Z samego rana ruszyliśmy zobaczyć Klasztor Haghpat (inna nazwa to Hachpat). Jest on położony stosunkowo niedaleko od Wanadzoru, mimo to, nadal była to niemalże godzina jazdy w jedną stronę. Nie za bardzo liczyliśmy na transport publiczny, więc wsiedliśmy do taksówki, która za 5.000 dram (ca. 38 złotych) zawiozła nas niemalże pod wejście do świątyni. Po drodze wzięliśmy jeszcze dwoje “łebków”, parę młodych ludzi. Kierowca podwiózł ich kilkanaście kilometrów, a potem długo i namiętnie wykłócał się z nimi, ponieważ dostał połowę stawki, na którą myślał, że się z nimi umówił. Padały ciężkie słowa, kierowca się darł i pokazywał na nas, pasażer się darł i … pokazywał na nas. Nie mieliśmy wątpliwości, że robiliśmy za kartę negocjacyjną, a raczej - za taką robi kwota za jaką jedziemy. Zapewne była tak wysoka, że nasi pasażerowie uważali, że w ramach sprawiedliwości społecznej, powinni zapłacić mniej. Koniec końców, jak na zawołanie, awantura się wyciszyła, panowie wymienili się numerami telefonów i rozeszli się w swoje strony. My pojechaliśmy dalej. Ludzie, zaraz po świątyniach i przyrodzie, to trzeci powód, dla którego warto Armenię odwiedzić. Niemalże każda osoba, która spotykaliśmy, na długo zapadała w pamięć.
Jadąc do Haghpat po raz kolejny przejeżdżaliśmy przez Wąwóz Debed i po raz kolejny, nie mogłem nadziwić się urodzie tego miejsca. Wczesną wiosną brakowało tam co prawda bujnej zieleni, tu i ówdzie leżał jeszcze śnieg, ale i tak, widoki były monumentalne. Niestety, przyroda w wielu miejscach została zgwałcona przez człowieka, przy czym słowo “zgwałcona” najcelniej oddaje to, co oglądaliśmy zza okna samochodu. To, co powstało w efekcie tego mezaliansu określiłem mianem “ormiańskiej Morii”. Wzdłuż wyłysiałych wzniesień ciągnęły się ogromne, betonowe konstrukcje, których przeznaczenia mogliśmy się jedynie domyślać. Wielkie “rynny”, spływające w dół zboczy, służyły zapewne do transportu wydobywanego wyżej urobku, zawierającego m.in. cenne rudy miedzi. Razem z innymi pozostałościami po sowieckim ciężkim przemyśle, wyglądały jak ślady po zapomnianej, potężnej cywilizacji. Wrażenie potęgował fakt, że, choć część z tych miejsc nadal działa, wszystko chyliło się ku ruinie, zarastało hałdami śmieci, krzakami. Wielkie budynki miały powybijane szyby, a dookoła nich nie dostrzegłem ani jednego przejawu ludzkiej aktywności. Czuliśmy się jakbyśmy przemierzali wielką scenografię filmu katastroficznego, którego realizacja wymknęła się spod kontroli.
Po pewnym czasie dotarliśmy do miasta o dźwięcznej nazwie - Alawerdi. Jest to najważniejszy ośrodek regionu, położony na trasie pomiędzy Erywaniem, a Tbilisi, nic więc dziwnego, że przejeżdżaliśmy tamtędy już kilka razy. Miasto miało upiorną i ponurą aparycję. Szare, zdewastowane bloki rozłożyły się na dnie doliny, dzieląc przestrzeń z rozlicznymi fabrykami. Wszędzie było aż czarno od brudu. Wszystko wyglądało na tymczasowe, sklecone byle jak, tylko na chwilę. Nad nędznymi zabudowaniami kursowała… najprawdziwsza kolejka górska, która zawozi pracowników do jednej z kopalń położonej na szczycie wzniesień okalających aglomerację. Całość tego urbanistycznego krajobrazu prezentowała się irracjonalnie i trochę żałuję, że finalnie nie udało nam się po tym mieście pochodzić, zaś jedyne zdjęcia jakie posiadam, zrobiłem z góry - nie oddają nawet w połowie tego jak dziwne to miejsce.


