
Jak już się pozbyliśmy kobiet, ruszyliśmy w stronę monastyru Tatew. To był cel naszej całej podróży na głębokie południe. To ponoć jedna z najpiękniejszych świątyń Armenii i choć wydawało nam się,że to samo słyszeliśmy już wcześniej o kilku innych miejscach, z ciekawością wyczekiwaliśmy jej ujrzenia na własne oczy. Dotarcie na miejsce nie było trudne, bo transport zorganizowała nam nasza gospodyni. Tym razem kierowcą okazał się nie kuzyn, a sąsiad. Wymiętoszony pan zaprosił nas do swojego wysłużonego Opla i pojechaliśmy. Trasa wiodła przez bezdroża, zza oknem przesuwały się majestatyczne górskie masywy, dookoła nas była pustka, z rzadka przerywana przez ślady ludzkiej bytności. Czy raczej - ludzkiej beznadziei i zapomnienia. Najczęściej widzieliśmy bowiem liche zabudowania i porzucone żelastwo, które w przewrotny sposób, ale idealnie komponowało się ze spektaklem Matki Natury…


...dlatego widok tego, co zastaliśmy po dojechaniu na miejsce, zaskoczył nas bardziej niż powinien. We wsi Halidzor znajduje się bowiem stacja startowa najprawdziwszej, nowoczesnej kolejki linowej, która transportuje chętnych prosto do Tatewu. Łączy ona dwie krawędzie ogromnego kanionu, który dzieli oba punkty na mapie. Kolejka jest duża, lśniąca i pachnie świeżością - połączenie otwarto pięć lat temu. Dzierży ono kilka rekordów, np. jest to najdłuższa trasa tego typu na świecie - ma prawie sześć kilometrów, co oznacza kilkanaście minut podróży w jedną stronę. Znacząco skróciło to czas potrzebny by dotrzeć na miejsce drogą lądową. W zestawieniu z biedą i zacofaniem, które widzieliśmy przez ostatnie dni, “Skrzydła Tatewu” prezentowały się irracjonalnie, zupełnie bowiem nie pasowały do otoczenia. Projekt ujrzał światło dzienne dzięki pomocy diaspory i niewątpliwie, są to mądrzej wydane pieniądze niż te, które poszły na dokończenie erywańskiej Kaskady. Szczególnie, że miejscowa ludność podróżuje za darmo.

Kupiliśmy bilety i wsiedliśmy do wagoników. Maszyneria ruszyła, oderwaliśmy się od podłoża, a mój błędnik oszalał. Sam już nie wiem czy bardziej denerwowałem się chodząc wąskimi ścieżkami w okolicach Sanahinu, czy siedząc w teoretycznie bezpiecznym pudełku, które unosiło się nawet ponad trzysta metrów nad ziemią. Widoki dookoła były przerażające, przestrzeń otwarta i nieskończona, każdy podmuch wiatru - odczuwalny po stokroć. Ale nawet ja byłem w stanie docenić piękno tego co widziałem. Pod nami wolno (za wolno!) przetaczały się zielone pola dwóch kotlin, które dzieliły nas od Tatewu. W dole majaczyły niewielkie zabudowania, z dalszej perspektywie lśniły wciąż białe wierzchołki. Spokojny głos Leonarda Nimoya dobywający się z głośników w asyście muzyki, co nieco koił moje skołatane nerwy, ale kiedy wagonik dotarł do celu, miałem ochotę uklęknąć i ucałować ziemię.

Tatew był jednak godzien tych męczarni. Monastyr prezentował się bowiem imponująco. Jego architektura przypominała oczywiście podobne kompleksy w Sanahinie czy Haghpat. Najstarsze budynki również pochodzą z IX / X wieku, reprezentują więc tę samą epokę. W czasach prosperity, Tatew zamieszkiwało przeszło tysiąc mnichów. Był to wtedy ośrodek znaczącej władzy, tak duchowej, jak i świeckiej. Obecnie jest to unikalny zabytek, w sezonie, z tego co wyczytałem, wręcz oblepiony cepeliadą i tłumami.


