stronie ulicy znajduje się zupełnie współczesna szkoła - która wygląda niemalże jak lustrzane odbicie Zamku. W Polsce znajduje się jakieś pięćdziesiąt tego typu pozostałości po Krzyżakach i węgorzewski Zamek należy zapewne do tych, które na tej liście, pod względem atrakcyjności, znajdują się na szarym końcu. Jest jednak ładnie położony. Jeden z jego boków sąsiaduje bowiem z wodami Węgorapy, której brzegi goszczą marinę jachtową. Spacery po tych okolicach należały do przyjemności, bo Węgorzewo, mimo swojej ułomności, po prostu pachniało nam wakacjami…


… pachniało nimi zaś szczególnie mocno nad wodami jeziora Mamry. Nie mieliśmy do niego daleko, od naszego hotelu wiodła nas tam wąska ścieżka, którą nas samochód pokonywał w kilka minut, kołysząc się na boki na wybojach. W ten sposób docieraliśmy do Zwierzynieckiego Rogu, który był wyjątkowo malowniczym miejscem, z pięknym widokiem na zaskakująco czyste i przejrzyste wody jeziora. W sezonie zapewne byłoby tam nie do zniesienia - mieści się tam pole namiotowe, a uroda tego miejsca sugeruje, że jest tam wtedy pełno ludzi. Jednak tym razem mieliśmy to wszystko niemal wyłącznie dla siebie, nie licząc pary zakochanych dresiarzy w BMW oraz załóg dwóch łódek, które spędzały tam noc, a rankiem zbierały się w dalszą drogę. Siedzieliśmy na trawie, patrzyliśmy się przed siebie i trochę żałowaliśmy, że jesteśmy tam tylko na chwilę, że to jedynie krótki epizod pomiędzy pracą, wstawaniem na piątą rano i ciągłym biegiem nie wiadomo gdzie i po co…


W ciągu dnia moja żona i córka chodziły na drzemki, a ja dostawałem kilka godzin na samotne wojaże po okolicach. Chciałem oczywiście zobaczyć Wilczy Szaniec - w końcu m.in. dlatego wybrałem pobyt w tych okolicach. Ale uznałem, że mam na to jednak za mało czasu, a tak w biegu, do takiego miejsca, to po prostu nie wypada. Zamiast tego, w pierwszej kolejności odwiedziłem pobliskie Mamerki, gdzie znajdują się pozostałości po Kwaterze Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych III Rzeszy. Rozrzucone po gęstym, zielonym lesie bunkry i inne budynki zrobiły na mnie niemałe wrażenie. Niektóre wręcz zlały się z leśną gęstwiną. Trudno uwierzyć, że to w tym miejscu, obecnie tak spokojnym i niewinnym, podejmowano strategiczne decyzje związane m.in. z rozwojem wydarzeń na Froncie Wschodnim, stłumieniem Powstania Warszawskiego czy też zamachem na Adolfa Hitlera. W szczytowym okresie, ośrodek ten zamieszkiwało w ponad dwustu obiektach przeszło 1,500 osób. Niewiele z tego wojennego splendoru się zachowało do dzisiejszych czasów (co raczej nie dziwi), ale i te pozostałości warte są odwiedzenia i zobaczenia.




W Mamerkach jest jedno z najdziwniejszych muzeów jakie widziałem. Nie wiem na jakiej zasadzie funkcjonuje - zakładam, że tereny te są dzierżawione przez pasjonatów historii, którzy własnym wysiłkiem stworzyli wszystko od podstaw. Za to należą im się słowa uznania. Dla turystów udostępniono do zwiedzania m.in. jeden z bunkrów. W jego wnętrzu zaś urządzono szereg atrakcji, których forma wykonania i naiwny styl może albo rozbawić albo rozczulić, w zależności od indywidualnego nastawienia każdego ze zwiedzających. Czego tam bowiem nie ma! Jest atrapa Enigmy - nie wiadomo do końca po co i dlaczego właśnie tam, no ale jest. Jest też replika Bursztynowej Komnaty - tak na oko, wykonana z materiałów kosztujących góra 50 zł i będących do kupienia w każdym sklepie papierniczym. Po co, dlaczego? Nie wiadomo. Jedyny trop to informacje, jakoby po wojnie, w okolicach Mamerek spotykano dziwnych ludzi, którzy szukali tam ukrytych w czasie wojny skarbów… W bunkrze znajduje się również “odrestaurowane” pomieszczenie, które stara się pokazać jak wyglądała codzienność tego kompleksu w okresie jego świetności - każdy z nas pamięta z wojennych filmów te gęste od ludzi i ich rozmów sale, gdzie telegrafiści co rusz odbierali kolejne informacje z frontu, które kolejne osoby nanosiły na taktyczne mapy, zaś poważni generałowie patrzyli się na przesuwające się pionki, podejmując decyzje co do dalszych działań. Cóż, NA PEWNO nie wyglądało to tak jak w tej rekonstrukcji, ale liczy się przecież zamiar, a ten na pewno był dobry. Atmosferę dziwności wieńczy wystawa umundurowania oraz .... kukła samego Adolfa Hitlera, którą również udało się w bunkrze upchnąć. Patrząc na jego niewyraźną minę, twórca dzieła zapewne nawiązywał do wizyty Fuhrera z 30 czerwca 1941, kiedy w Mamerkach świętowano urodziny szefa Sztabu, generała Franza Haldera. Źródła historyczne podają, że spotkano się przy “herbatce”, ale podobizna ta sugeruje chyba, że w grę mogło jednak wchodzić coś mocniejszego, bo Adolf wygląda na porządnie sponiewieranego.




