
Jak się jednak okazało, nie mieliśmy zbyt dużego wyboru - bo mimo wszystkich swoich wad, miasto to miało też jedną zaletę. Było doskonałym punktem wypadowym w okoliczne atrakcje. A tych z kolei nie wypada pominąć, bo należą do tego co Armenia ma najlepszego do zaoferowania. Chcąc, nie chcąc, trochę niechętnie ale ruszyliśmy jednak w kierunku Wanadzoru.
Tbilisi żegnało nas deszczem i uśmiechem. Nasi gospodarze, przedsiębiorcza kobieta w nieokreślonym wieku i jej ojciec, zasłużyli sobie na pamięć i miejsce we wspomnieniach. Ich “hostel” prezentował się ubogo, ale prowadzony był z uczuciem, a to chyba ważniejsze od wygód, ogrzewania, ciepłej wody na zawołanie, prawdaż?
Do dworca był kawałek drogi, więc złapaliśmy taksówkę. Nasz kierowca, jak przystało na Kaukaz, szybko nas wypytał gdzie jedziemy i zaraz zaczął dzwonić w różne miejsca. Od słowa do słowa, okazało się, że ma znajomego, który ma znajomego, który zna człowieka, który akurat wraca do Armenii i nie uwierzycie, ale z chęcią nas zabierze. Jeszcze nie wyzbyliśmy się swojej podejrzliwości - taka “okazja” w normalnej sytuacji byłaby oczywistą pułapką na frajerów, ale w tym regionie nic przecież nie jest normalne. Najpierw podziękowaliśmy tej kuszącej ofercie, ale panowie byli namolni, więc koniec końców, daliśmy się porwać przygodzie. Zapakowaliśmy plecaki do sypiącego się samochodu i ruszyliśmy w nieznane.
Nasz kolejny kierowca okazał się być przemiłym człowiekiem, mimo, iż jego aparycja sugerowała coś zupełnie innego. Nie sposób go było nie polubić - jego praca zaliczała się do tych naprawdę ciężkich i niewdzięcznych, ale on nie narzekał zbytnio na swój los (zapewne dlatego, że i tak należał do ormiańskiej “klasy średniej”). Zmęczona twarz, podkrążone oczy i ziemista cera, jasno pokazywały, że ciężko zapracował na wszystko co ma w życiu. Jako “zawodowy” kierowca prywatnej taksówki regularnie kursował po niemalże całym Kaukazie, a trasę Armenia - Gruzja robił co kilka dni. Wyjeżdżał z domu do pracy i w sumie nigdy nie wiedział czy będzie wieczorem czy tak jak tego dnia - za dzień, a może i dwa. Wracał właśnie po jednym z takich “międzynarodowych” wojaży, a że nie chciał robić “pustego” kursu, więc spadliśmy mu z nieba. On nam również - po zapłaciliśmy dobrą cenę, rzec by można było, że wszystko odbyło się “po kosztach”.
Po drodze, jeszcze w Gruzji, zrobił trochę zakupów do domu - kupił proszek do prania i podobne rzeczy. Z uśmiechem powiedział, że “żona kazała”, a potem zaczął już mniej radośnie opowiadać, że po drugiej stronie granicy wszystko robi się mniej dostępne, no i droższe. Ciągle palił papierosy, niemalże odpalał jednego od drugiego, tłumacząc się, że to mu pomaga nie zasnąć. Na przejściu kupił zresztą ich cały karton, a kolejne wyjmował z paczek w takim tempie, że zastanawiałem się czy starczy mu ich do Erywania. Jechał szybko, ale pewnie i rozsądnie, co doceniliśmy gdy już po drugiej stronie granicy widzieliśmy zbiegowisko patrzące na samochód, który runął w przepaść… Wypadek nas nie zdziwił, bo jakość dróg, szczególnie w Armenii była koszmarna. Asfalt miał rozliczne dziury, a jego wybrakowane wstążki wiodły wzdłuż niebezpiecznych kanionów, oplatając urwiska. Każdy zakręt był niewiadomą, zaś omijając co większe zapadliska, nasz kierowca spędził połowę trasy na drugim pasie, czasami nie wiedząc czy za zakrętem nie jedzie nim akurat ktoś z naprzeciwka. Mieliśmy szczęście, ale nie ma tygodnia, by na górskich serpentynach ktoś tracił życie.
Z kierowcą pożegnaliśmy się przy dworcu i pełni nadziei oraz ciekawości ruszyliśmy przed siebie. Wystarczyło kilka kroków, by przekonać się, że “nie taki diabeł straszny”, a sam Wanadzor posiada pewien, trudny do zrozumienia, ale jednak, urok. Szczególnie, że pogoda dopisywała, świeciło słońce, górskie powietrze było rześkie, a niebo wściekle i idealnie błekitne. W tle zabudowań majaczyły piękne góry. Byliśmy na wysokości ponad tysiąca metrów i dobry klimat tego miejsca szybko nam się udzielił.