Wysłużone auto wspięło się po serpentynie okalającej jedno ze wzgórz aż zatrzymaliśmy się u celu naszej podróży. Klasztor znajdował się na końcu niewielkiej wsi. Nasz kierowca miał na pewno ochotę na nas poczekać i zawieźć dalej, ale po chwili sobie pojechał, a my zostaliśmy sam na sam z historią.
Haghpat powstał w X wieku, stopniowo rozbudowując się do pokaźnego kompleksu budynków sakralnych o różnym przeznaczeniu. Przed wiekami był to ośrodek kulturalny, naukowy i oczywiście religijny, który oddziaływał nie tylko na okolicę, ale i całą ówczesną Armenię. Jego znaczenie to rosło, to malało, w zależności od aktualnych prądów politycznych i … sił natury, które tego regionu nigdy nie oszczędzały, czasami dewastując wszystko dookoła trzęsieniami ziemi. W szczytowym okresie mieszkało tu kilkuset mnichów, którzy zajmowali się m.in. tłumaczeniem wszystkiego co wpadło im w ręce na ormiański. Dzisiaj Haghpat to atrakcja turystyczna i to ogromnego znaczenia, bo wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.



Nie wiem jak Klasztor ten prezentuje się w sezonie, ale myślę, że mieliśmy szczęście, że zobaczyliśmy go akurat wczesną wiosną. Nie licząc dwóch babulinek “z obsługi”, byliśmy tam zupełnie sami. Chodziliśmy po całym kompleksie na spokojnie, zaglądając w różne kąty, delektując się atmosferą. A ta była wyjątkowa. Szczególnie we wnętrzach, w których panował półmrok przełamywany snopami światła z malutkich okiennic oraz płomieniami palących się świec. Czuliśmy, że jesteśmy w miejscu mistycznym, szczególnie, że poranek należał do chłodnych, dookoła unosiły się strzępki mgieł, a przyroda, podobnie jak szare mury z ciosanych kamieni, była surowa i ponura. Nie mam wątpliwości, że latem zjeżdżają się tam tłumy, klasztor roi się od zwiedzających,a najbliższa okolica zamienia się w jeden wielki bazar, gdzie można kupić pamiątki, coś zjeść albo napić się kawy. A wtedy pewnie nieco trudniej o górnolotne emocje i poczucie obcowania z kolebką chrześcijaństwa.





Gdy już doszczętnie zmarzliśmy i zwiedziliśmy wszystkie pomieszczenia, zeszliśmy w dół wioski, kierując się w stronę kolejnego klasztoru, który chcieliśmy zobaczyć. Same wsioło przez które przechodziliśmy, wyglądało, niespodzianka to żadna, ponuro i skromnie. Domy i obejścia były zaniedbane, podwórka zawalone gnijącym żelastwem, znaleźliśmy nawet karoserię Żiguli, którą jakiś domorosły architekt krajobrazu wkomponował w otoczenie. Ale i tutaj powoli dociera cywilizacja, o czym świadczyć może … hotel mieszczący się w jednym z nowszych budynków.




Nie spotkaliśmy nikogo, nie licząc owiec. Szły za nami, ale z czasem z drogi zawrócił je ujadający pasterski pies. Za wioską odpoczęliśmy, zjedliśmy kanapki patrząc się na wysoką ścianę na szczycie, której znajdował się płaskowyż prowadzący do Sanahinu - celu naszej dalszej wędrówki. Dla kurażu popiliśmy to wszystko alkoholem i byliśmy gotowi na dalszą część dnia.