O ile w bunkrze było dziwnie, kawałek dalej, w Muzeum Tajnych Broni III Rzeszy (w skrócie MTB3R) było już BARDZO dziwnie. Byłem jeszcze w stanie zrozumieć rekonstrukcję pomieszczeń U-Boota. W końcu, niedaleko znajdowały się resztki po Kanale Mazurskim, a legendy głoszą, że konstrukcja ta miała Niemcom służyć do transportowania łodzi podwodnych wgłąb lądu.

Ale kolejne “eksponaty” wywoływały u mnie już coraz większe zdziwienie i niedowierzanie. W Mamerkach bowiem zobaczyć można m.in. Die Glocke, czyli napęd do nazistowskiego latającego spodka oraz rzeczony pojazd, czyli Haunebu. Eksponaty mają tabliczki informacyjne i patrząc na nielicznych zwiedzających, zastanawiałem się ilu z nich bierze to wszystko na serio, a ilu ma świadomość, że coś tu jednak nie gra. Oba projekty owiane były tajemnicą, a dziś trudno powiedzieć co jest prawdą, a co wytworem fantazji. Rozsądek jednak podpowiada, że należy zaliczyć je do fantastyki, którą określić można wspólnym mianem “nazistowskiego UFO”.

Prywatnie jestem wielkim miłośnikiem i wyznawcą spiskowej teorii dziejów - po prostu chcę wierzyć w to, że istnieje coś nieodkrytego w świecie, w którym pozornie wszystko jest już opisane i znane. Co nie zmienia faktu, że od muzeum, nawet prywatnego, oczekiwałbym jednak sprawdzonych informacji, a w przypadku fantazjowania - szczerej o tym informacji. To tylko wzmogło moje przekonanie, że obecni rezydenci Mamerek to ludzie co najmniej dziwni i może dlatego, dobrze się tam czułem, bo sam też jestem dziwny.
Kolejnego dnia pojechałem zobaczyć wspominany powyżej już Kanał Mazurski, a dokładniej, śluzę, która po nim pozostała w Leśniewie Górnym. Projekt Kanału, który miałby połączyć Mazury z Bałtykiem powstał jeszcze w XIX wieku, ale dopiero w latach 30-tych XX wieku rozpoczęto jego realizację, zresztą w typowy dla systemów totalitarnych sposób: budowa była utajniona i prowadzona na ogromną skalę, co po latach dodatkowo tylko rozbudza ciekawość i stanowi pożywkę dla różnych teorii, niekiedy dosyć fantastycznych.


Mimo, że śluza jest nieukończona, zdewastowana i zarośnięta, nadal (a może - tym bardziej) robi ona ogromne wrażenie. Dobry beton robili w tej III Rzeszy - tyle lat, a on nadal stoi, opierając się siłom przyrody i człowieka. Konstrukcja jest ogromna, pełna różnych zakamarków oraz… pułapek na nieuważnych. Wiele studzienek, zapadni jest niezabezpieczonych, trzeba więc uważać gdzie stawia się kroki. To oczywiście dodatkowo dodaje temu miejscu uroku obcowania z tajemnicą, tym bardziej jeżeli tak jak ja, miało się szczęście i można było pobyć tam przez chwilę w samotności.




Leśniewo jest również chyba jedynym miejscem w Polsce, gdzie zobaczyć można nazistowską “wronę”, czyli gapę, orła z rozpostartymi skrzydłami, który był herbem III Rzeszy. A dokładniej, zachował się wykrusz po nim, który złowrogo odcina się na szczycie czołowej ściany budowli. To również robi spore wrażenie i współtworzy klimat Leśniewa Górnego. Cisza, śpiewające w głuszy ptaki, szum drzew oraz wystające zza zielonego poszycia masywne, betonowe ruiny - poczułem się jakbym był co najmniej Indianą Jonesem, który przedziera się przez Amazonkę docierając do zagubionych ruin starożytnej cywilizacji. A przecież nic tego dnia nie piłem!



Te kilka dni w dużej mierze spędziliśmy na podróżach po okolicznych atrakcjach. Sprzyjała temu nie tylko pogoda, ale również zaskakujące pustki na mazurskich drogach. Bywało i tak, że jadąc gdzieś, przez dobrych kilka minut nie widzieliśmy żadnego innego samochodu. Mogliśmy się więc zatrzymać gdzieś na poboczu i po prostu popatrzeć na falujące, zielone wzgórza. Nie musieliśmy się nigdzie spieszyć. W sumie - nic nie musieliśmy, co jest zawsze miłą odmianą od codzienności, w której musimy wszystko i ciągle. No nieważne.

