Dzisiaj załatwiliśmy wizy do Wietnamu – kosztowały po 180 zł, czyli nieco więcej niż się spodziewaliśmy. Tak naprawdę to nigdy nie wiadomo ile owa przyjemność będzie wynosić. Po sieci krążą różne kwoty, a na stronie ambasady nie ma żadnych informacji. Nikt nic nie wie. Ot, pierwszy kontakt z Azją, gdzie wiele rzeczy nie ma znaczenia, a życie toczy się innym rytmem niż u nas. Kto by się tym przejmował – i słusznie.
Do wylotu coraz mniej czasu i już nie mogę doczekać się tej dusznej atmosfery, która nas powita po przylocie. Wilgotne powietrze oblepi zmęczone członki, płuca będą się męczyć oddychaniem gęstą i niemal namacalnie lepką substancją. Zapachy, smrody, słońce, ukrop, znużenie i zachwyt zmieszany z przerażeniem na widok szaleństwa azjatyckiego dnia powszechnego.
Trudno się dziwić, że nie mogę się doczekać :-)
środa, 24 lutego 2010
niedziela, 21 lutego 2010
Przedwyjazdowa nuda i kolejne wyjazdowe dywagacje
Do Wietnamu jeszcze jakieś trzy tygodnie, nawet niecałe. Czas mija leniwie, a kartki w kalendarzu – którego nie posiadam, przerzucają się powoli. Nie spieszy się mojej fortunie do tych krótkich chwil, gdy przez te czternaście dni będę robił to co chcę, a nie to co muszę. Oj nie spieszy...
Jak to już bywa, jeszcze nie zaplanowałem wszystkiego co zamierzam robić w marcu, a już zastanawiam się, gdzie to bym chciał pojechać następnym razem. Urlopu dużo nie będzie – góra tydzień. Może, może, w połowie czerwca. Raz na kwartał chyba można? Pojadę pewnie sam, bo tam gdzie chce się wybrać, nie ma wygód, dogodnej komunikacji czy świeżej pościeli czekającej każdego wieczora w hotelu. Zapowiada się coś najbardziej ekstremalnego.
Zupełnie zapomniałem, że jeszcze obiecywałem przecież sobie, że koniec z wyjazdami. Kolekcjonuje więc nadal wspomnienia, tak by pamiętać obecne lata. Inaczej jedyne skojarzenia skupiałyby się na stukaniu w klawisze klawiatury.
Obecnie jakoś cieplej zaczynam zerkać na regiony, które do tej pory mnie prawie w ogóle nie interesowały. Cóż, wychowano mnie na rusofoba i nic nie poradzę na to, że patrzę z niechęcią, a nawet z obrzydzeniem na wszelkie regiony dominacji Imperium. Dawne Sowiety to dla mnie czarna dziura pomiędzy Polską, a Chinami. Takim jestem to prostakiem :-)
Zmieniłem się o tyle, że zastanawiam się czy może, może, nie wybrać się tam na mały rekonesans. Jest dosyć tanio (chociaż to myslenie bardzo ponoć zwodnicze), egzotycznie, daleko chociaż blisko i może to być dla mnie spore wyzwanie, mając na uwadze to, że nie mówię po rosyjsku nic a nic. Zakaukazie i Azja Centralna niemal do mnie kryczą: jesteśmy warte Twoich nędznych dolarów...