Mimo, że przed sobą widzieliśmy niemalże pionową przeszkodę, nie mieliśmy wątpliwości, że na górę prowadzi prosta droga, nie wiedzieliśmy jednak w którą stronę mamy się kierować. I gdy tak dumaliśmy, spotkaliśmy starszego jegomościa, który od słowa do słowa,wskazał nam alternatywną trasę wiodącą… w górę wzniesienia. Liczyliśmy na zwykłą asfaltówkę, ale ruszyliśmy raźno zgodnie z instrukcją. Chyba nie wyglądaliśmy zbyt poważnie, bo pan postanowił, że pójdzie z nami. Sam szedł pomodlić się do świątyni położonej na sąsiednim wzniesieniu, więc zaproponował żebyśmy powędrowali tam z nim w pierwszej kolejności, a on nas potem odprowadzi gdzie trzeba. Szybko okazało się, że nie będzie to wcale takie proste, bo wzniesienie było strome, a my zupełnie nieprzygotowani. Milczeniem pomijam to, że wypiliśmy też kilka łyków “czegoś mocniejszego”, co dobrze wpłynęło na odwagę, a trochę gorzej na ogólną sprawność.
Nasza droga, czy raczej dróżka wiodła nas coraz wyżej i wyżej, wzdłuż urwisk, które przyprawiałyby mnie o palpitacje serca z nerwów, gdyby nie to, że zajęty byłem coraz cięższym oddychaniem. Niekiedy było tak wąsko, że musiałem mocno skupić się na odpowiednim balansie ciała, tak by “przylepić się” do bezpiecznej skały i być jak najdalej od ziejącej pustki. Kilka razy w wejściu wyżej pomagał nam nasz nowy znajomy - podając nam swoją rękę wciągał nas na co wyższe skalne półki. Jakby pretensjonalnie to nie zabrzmiało to zawierzaliśmy mu wtedy nasze życia, bo gdyby nas puścił, obawiam się, że nie skończyłoby się na siniakach. Starszy Pan, ubrany w dres i czapkę zaciągniętą głęboko na oczy, był zresztą okazem zdrowia i witalności. Swoją formą nas zawstydzał. Po górach poruszał się sprawnie niczym kozica. Jak powiedział, robił podobne “spacerki” codziennie i dla przyjemności. Przyjechał tu w odwiedziny do swojego brata, który jest nie byle kim, bo gubernatorem całego regionu. Na co dzień mieszka w Moskwie, a rodzinne strony odwiedza, by pobyć blisko natury i odpocząć. Szlak po którym nas prowadził znał od dziecka. Pokazał nam nawet skalne wyłomy, gdzie czasami zdarzało mu się położyć spać… tuż obok przepaści. Kilka razy wskazał na miejsca szczególnie niebezpieczne, mówiąc, że ginęli tam ci, którzy zapominali o ostrożności (albo mieli pecha). Mieliśmy szczęście, że trafiliśmy na kogoś takiego. Pan bowiem otoczył nas iście ojcowską opieką. Pilnował nawet tego byśmy nie zdejmowali czapek, bo choć od wysiłku parowały nam głowy, groziło to szybkim przeziębieniem. Jego twarz, o grubo ciosanych rysach, ozdobiona zmarszczkami, o zdrowym, różowawym odcieniu, była twarzą człowieka poczciwego i jak znam się na ludziach, tak od razu poczułem do niego zwykłą sympatię.
Gdy dotarliśmy na szczyt przez kilka chwil zachwycaliśmy się widokiem dookoła nas. Skóra warta była wyprawki! Znajdowaliśmy się w miejscu, które nazywa się Kayan Berd. Niegdyś była tu forteca, strzegąca dróg do okolicznych klasztorów. Na wzniesieniu pozostały po niej ledwo widoczne ruiny oraz niewielka, ale urocza świątynia z owalną kopułą … porośniętą trawą. Nasz kompan wszedł do środka pomodlić się (tak robił ponoć codziennie) i po chwili odpoczynku był gotów do dalszej drogi. My trochę mniej, ale nie mieliśmy wyjścia.