Odwiedziliśmy jeszcze Kętrzyn oraz Sztynort. Oba miejsca były bardzo miłe na swój sposób, ale oba pozostawiły w nas uczucie niedosytu, bo nie obejrzeliśmy ich dokładnie. Może to i dobrze, bo będzie to powód, by do nich wrócić na dłużej? Kętrzyński Zamek Krzyżacki, który wygląda zdecydowanie dostojniej niż ten w Węgorzewie, mieścił w swoich wnętrzach małe muzeum Rastemborka, bo tak nazywało się to miasto przed 1945 rokiem. Obejrzałem grzecznie wszystkie eksponaty, ku radości pań z obsługi, które, miałem takie wrażenie, naprawdę cieszyły się widząc jak zatrzymuję się przy niektórych. Pod bramą Zamku mieściła się z kolei sympatyczna restauracja, gdzie spędziliśmy kilka miłych, rodzinnych chwil.

Sztynort z kolei słynie ze swojego portu, bodajże największego na Mazurach. Ale mi najbardziej podobały się romantyczne ruiny pałacowe, które są ostatnią pamiątką po rodzie Von Lehndorffów, którego to własnością był Sztynort przez dobre pięćset (sic!) lat, aż do 1944 roku. Miło było pospacerować po zapuszczonych zakątkach, jak i popatrzeć na to w jaki sposób odrapane mury zmieniają swoją barwę podczas zachodu słońca. Za jakiś czas zapewne wszystko zostanie wyremontowane i przywrócone do dawno minionej świetności jako kolejny na Mazurach luksusowy hotel. Póki co, Pałac wygląda jak wygląda, ale nie sposób odmówić mu wyjątkowego uroku, który, obawiam się, pójdzie w zapomnienie wraz z kolejnymi szpachlami tynku.



Jeżdżąc po okolicach Węgorzewa kilka razy mijaliśmy niewielką miejscowość o uroczej nazwie Srokowo. Postanowiłem w końcu zobaczyć to miasteczko z bliska. W niedzielne południe było tam niemal zupełnie pusto. Spotkałem jedynie kilku członków miejscowego klubu miłośników BMW oraz dwóch dżentelmenów, którzy wykorzystywali dobrą pogodę do spożywania trunków wyskokowych na świeżym powietrzu. Jeden z nich zagaił nawet “po chuj robię te zdjęcia”, na co odpowiedziałem całkiem rezolutnie, że to na potrzeby książki. Byłem dumny ze swojej reakcji, tym bardziej, że rozładowała ona napięcie, a ciekawski tubylec stwierdził nawet, że trochę głupio, że ja robię zdjęcia, a on wyszedł z domu nieuczesany (to oczywiście uproszczenie, bo odpowiedź składała się głównie z kurew, tyle że tym razem wypowiedzianych z nieco innym, już przyjacielskim akcentem). Co nie zmienia tego, że po wizycie w Srokowie w swoim pamiętniczku zapisałem, że miasto to (formalnie wieś) przypominało mi klimatem film z lat 80-tych “Karate po polsku”. Dlaczego, to niech sobie każdy kto go nie zna, sprawdzi już sam. Acha, Srokowo to bardzo sympatyczne miejsce. Jest tam niewielki rynek, ratusz, szachulcowy spichlerz, trochę małych kamieniczek pachnących stęchlizną oraz świetnie zachowany, gotycki kościół pochodzący z XV wieku. Całość sprawia wrażenie miejsca, gdzie czas płynie powoli, a tego niedzielnego południa, czułem, że po prostu stoi on w miejscu, a jedynym żywym bytem, który gwałci ten stan, jestem ja sam.

Podoba mi się również jego nazwa - co ciekawe, jest to forma upamiętnienia Stanisława Srokowskiego, który po wojnie był przewodniczącym Państwowej Komisji Ustalania Nazw Miejscowości. Wbrew pozorom, to była ważna i odpowiedzialna funkcja, szczególnie, że po 1945 roku prawie ⅓ terytorium kraju wymagała “nazwania od nowa”.
***
To był dobry wyjazd. I świetne lokum - nazywało się Villa Sielanka i było zarządzane przez naprawdę miłą osobę. Mieliśmy bardzo przyjemny pokój, a w sumie, dwa pokoje. Śniadania były pożywne, domowy twaróg smakował wybornie, kawa pita rano naprawdę budziła do życia, nawet wspólny grill zorganizowany dla wszystkich gości okazał się być fajnym spotkaniem, a nie socjalną gehenną dla takiego odludka jak ja.

W sumie jedyna “wada” tego wyjazdu to powrót w niedzielę. W okolicach Legionowa utworzył się tak duży korek, że wracaliśmy do domu dwa razy dłużej, a całe doświadczenie nauczyło mnie, żeby na przyszłość wszelkie wyjazdy podczas długich weekendów planować “na zakładkę”, tak by mijać się z tymi, którzy muszą wrócić za wszelką cenę określonego dnia.