W grę wchodzi więc albo Zakaukazie, czyli alternatywnie:
- Gruzja lub Armienia lub Azerbejdżan
Albo Azja Środkowa, gdzie tak naprawdę mógłbym rozpatrywać jedynie Uzbekistan.
I co z tych moich rozmyślań wyjdzie? Nie wiem. Póki co, pora bukować kolejne hotele w Wietnamie i cieszyć się, że kosztują sensowne kwoty. Zawsze powtarzam i będę powtarzać, że lepiej darować sobie Europę Zachodnią i za niewiele więcej dostać o dużo wiecej gdzieś daleko od naszego Starego Kontynentu...
Jak to już bywa, jeszcze nie zaplanowałem wszystkiego co zamierzam robić w marcu, a już zastanawiam się, gdzie to bym chciał pojechać następnym razem. Urlopu dużo nie będzie – góra tydzień. Może, może, w połowie czerwca. Raz na kwartał chyba można? Pojadę pewnie sam, bo tam gdzie chce się wybrać, nie ma wygód, dogodnej komunikacji czy świeżej pościeli czekającej każdego wieczora w hotelu. Zapowiada się coś najbardziej ekstremalnego.
Zupełnie zapomniałem, że jeszcze obiecywałem przecież sobie, że koniec z wyjazdami. Kolekcjonuje więc nadal wspomnienia, tak by pamiętać obecne lata. Inaczej jedyne skojarzenia skupiałyby się na stukaniu w klawisze klawiatury.
Obecnie jakoś cieplej zaczynam zerkać na regiony, które do tej pory mnie prawie w ogóle nie interesowały. Cóż, wychowano mnie na rusofoba i nic nie poradzę na to, że patrzę z niechęcią, a nawet z obrzydzeniem na wszelkie regiony dominacji Imperium. Dawne Sowiety to dla mnie czarna dziura pomiędzy Polską, a Chinami. Takim jestem to prostakiem :-)
Zmieniłem się o tyle, że zastanawiam się czy może, może, nie wybrać się tam na mały rekonesans. Jest dosyć tanio (chociaż to myslenie bardzo ponoć zwodnicze), egzotycznie, daleko chociaż blisko i może to być dla mnie spore wyzwanie, mając na uwadze to, że nie mówię po rosyjsku nic a nic. Zakaukazie i Azja Centralna niemal do mnie kryczą: jesteśmy warte Twoich nędznych dolarów...

W grę wchodzi więc albo Zakaukazie, czyli alternatywnie:
- Gruzja lub Armienia lub Azerbejdżan
Albo Azja Środkowa, gdzie tak naprawdę mógłbym rozpatrywać jedynie Uzbekistan.
I co z tych moich rozmyślań wyjdzie? Nie wiem. Póki co, pora bukować kolejne hotele w Wietnamie i cieszyć się, że kosztują sensowne kwoty. Zawsze powtarzam i będę powtarzać, że lepiej darować sobie Europę Zachodnią i za niewiele więcej dostać o dużo wiecej gdzieś daleko od naszego Starego Kontynentu...
piątek, 12 lutego 2010
Jeszcze jakieś 31 dni
Jeszcze 31 dni. Za miesiąc o tej porze też będzie piątek, ale różnica między tym co teraz a tym co w przyszłości jest taka, że wtedy to będzie ostatni dzień w pracy przed dłuższym urlopem. Trzeba się jeszcze „nieco” pomęczyć.
Wczoraj za to zakupione zostały bilety na loty wewnętrzne. Łącznie trzy.

Najpierw z Hanoi do Ho Chi Minh City. Co sprawia, że w drodze będziemy blisko dobę – ale i tak rekord z dotarcia na Tobago może spać spokojnie, bo nie zostanie raczej pobity. Już wyobrażam sobie to zmęczenie i złość na swoje pozornie genialne pomysły. Siedząc w ciepłym domu to sobie można planować dowolnie skomplikowaną trasę. Gorzej z realizacją, gdy pot spływa kaskadami, a plecak z każdą chwilą wydaje się cięższy i bardziej nieporęczny. Ale to będzie dopiero za jakiś czas.
Potem z HCMC do Hue. Kilka spokojniejszych dni na wybrzeżu Wietnamu Środkowego rozdysponujemy pomiędzy Hue, Danang i Hoi An.
Ten i wcześniejszy lot wykonywany będzie przez Jet Star, czyli low-costowy oddział Quantasa. To znak, że Australia jest bardzo blisko... A jednocześnie daleko.
W końcu wylot Vietnam Airlines z Danang właśnie do Hanoi i tam spędzamy kilka ostatnich dni.
Na dokładne rozdysponowanie czasu jeszcze przyjdzie czas, teraz można powoli, powoli zabierać się za rezerwowanie hoteli.
Planowanie to wspaniały moment podróżowania :-)
Wczoraj za to zakupione zostały bilety na loty wewnętrzne. Łącznie trzy.