Zejście w dół było trudniejsze niż droga na szczyt - chociażby ze względu na to, że pode mną rozciągała się otwarta przestrzeń, a mój lęk wysokości sugerował mocno, że jestem w miejscu, w którym nie powinienem być. Ale skoro już w nim się znalazłem, to nie miałem wyjścia, musiałem działać, iść do przodu. Chyba najbardziej obawiałem się samego siebie, np. tego, że się w jakimś miejscu zatnę i nie będę chciał pójść dalej. Każdy krok wykonywałem z namaszczeniem, kilka razy miałem duszę na ramieniu, raz czy dwa spod butów uciekło w przepaść kilka kamyków. Ale dałem radę. O ile fizycznie to nie było aż takie wyzwanie (aczkolwiek, swoje wypociłem), to psychicznie kosztowało mnie to sporo. Nasz druh-opiekun znowu nam pomagał w kilku momentach, a my, mimowolnie, powierzyliśmy mu na chwilę nasze życia. Kiedy udało się wspiąć na płaskowyż, odetchnąłem z ulgą i delektowałem się otwartą, płaską przestrzenią dookoła mnie.





Pan pożegnał się z nami, a my poszliśmy wiejską drogą dalej. Przeszliśmy przez wioskę Akner i po pewnym czasie dotarliśmy do kolejnej osady o nazwie Sanahin. Jest to miejsce znane nie tylko z kompleksu klasztornego, ale i … muzeum braci Mikojanów.

Artiom Mikojan to nikt inny jak współtwórca słynnych MiG-ów, czyli konstruktor lotniczy, dzięki któremu Związek Radziecki przez wiele powojennych lat nie tylko dorównywał lotniczym dokonaniom USA, ale i je przebijał. Brat Artioma, Anastas był z kolei przez 35 lat członkiem najwyższej kierownictwa Partii i Narodu - swoją karierę rozpoczął jeszcze za czasów Lenina i co niesamowite, jako niemalże jedyny tak wysoko postawiony dygnitarz, przeżył czystki lat 30-tych, utrzymał się u władzy po Odwilży i spokojnie przeszedł na polityczną emeryturę w wieku 70 lat już za epoki Breżniewa. "Mikojany" pochodzili właśnie stąd. Jestem więcej niż pewien, że wędrowali po górach ścieżkami, które pokonaliśmy i my. Wychowali się na takim zadupiu, gdzieś w cieniu potężnych murów tutejszych świątyń, z dala od Moskwy, z dala od wielkiego świata, a jednak, zrobili międzynarodowe kariery, przez dekady wyznaczając kierunek w którym zmierzał Związek Sowiecki. W czasach minionego ustroju musiała to być piękna historia, symbolizująca to, że będąc zdolnym i przebiegłym (jak Artiom), tudzież śliskim i bezwzględnym (jak Anastas) można wszystko.
Klasztor Sanahin, do którego szliśmy przez pół dnia po bezdrożach, zrobił na nas równie dobre wrażenie co widziany ranem Haghpat. Znowu mieliśmy sposobność zwiedzać go w samotności. Poza nami nie było tam zupełnie nikogo. Zadziwiające dla nas, ludzi bądź co bądź z kraju, który od tysiącleci jest najeżdżany, dewastowany i wdeptywany w ziemie, było to, że zabytek sprzed tysiąca ponad lat, może zachować się w tak dobrym stanie. Sanahin zdecydowanie warto było zobaczyć, aczkolwiek, cały kompleks bardzo przypominał ten widziany wcześniej - i nic dziwnego, bo najpewniej budowali go jeśli nie ci sami ludzie, to z pewnością ludzie wywodzący się z jednej szkoły architektonicznej.



Zmęczeni wędrówką, zadowoleni z osiągnięcia założonego celu, powoli zaczęliśmy myśleć o powrocie do Wanadzoru. Znajdowaliśmy się na wzniesieniu górującym nad Alawerdi. Miasto z tej perspektywy prezentowało się … kosmicznie, obco, dziwnie. Znikał brud, chaos i brzydota. Dominować zaczęło uczucie niepokoju i obcości, podsycane chociażby dziwnym stożkiem, z którego unosiły się obłoki pary wodnej. Przypomniały mi się czytane w młodości książki science fiction i ich okładki, na których artyści próbowali odwzorować miasta przyszłości czy też aglomeracje zbudowane przez obce rasy. Alawerdi mogłoby służyć za inspirację do kolejnych tego typu dzieł…