To trzecie największe miasto Armenii - mieszka w nim mniej więcej sto tysięcy ludzi, ale ogólna demolka przedmieść sugeruje, że niegdyś ta liczba była znacząco wyższa. W czasach sowieckich nazywało się, na cześć Sergieja Kirowa, Kirowakan. Można się domyśleć, że te czasy były dlań “Złotą Epoką”, a dzisiaj są Rajem Utraconym. To tej epoce miasto zawdzięcza wszystko - dawną prosperitę zapewnioną przez rozliczne zakłady chemiczne, a także swój wygląd. Jego obecny kształt to efekt modernizacji przeprowadzonej w latach 50-tych XX wieku. Śródmieście, którego centralnym punktem jest Plac Hajk i reprezentacyjna oraz szeroka ulica Tigran Mec są wielkie i rozległe, podobnie jak zlokalizowane w tym rejonie rozliczne, reprezentacyjne budowle piaskowej barwy. Wyglądają jak część znacznie większej aglomeracji, którą ktoś magicznym zaklęciem przeniósł na tę zapyziała i zapomnianą przez Cywilizację prowincję. I tak zapewne było - postawiono te budowle według wzorca, który kopiowano i wstawiano w setki zapyziałych miast Związku Radzieckiego, pokazując tym samym potęgę władzy z dalekiej Moskwy. Tu i tam czyniąc oczywiście pewne modyfikacje. Wystarczy jednak przejść kilka kroków w bok, by wyjść z tej monumentalnej scenografii i trafić gdzieś na podwórko zapuszczonego bloku albo innej ruiny, gdzie suszy się pranie, a psy zaglądają do śmietników. Ten pełen sprzeczności Wanadzor zaczął nam się podobać.



Po małych poszukiwaniach zdecydowaliśmy się na nocleg w potężnym Hotelu Gugark. Mogło się w nim znajdować dobrze ponad sto pokoi, jeśli nie więcej. Po co w takim mieście tak wielki hotel? Zapewne w czasach prosperity tutejszego przemysłu, odwiedzały go delegacje z całego Kraju Rad i chętnych na nocleg nie brakowało. Z pewnością było to też rozwiązanie wygodne dla tutejszych władz i służb, które miały wszystkich gości pod jednym dachem. Jednak tym razem mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w nim sami. Wnętrza prezentowały się smutno. Trwał remont, w recepcji walały się materiały budowlane i czynne były jedynie pojedyncze piętra tego molocha. Pani “piętrowa” zaprowadziła nas laminowanym korytarzem do naszego pokoju. Oczywiście, trafiliśmy do części, która remontu jeszcze nie widziała. Ściany były odrapane, łóżka wymęczone, meble musiały jeszcze pamiętać Breżniewa, podobnie zresztą jak obsługa, która była wierna sowieckim standardom obsługi klienta.

Mieliśmy całe popołudnie na poznawanie nowego miejsca na mapie naszej podróży. Najpierw łaziliśmy pod pretekstem szukania obiadu. W ciągu kilkudziesięciu minut zobaczyliśmy każdy kąt centrum miasta. Nie jest ono specjalnie duże. Większość ciekawych rzeczy zlokalizowana jest wzdłuż wspomnianej już Tigran Mec. Przy czym, najciekawsze jest tutaj po prostu codzienne życie, jakże inne od tego jakie obserwujemy na codzień. Jest tu ubogo, owszem, ale również godnie i nad wyraz spokojnie, mimo, iż ruch uliczny bywa wielkomiejski.