Najpierw z Hanoi do Ho Chi Minh City. Co sprawia, że w drodze będziemy blisko dobę – ale i tak rekord z dotarcia na Tobago może spać spokojnie, bo nie zostanie raczej pobity. Już wyobrażam sobie to zmęczenie i złość na swoje pozornie genialne pomysły. Siedząc w ciepłym domu to sobie można planować dowolnie skomplikowaną trasę. Gorzej z realizacją, gdy pot spływa kaskadami, a plecak z każdą chwilą wydaje się cięższy i bardziej nieporęczny. Ale to będzie dopiero za jakiś czas.
Potem z HCMC do Hue. Kilka spokojniejszych dni na wybrzeżu Wietnamu Środkowego rozdysponujemy pomiędzy Hue, Danang i Hoi An.
Ten i wcześniejszy lot wykonywany będzie przez Jet Star, czyli low-costowy oddział Quantasa. To znak, że Australia jest bardzo blisko... A jednocześnie daleko.
W końcu wylot Vietnam Airlines z Danang właśnie do Hanoi i tam spędzamy kilka ostatnich dni.
Na dokładne rozdysponowanie czasu jeszcze przyjdzie czas, teraz można powoli, powoli zabierać się za rezerwowanie hoteli.
Planowanie to wspaniały moment podróżowania :-)
piątek, 5 lutego 2010
Tiziano Terzani
Faktem jest, że zasypiam trzymając w dłoni przewodnik po Wietnamie i codziennie zerkam jak licznik do wylotu odejmuje kolejny jeden dzień. Prawdą jest, że czas się zaczyna dłużyć i tygodnie mijają wolno, coraz wolniej. Ale to nie powód, by zostawiać tu ślady po przeżyciach równie miałkich jak te. Więc dzisiaj będzie o książkach.
Dzieła Tiziano Terzaniego zacząłem czytać dopiero niedawno. Czytać, a raczej chłonąć, należy powiedzieć. Zacząłem od tej mniej znanej.

„W Azji“ to zbiór felietonów, przekrój z wydarzeń dziejących się na kontynencie w ciągu ostatnich dekad. Terzani opisuje zarówno wygasającą wojnę w Wietnamie, jest świadkiem wejścia wojsk północy do Sajgonu, przyznaje się do naiwności w ocenie Czerwonych Khmerów. Jest blisko masakry na Placu Niebiańskiego Spokoju. Stara się być wszędzie tam gdzie dzieje się coś ważnego, a takie wydarzenia w tamtych czasach definiowało się głównie po ilości przelanej krwi.
Ale jest tu też miejsce na sporo ciekawostek na temat sterylnej Japonii, zachwyt Indiami czy podkreślanie fascynacji autora wielkimi Chinami. Ostatnie rozdziały poświęcone są obserwacjom operacji „powrotu do macierzy” Hong Kongu. Odpływający statek z ostatnim gubernatorem wraca do Wielkiej Brytanii, czerwony sztandar powiewa nad niedawną przecież perłą w Koronie Imperium. Można powiedzieć – coś się nieodwołalnie skończyło, a mi osobiście robi się żal, że jedyny Hong Kong jaki jeszcze mogę ujrzeć, to ten chiński, a nie kolonialny.

To z kolei „ta bardziej znana“ książka Terzaniego, od której zaczęła się jego niszowa popularność w kraju nad Wisłą.
Autor opisuje w niej tylko jeden rok swojego życia – rok, w którym zgodnie z wróżbą wypowiedzianą lata wcześniej, zginie jeżeli chociaż raz wsiądzie na pokład samolotu. Więc zamiast nad chmurami, podróżuje klasycznymi środkami lokomocji. Odkrywa na nowo to o czym zapomina się będąc anonimowym pasażerem na kolejnym anonimowym lotnisku. Świat, zrazu kurczący się, znowu staje się ogromem i tyglem różnorodności, trudnej do uchwycenia z pozycji innej niż osoby, która posiada czas. Dużo czasu.
Tak naprawdę, jestem w trakcie lektury i ważę ją bardzo spokojnie. Tak sobie czytam i czasem mam wrażenie, że część rzeczy mógłbym sam napisać. Gdybym tylko miał talent oczywiście. Jako że nie mam, część moich własnych refleksji spisał Terzani, a ja mogę powiedzieć jedynie, że się z nimi zgadzam. Mnie też ciągnie w świat i czasem tego nie rozumiem, mając w pamięci, że moi rodzice do podróżników zdecydowanie nigdy nie należeli. Mi właśnie mija pierwsza „pięciolatka” poważnej pracy zawodowej w systemie day-to-day, biurko-obok-biurka i podobnie jak on... zastanawiam się póki co jedynie co by było gdybym tak... Gdybym tak miał odwagę i oszczędności na koncie :-)

I tak mi mija czas. Cieszę się, bo za kilkadziesiąt stron Terzani uda się w podróż z Hanoi do Sajgonu przez cały kraj. A ja zerkam na licznik i widzę, że do mojej jeszcze 38 dni. Kupa czasu...
Dzieła Tiziano Terzaniego zacząłem czytać dopiero niedawno. Czytać, a raczej chłonąć, należy powiedzieć. Zacząłem od tej mniej znanej.

