czwartek, 31 marca 2011

31.03, El Carmino Real

Ten dzień miałem spożytkować na wizytę w Parku Chicamocha. Znajduje się on w połowie drogi pomiędzy San Gil a Bucaramangą i łatwo tam dotrzeć każdym autobusem jadącym do stolicy regionu. Główną atrakcją jest sam kanion Chicamocha i widok na owe dzieło natury, ale park obrósł innymi rozrywkami dla mas: jest kilka restauracji, sklepów z pamiątkami, jest górska kolejka, jak i coś dla miłośników sportów ekstremalnych. Poczytałem, pooglądałem i doszedłem do wniosku, że to jednak straszny Disneyland, podczas gdy ja coraz bardziej lubuję się tutaj w samotności i autentyźmie (nawet jeżeli jest to autentyzm szyty na moją miarę zwykłego, szarego turysty). W takim układzie postanowiłem wrócić do Barichary i „zmierzyć się” z tym co mnie wczoraj przerosło, czyli drogą do Guane. Tak naprawdę, nie przerosło, jeno czasu nie starczyło, ale czyż nie brzmi to bardziej dramatycznie i zachęcająco, gdy piszę się to w inny sposób?

Barichara wita mnie ponownie poranną kakofonią dźwięków. Nie wiem co je wydawało, najpewniej jakieś insekty ukryte w tamtejszych drzewach. Ale hałas był znowu ogłuszający. Powtarzalny, mechaniczny, świdrujący wnętrzności gdy stanie się za blisko ich źródła.

Delektuję się chwilę i wędruję na szczyt wzgórza, gdzie czeka mnie początek szlaku.



Dla przypomnienia. El Carmino Real łączy Baricharę z Guane i liczy sobie około 6 km (co źródło to inna wartość). Szlak został zbudowany jeszcze przez tutejszych Indian setki lat temu. Przez lata oczywiście remontowano go i utrzymywano w stanie używalności. Od pewnego czasu jest to obiekt o statusie dobra narodowego. Samo Guane zaś to malutka wioska licząca sobie nieco ponad tysiąc dusz, ukryta przed światem, chociaż z nim dobrze połączona – szlak jest raczej dla turystów, lokalni mieszkańcy z pewnością wolą używać asfaltowej drogi, dzięki której w góra kwadrans jest się „u wrót cywilizacji”.

W plecaku mam zestaw obowiązkowy – wodę, dużo wody, no i kolumbijskie Oreo, gdybym po drodze zrobił się głodny. Plan był prosty. Dotrzeć do Guane możliwie szybko, by zdążyć na autobus, który o 12:00 wraca stamtąd do Barichary.

Trasa generalnie wiedzie w dół, ale zdarzały się i podejścia. Niby trudno nie jest, nie ma co robić z siebie bohatera, ale chodzenie po kamieniach (a nimi wyłożona jest praktycznie cała trasa) łatwie nie jest. Po dziesięciu minutach nogi zaczynają boleć, po pół godziny każdy kolejny krok jest rozważany tak, by minimalizować dozę cierpienia. Do tego dochodzi coś jeszcze.




Jestem tu zupełnie sam. Dookoła ani żywej duszy, chyba że za takie uważać pasące się tu i tam krowy. Czasami mimowolnie oglądałem się za siebie, ale nie było tam nikogo. Przez całą trasę spotkałem dwie osoby idące w odwrotnym niż ja kierunku. Na samym początku lokalnego mężczyznę z odsłoniętym brzuchem. W połowie drogi starszą kobiecinę, która odpoczywała w cieniu drzewa. Poza tym, kika wzmiankowanych krów oraz trzy kozy, na widok których stanąłem zresztą dębą ze zdziwienia i przerażenia. W zaroślach myszkowały i inne stworzenia, w tym z pewnością jaszczurki.