Jak się okazało, w Wanadzorze jest ... jedna restauracja, Oaza (nie liczymy lokalnego kebaba). Czysta i w sumie przyjemna, ale jednak nudna. Zjedliśmy tam co nieco, popiliśmy piwem, wzmocniliśmy się wyborną kawą, ale nie ukrywaliśmy też rozczarowania. Liczyliśmy na więcej, a tymczasem w menu dominował, jakże oryginalny “dewolaj z frytkami”. No ale byliśmy poza sezonem, być może latem jest tu zupełnie inaczej, a ulice zapełniają się kramami z armeńskimi specjałami. Musieliśmy się obejść ze smakiem, a Grzegorz zaczął podejrzewać, że ten kraj i jego scena kulinarna mogły po prostu nie przetrwać hekatomby jaką były lata komunizmu.
Wanadzor to nie tylko miasto zakładów chemicznych, socrealizmu, ale też miasto akademickie. Na jego terenie jest kilka uczelni, w tym całkiem duża szkoła dla pedagogów, więc wieczorami na ulice wylega młodzież. A przynajmniej, tak można przeczytać w mądrych przewodnikach. W praktyce, przechodniów było sporo, a Grzegorz trochę bał się spacerować, bo wzbudzaliśmy wśród tubylców niemałą ciekawość. A wiedzieć trzeba, że owi tubylcy, których nazywaliśmy “czarnuchami” mieli prezencję rodem z rosyjskiego dokumentu o gangsterach. Jak już wspominałem, uroda Ormian jest wielce dyskusyjna. Nieładnie tak wyśmiewać się z czyjejś aparycji, ale trudno też przejść obojętnie obok takiego kuriozum. Praktycznie każdy dorosły mężczyzna wygląda jak bezwzględny zakapior, gotowy dać w mordę dla kilku groszy. Wrażenie to pogłębiały zarówno powszechne skórzano-skajowe kurtki, jak i fryzury - najczęściej przylizane do czoła włosy, ścięte równo niczym od linijki. I tacy właśnie ludzie się na nas patrzyli, świdrując nas swymi ciemnymi oczami, czasem nawet wskazując palcem. Nie zaczepiali nas, nie śmiali się z nas, ale dawało się wyczuć, że nie wszystkim nasz widok pasował. Było nam z tym nieswojo, ale po pewnym czasie, przyzwyczailiśmy się do siebie nawzajem.


Wanadzor posiada również imponujący, post-sowiecki dworzec kolejowy. Idzie się do niego schodzącą w dół szeroką aleją. To niesamowite, ale dekady temu, gdy miasto to tętniło życiem, można było tutaj dotrzeć z Warszawy ...pociągiem. Oczywiście, z przesiadkami, ale jednak. Obecnie, przez stację przemyka raz na jakiś czas jedynie osobowy z Erywania do Tbilisi, a sam budynek, ponoć piękny, jest zamknięty na cztery spusty i pewnie za chwilę zmarnieje do końca.



Takie miejsca uczą pokory. Niedawno miałem tą samą refleksję będąc w Atenach, ale Armenia to zupełnie inna skala destrukcji. Świat dookoła nas idzie do przodu i niezależnie czy się z tym zgadzamy, czy też nie, w takiej Polsce żyje nam się lepiej niż dwadzieścia czy trzydzieści lat temu. Przynajmniej, TROCHĘ lepiej. A w Armenii jest dokładnie odwrotnie. Upragniona przez wielu wolność przyniosła póki co jedynie biedę, bezrobocie i upodlenie (oraz przywileje dla nielicznych - widzę co prawda analogię z naszą Bolandią, ale skala nadal zupełnie inna). Nie dziwię się, że ludzie z takim sentymentem wspominają tu ZSRS, tym bardziej, że obecnie egzystują dookoła ruin dawnej wielkości, które przypominają o tym, że historia z nich sobie po prostu zakpiła. Niegdyś byli obywaletami najpotężniejszego państwa na świecie, państwa, które wysłało człowieka w kosmos i rozszczepiło atom, a obecnie… Cóż, żyją w śmietniku, marnieją, a co najgorsze, brak im perspektyw i nadziei na to, że w przyszłości będzie lepiej.

Gdy nadszedł mrok, kupiliśmy w lokalnej piekarni pieczywo, w markecie skusiliśmy się na najtańszy koniak i jak przystało na ludzi nauki, wcieliliśmy się na chwilę w rolę “homo sovieticus” - wieczór spędziliśmy na oglądaniu festiwalu piosenki w rosyjskiej telewizji w “naszym” Gugarku, rozprawiając o minionej potędze.