„W Azji“ to zbiór felietonów, przekrój z wydarzeń dziejących się na kontynencie w ciągu ostatnich dekad. Terzani opisuje zarówno wygasającą wojnę w Wietnamie, jest świadkiem wejścia wojsk północy do Sajgonu, przyznaje się do naiwności w ocenie Czerwonych Khmerów. Jest blisko masakry na Placu Niebiańskiego Spokoju. Stara się być wszędzie tam gdzie dzieje się coś ważnego, a takie wydarzenia w tamtych czasach definiowało się głównie po ilości przelanej krwi.
Ale jest tu też miejsce na sporo ciekawostek na temat sterylnej Japonii, zachwyt Indiami czy podkreślanie fascynacji autora wielkimi Chinami. Ostatnie rozdziały poświęcone są obserwacjom operacji „powrotu do macierzy” Hong Kongu. Odpływający statek z ostatnim gubernatorem wraca do Wielkiej Brytanii, czerwony sztandar powiewa nad niedawną przecież perłą w Koronie Imperium. Można powiedzieć – coś się nieodwołalnie skończyło, a mi osobiście robi się żal, że jedyny Hong Kong jaki jeszcze mogę ujrzeć, to ten chiński, a nie kolonialny.

To z kolei „ta bardziej znana“ książka Terzaniego, od której zaczęła się jego niszowa popularność w kraju nad Wisłą.
Autor opisuje w niej tylko jeden rok swojego życia – rok, w którym zgodnie z wróżbą wypowiedzianą lata wcześniej, zginie jeżeli chociaż raz wsiądzie na pokład samolotu. Więc zamiast nad chmurami, podróżuje klasycznymi środkami lokomocji. Odkrywa na nowo to o czym zapomina się będąc anonimowym pasażerem na kolejnym anonimowym lotnisku. Świat, zrazu kurczący się, znowu staje się ogromem i tyglem różnorodności, trudnej do uchwycenia z pozycji innej niż osoby, która posiada czas. Dużo czasu.
Tak naprawdę, jestem w trakcie lektury i ważę ją bardzo spokojnie. Tak sobie czytam i czasem mam wrażenie, że część rzeczy mógłbym sam napisać. Gdybym tylko miał talent oczywiście. Jako że nie mam, część moich własnych refleksji spisał Terzani, a ja mogę powiedzieć jedynie, że się z nimi zgadzam. Mnie też ciągnie w świat i czasem tego nie rozumiem, mając w pamięci, że moi rodzice do podróżników zdecydowanie nigdy nie należeli. Mi właśnie mija pierwsza „pięciolatka” poważnej pracy zawodowej w systemie day-to-day, biurko-obok-biurka i podobnie jak on... zastanawiam się póki co jedynie co by było gdybym tak... Gdybym tak miał odwagę i oszczędności na koncie :-)

I tak mi mija czas. Cieszę się, bo za kilkadziesiąt stron Terzani uda się w podróż z Hanoi do Sajgonu przez cały kraj. A ja zerkam na licznik i widzę, że do mojej jeszcze 38 dni. Kupa czasu...
poniedziałek, 1 lutego 2010
Odliczanie...

Ładna mapka. Jaki ten świat wielki i aż szkoda, że lecąc samolotem nie zobaczę z bliska tego wszystkiego co z prędkością tysiąca kilometrów na godzinę będzie gdzieś tam pode mną znikało w nicości.
Do Hanoi pozostało jeszcze „czterdzieści ileś tam dni” i do tego czasu będę pewnie uprawiał podobne wpisy. Nic nie wnoszą do tematu ale pokazują potomności, że czekam na początek azjatyckiej przygody z niecierpliwością.
A tak wygląda lądowanie w tym mieście – zamulone rzeki koloru kawy z mlekiem, kipiące od zieleni pola i wilgoć odczuwalna nawet zza monitora. Azja jednym słowem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