Z daleka widać było dwie kopulaste wieże otoczone murami, co sugerować mogło funkcje obronne. Tatew wielokrotnie najeżdżano i plądrowano - zapuścił się tu nawet “dawny znajomy” z Samarkandy, Tamerlan. Mimo podobieństwa do innych świątyń - był od nich jednocześnie zupełnie inny. Zabudowania były oddalone od wsi, a ich położenie na skraju ogromnego urwiska sprawiały, że całość wyglądała dostojniej, poważniej i bardziej wzniośle.


Tu również byliśmy sami. Gdzieś mignęli nam inni zwiedzający, ale po chwili zniknęli, a my mogliśmy delektować się ciszą i spokojem, które dodatkowo podkreślały charakter tego miejsca. Szczególnie klimatycznie było we wnętrzach świątyń, gdzie paliły się świeczki, a mrok średniowiecznych murów rozświetlały promienie nieśmiało przenikające przez półzamknięte drzwi czy niewielkie okiennice. Żartobliwie powtarzaliśmy, że zwiedzamy Armenię w poszukiwaniu wczesnochrześcijańskiej mistyki, a w Tatewie z całą pewnością to właśnie znaleźliśmy. To było ogromne wrażenie, ot tak, obcować sobie z miejscem, które powstało na wiele lat przed … Chrztem Mieszka Pierwszego, które to wydarzenie przecież ginie w pomroce naszych dziejów, jest czymś na poły legendarnym, nie ma po nim żadnych materialnych śladów. A tutaj - mamy mury, które są niemym świadkiem historii sięgającej wieków wstecz i z punktu widzenia Armenii, krainy starożytnej, nie ma w tym nic dziwnego.




Wspięliśmy się na jedno ze wzgórz żeby popatrzeć na monastyr z innej perspektywy. Dopiero z daleka naprawdę można docenić jego niesamowite położenie - i widoki jakie się dookoła niego roztaczają. W tym, że świątynia “patrzy z góry” na kotlinę i jej mieszkańców, było coś symbolicznego. Przez wieku, duchowni z Tatewu byli właścicielami tej ziemi, a okoliczna ludność była ich poddanymi. Patrząc na wysoki masyw górski, można też uwierzyć, że jest się na końcu świata. Nie pierwszy raz w Armenii krajobraz zachwycił nas, sprawiając, że przez dłuższą chwilę patrzyliśmy się w bezkres, dumając nad sprawami doczesności.







Powrót na dół okazał się chyba jeszcze bardziej stresujący, bo wiedziałem już ile to trwa i jak wysoko nad ziemią będziemy. Ale znowu się udało. Nasz kierowca czekał na nas w samochodzie. Przez kilka godzin nie ruszył się z parkingu, wydawało nam się, że robi wiele, byleby tylko nie pracować, tudzież, by nie siedzieć w domu. Zapewne opłata za kurs stanowiła dla niego wystarczającą kwotę, by już nie trudzić się szukaniem kolejnych okazji. Zawiózł nas na naszą prośbę na rozstaje dróg, skąd zamiast do Goris powędrowaliśmy do niewielkiej wioski o dźwięcznej nazwie Verishen.


Tam wdrapaliśmy się na wzgórze, gdzie znajdowała się niewielka świątynia oraz modernistyczny pomnik upamiętniający zapewne rocznicę jakiegoś wydarzenia natury militarnej. Odpoczęliśmy tam chwilę, napiliśmy się, pogadaliśmy. Panorama znowu chwytała za serce - który to już raz w tym pięknym kraju?




Powoli i umiarkowanie chętnie wróciliśmy do miasta, po drodze przekonując się, że w Goris znaleźć można jeszcze co najmniej jeden, całkiem dobrze wyposażony sklep spożywczy. I sporo paskudnych bloków. Bezskutecznie szukaliśmy jakiejś knajpy. O tej porze roku - w Goris naprawdę nie ma jednak prawie nic. Pokręciliśmy się co nieco po śródmieściu, a późnym popołudniem wróciliśmy do mieszkania, wyczekując godziny dwudziestej, kiedy nasza gospodyni przyniosła nam mocno “fasolową” kolację, no i kolejną butelkę Tutowki, którą wypiliśmy mniej chętnie niż dzień wcześniej.