Postanowiliśmy poszukać kolejki linowej, która powinna mieć gdzieś tutaj swój przystanek. Oczywiście, nie byłem gorącym orędownikiem tego środka transportu, szczególnie, że mój lęk wysokości już niejeden raz tego dnia został wystawiony na ciężką próbę. Szukaliśmy ale nie mogliśmy jej znaleźć, trafiliśmy za to do “mieszkalnej” części osady. O ile to co widzieliśmy do tej pory prezentowało się licho, to ta okolica, choć nie mogłem w to uwierzyć, wyglądała jeszcze gorzej. Zabudowa składała się z niewysokich bloków, które z daleka nie sposób było określić jednoznacznie jako zamieszkane bądź opuszczone. Dookoła walały się śmieci, niektóre okiennice były powybijane, ale przemykający tu i tam ludzie, nie pozostawiali wątpliwości, że to miejsce jednak żyje. Smutny to był widok, tym bardziej, że mieszkali tu zapewne pracownicy kopalni, którzy nie dość, że mieli ciężką pracę, to jeszcze po niej przyszło im “odpoczywać” dookoła post-sowieckiego rumowiska. Kolejki nie znaleźliśmy, ale na małym ryneczku, parkowały tutejsze taksówki. Bez większych negocjacji wróciliśmy jedną z nich do naszego hotelu. Po drodze, jak to w Armenii czekała nas jeszcze mała przygoda w postaci … ogromnego korka, jaki wytworzył się pośrodku niczego, przed wjazdem do jednego z tuneli. Czekaliśmy ponad pół godziny aż kierowcy tirów wyjadą z jego środka. Tak nieszczęśliwie się złożyło, że wjechali do tunelu z dwóch jego stron w tym samym czasie i dopiero wtedy okazało się, że nie mają tam miejsca, by się wyminąć. Wszyscy dotknięci tą niefrasobliwością, czekali spokojnie na rozwój wydarzeń, a nawet, samoistnie pomagali regulować ruch drogowy. Siedząc w aucie miałem ciągle w pamięci nagrobek, który znalazłem obok sanahińskiego klasztoru - na tablicy wygrawerowano twarze osób, które zmarły w wypadku samochodowym. Artysta nie pozostawił żadnej wątpliwości co do tego w jaki sposób do tego doszło. Brawura naszego kierowcy niepokoiła mnie wtedy podwójnie.

***
W Wanadzorze odświeżyliśmy się i jak przystało na doświadczonych “taterników” zalegliśmy w restauracji Oaza na piwie i czymś na ząb. Piwo w Armenii robią nawet przyzwoite (przy czym, oznacza to jedynie to, że da się je wypić i nic więcej). Z jedzeniem było trochę gorzej, ale nadal wierzyliśmy, że gdzieś tam, czeka na nas restauracja, która pokaże nam całe piękno ormiańskiej sztuki kulinarnej.
Wraz z upływającym czasem zaczęliśmy zdawać sobie sprawę jak fajny to był dzień. Zobaczyliśmy piękne klasztory, delektując się ich podniosłą atmosferą w absolutnej samotności. Spotkaliśmy człowieka, który otoczył nas bezinteresowną opieką i podał nam swoją dłoń gdy staliśmy, dosłownie, nad przepaścią. Wspięliśmy się pod ostre wzniesienie, pokonując kilka słabości, a ja osobiście musiałem zapomnieć o lęku wysokości. Widzieliśmy piękno i brzydotę Armenii. Chłonęliśmy krajobrazy, które urzekały nas i przerażały na przemian. Tak, to był świetny dzień!
PS. Wieczorem, po kilku piwach, wspiąłem się na wyżyny mojej znajomości języka rosyjskiego, by poprosić panią w hotelu o papier toaletowy (“toaletnaja bumaga”, jak to pięknie brzmi!). Pani spojrzała na mnie z litością, podreptała do schowka i dając mi rolkę do ręki powiedziała, żebyśmy następnym razem sobie po prostu papier kupili, zamiast prosić. Kto to myślał dawać rolkę za darmo, ot tak? Armenia, jak jej nie kochać!
