niedziela, 29 marca 2015

27-29.03, Płock, czyli mała rozprawa ze stereotypami

Płock. Jedno z tych miast, które nie kojarzyły mi się z niczym. Albo - z prawie niczym, bo chociaż tam nigdy nie byłem, na dźwięk tej nazwy w głowie automatycznie pojawiały mi się klisze, skojarzenia, stereotypy, które nabyłem gdzieś “przy okazji” i które skutecznie zniechęcały mnie do tego, by sprawdzić jak to jest z tym Płockiem naprawdę.

Moja pierwsza klisza to smutny, ogromny stadion piłkarski z poprzedniej epoki. Obecnie gra na nim lokalna Wisła, niegdyś z nazwą klubu różnie bywało - pamiętam na pewno Orlen, Petro, no i Petrochemię. Stadion był i jest prawie zawsze pusty, gdyż jego pojemność planowano chyba z myślą o dożynkach, a nie pojedynkach lokalnej drużyny piłkarskiej, która od dekad pałęta się pomiędzy ekstraklasą a jej zapleczem. Niegdyś były tam drewniane ławki, tudzież - goły beton. Pamiętam, że we wczesnych latach 90-tych przeszczepiono na tę tkankę plastikowe krzesełka, blado-niebieskie takie. Nowość wówczas niespotykana, ale płocka arena zyskała na tym tyle co podstarzała prostytutka na popsikaniu się perfumami. Nigdy na tym stadionie nie byłem, ale ilekroć widziałem go na ekranie telewizora, tylekroć czułem, że umiera cząstka mnie odpowiedzialna za poczucie estetyki.

Druga klisza to szczypiorniak, którego Płock, obok Kielc, jest akurat niekwestionowaną stolicą. Do piłki ręcznej nic nie mam - po prostu mnie ona zupełnie nie interesuje i mimo ostatnich sukcesów, kojarzy się z rozciągniętymi dresami, małymi, dusznymi halami na kilkadziesiąt osób i zapachem prowincji, bo to tam, nic nikomu nie ujmując, ów sport przez lata się rozwijał i wspinał na światowe szczyty.

Trzecia płocka klisza to rafineria, czyli Petrochemia. Ogromny konglomerat przemysłowy, którego symbolem są poskręcane rury i strzelające w niebo kominy. O ile ropa naftowa kojarzy się z bogactwem, zakład, który ją rafinuje to już wyłącznie brud, smród i znojna praca wykonywana w gumiakach i kufajce. Typowa “czarna robota” od której odwraca się wzrok.

Płock jak widać, miał więc u mnie od zawsze pod górkę...

… ale w bezpośrednim starciu okazał się jednak miłym miejscem. A nawet, bardzo miłym, tylko trochę zapomnianym przez współczesność, co w sumie trudno uważać za wadę. Śledząc jego dzieje, a te zaczynają się w X wieku, nie sposób nie odnieść wrażenia, że czas świetności miasto przeżywało … w średniowieczu i to wczesnym. Za rządów Władysława Hermana i Bolesława Krzywoustego była to nawet stolica państwa, potem rezydowali tam Książeta Mazowieccy. Do dalszego rozwoju przyczynił się Kazimierz Wielki. Z czasem jednak Płock tracił powoli prymat w środkowej części Polski na rzecz niedalekiej w końcu Warszawy. Przez kolejne wieki jego dzieje to zniszczenia wojenne, epidemie i stopniowe zapomnienie, a raczej, marginalizacja i dryft w stronę prowincjonalnego ośrodka, w którym czas płynie inaczej.

Po tej tysiącletniej historii zachowało się do dzisiaj na szczęście wiele pamiątek. Przede wszystkim, całe Wzgórze Tumskie, czyli wysoki brzeg Wisły na którym pyszni się Zamek Książąt Mazowieckich oraz Katedra. Początki tej drugiej sięgają dwunastego wieku i mimo, iż przez setki lat swojego istnienia wielokrotnie ją przerabiano, modernizowano, remontowano i ratowano od ruiny, zachowała ona swój nie tylko gotycki, ale i romański wręcz urok. Jest to zabytek unikalny nie tylko w skali Mazowsza, ale również zabytek utylitarny, bo używany na co dzień, o czym przekonałem się gdy w niedzielny poranek zawędrowałem na spacer w tamte rejony. Raz na godzinę okoliczne alejki i uliczki wypełniały się tłumami, które świątynia do siebie przyciągała, wypluwając jednocześnie ze swoich trzewi wcześniejsze fale wiernych. Poza tymi momentami miałem całe śródmieście dla siebie.


Odniosłem wrażenie, że majestat Wzgórza Tumskiego trochę nie pasuje do reszty miasta. Wzgórze to relikt średniowiecza i miejsce, gdzie można oddać się zadumie, szczególnie, że widoki na płynącą w dole Wisłę są przepiękne, a zabytki robią wrażenie. Cała reszta historycznego śródmieścia to już klasycyzm i neoklasycyzm “pełną gębą”, przez co ta część Płocka przypomina wiele innych mazowieckich miasteczek, które w swoim obecnym kształcie powstały głównie podczas zaborów.



Dla mnie to nic szczególnego, tym bardziej, że jak wspominałem o tym wiele razy, nie lubię tego okresu w architekturze. Chociażby za to, że “produkowano” wtedy zabudowę niemalże jednakową. Na ulicy Tumskiej, reprezentacyjnym deptaku, pełnym kebabów i siedzib banków, można się więc poczuć jak w Warszawie, Piasecznie czy Suwałkach. Jedyny budynek, który się wyróżnia to ten spod numeru dziewięć - z dwoma pseudo-wieżyczkami stojącymi u boków bramy zdobionej w stylu niemalże mauretańskim, wyglądał jakby znalazł się tam przypadkiem i nie za bardzo wiedział co ze sobą zrobić.


***

Podróżowanie po Polsce to dla mnie nie tylko poznawanie i odkrywanie samych miast, ale również odkrywanie nowych, fajnych hoteli. Zagranicą z noclegami różnie bywało. Często trafialiśmy na klimatyczne miejsca prowadzone przez wspaniałych gospodarzy, ale co do zasady, większość z nich była jednak na bakier z wygodą czy jakością. Odkąd jeździmy z dzieckiem sporo się w tej kwestii zmieniło. Można napisać, że nieco sobie odbijamy te wszystkie obskurne nory, które gościły nas w ciągu ostatnich lat. Wybieramy hotele, które wydają się być świeże i czyste, mają udogodnienia dla dzieci (i żon), a jeszcze najlepiej są położone w dobrym miejscu i kosztują tyle, że stosunek ceny do jakości wydaje się być rozsądny. Najlepsze hotele w jakich spałem - poza drobnymi wyjątkami, to te w Polsce. W Płocku mój wybór był jednak zdecydowanie nietrafiony. Nasz hotel był niby czterogwiazdkowy, ale od samego początku działał mi na nerwy. Po pierwsze, był niestety daleko od śródmieścia, gdzieś pośrodku płockiej nicości (a wiedzieć trzeba, że jest to nicość kompletna - z naszych okien nocą widać było podświetlone kominy rafinerii, które wyglądały niczym industrialny Manhattan). To akurat był nasz świadomy wybór, bo przybytek ów miał spa, a spa zostało uznane przez moją żonę za coś niezbędnego podczas tego wyjazdu. Po drugie i najbardziej denerwujące, miejscem rządziła nasza rodzima bylejakość. Miałem wrażenie, że wszystko jest w nim robione najmniejszym wysiłkiem, byleby “klient się odczepił”. Gdy przyjechaliśmy, w naszym pokoju było zimno jak w psiarni. Mimo rozlicznych prób, klimatyzacja nie chciała zacząć grzać. Dopiero po kilku telefonach na recepcję, ktoś się do nas łaskawie pofatygował. Koniec końców, okazało się, że obsługa nie włączyła jednego guzika w centralnym systemie, ale zanim to odkryto minęło kolejne kilkadziesiąt minut. Poszliśmy więc spać po pierwszej w nocy. My to my, ale przebywanie w temperaturze poniżej dziesięciu stopni dla małego dziecka mogło zakończyć się czymś poważniejszym. Potem też nie było lepiej. Śniadanie było byle jakie, co bolało mnie szczególnie, bo ja uwielbiam hotelowe śniadania i jest to jeden z powodów dla których w ogóle chce mi się wyjeżdżać z domu. Inni goście okazali się bydłem - byliśmy nielicznymi “cywilami” zatopionymi w oceanie specjalistów od sprzedaży bezpośredniej, którzy przez weekend szkolili swoje umiejętności we wciskaniu garnków za pięć tysięcy osobom w podeszłym wieku. Tak naprawdę, specjalizowali się w czymś innym, ale o ile każda praca ma mój szacunek, ich profesją się brzydzę i pogardzam, więc rozsadzała mnie agresja na widok tych wszystkich wypindowanych lalek i panów, którzy wyglądali jakby ledwie wczoraj zeszli z drzewa i zmienili swoje dresy na garnitury rodem z supermarketu. Druga noc też była nieprzespana, bo Państwo się bawili, tańcowali i gadali po pijaku. Ściany były cienkie, więc sporo usłyszeliśmy, chociaż wcale nie chcieliśmy - wiemy który dyrektor jest kutasem, kto komu daje i komu w tej firmie trzeba przypierdolić. Wiedza bezcenna. Obsługa hotelu, co nie dziwi, nie była w stanie nam pomóc, a nawet, nie wyrażała takiej chęci. Jeżeli do tego wszystkiego dodam to, że “oferta spa” polegała na kilku najprostszych zabiegach przygotowanych z myślą o okolicznych “księżniczkach dyskotek”, to domyśleć się można, że hotel zalicza się do tych do, których już nigdy, na pewno nie pojedziemy, a wszystkim znajomym, którzy będą się do Płocka wybierać, będziemy go odradzać. Nazwę przybytku, z litości, pomijam milczeniem.

A do samego miasta z chęcią jeszcze kiedyś przyjadę, najlepiej latem, bo mam wrażenie, że wczesna wiosna, mimo dobrej pogody, to jednak ten moment w roku, kiedy jego uroki najtrudniej było docenić.