Ale miałem to co chciałem – absolutną samotność i ciszę. Trasa obudowana jest murkami z kamieni, a za nimi rozciągają się piękne widoki. Góry, pola, doliny, roślinność aż pulsującą zielenią. Tu i tam rzeczka albo wzniesienie które trzeba pokonać.

Trasa zajęła mi nieco ponad godzinę. Spociłem się niemiłosiernie. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale był to ten rodzaj przepocenia, który nie ustępuję dopóki człowiek nie wykąpię się i nie usiądzie w chłodzie wiatraka. Wydawałem z siebie gamę zapachów zawstydzających nawet mój nos. Dzień był gorący, słońce paliło, a i tempo narzuciłem sobie dosyć szybkie, żeby zdążyć na wspominany wyżej autobus powrotny. Można przejść trasę z powrotem, ale wtedy wiodłaby ona głównie pod górę i moja wyobraźnia znowu zaczęła przywoływać sępy krążące nad moim spoconym truchłem.





Niby wiedziałem, że Guane musi się zbliżać, ale miasteczka nie widać było nawet z punktów które górowały nad okolicą. W końcu są zabudowania. Jest cywilizacja!

Białe ściany i pusto na kilku uliczkach, z których owa „cywlizacja” się składa. Tu i tam widać jakiegoś lokalnego mężczyznę siedzącego na chodniku albo idącego w bliżej nieokreślonym kierunku. Panuje tu nuda tak absolutna, że czuję na sobie oczy mieszkańców i ich ciekawość. W Guane naprawdę nie dzieje się nic.





Nie żeby była to wada, wręcz odwrotnie. Z przyjemnością chłonę ten klimat przez ponad godzinę. Znowu przypominają mi się sceny filmowe. Gdyby nie kilka samochodów można by uwierzyć, że to Agua Caliente z jednego ze spaghetti westernów Sergio Leone.



Na malutkim rynku widać kilku turystów – w samo południe w komplecie opuszczamy Guane i jego mieszkańców, zostawiając ich znowu samym sobie.



W Baricharze trafiam do miłej restauracji. Szkoda, że wczoraj do niej nie zawitałem, bo jedzenie było dobre, a ceny bardzo atrakcyjne. Kolumbia jest rajem dla mięsożerców. Na moim talerzu pojawia się kolejna porcja bodajże wołowiny. Ciekawe jest to, że każdy obiad składa się przede wszystkim z porcji mięsa. Dodatków takich jak juka czy zielenina podaje się ilości symboliczne, które raczej nie służą do jedzenia, a bardziej do ozdoby talerza... Żegnam się powoli z tym jakże pięknym miejscem. No cóż, może jeszcze kiedyś się spotkamy...



Już w San Gil pozwalam sobie na iście latynoską sjestę i wychodzę dopiero wieczorem. Po raz pierwszy – pada lekki deszczyk. Chciałem wyjąc nieco pieniędzy z bankomatu i z tej okazji najadłem się dużo nerwów. Jeszcze w Baricharze bankomat na widok mojej polskiej karty wydał się z siebie jęk, wypluwając informację o bliżej nieokreślonym błędzie. Wieczorem nie było lepiej. Pierwsze podejście – bankomat nie reagował na żadną kartę. Drugie – wyskakiwała informacja, że operacja jest niemożliwa. W myślach już zacząłem się zastanawiać ile jeszcze mi zostało dolarów wziętych z Polski, czy to starczy na ponad tydzień i czy można przeżyć ten czas jedząc tylko najtańsze ciastka z supermercado. Na szczęście, za trzecim podejściem udało się wypłacić pieniądze. Z tej radości poszedłem jeszcze na kolację do tego samego lokalu co zawsze. Może i jest drogo, ale naprawdę coś nie widzę sensownej alternatywy w tym mieście. Na kolację, nie inaczej, solidna porcja dobrze wysmażonego steku. Nie jest to kulinaria maestria, ale czuć, że to inne mięso od tego znanego nam ze skodyfikowanej Europy. Zrobione ze zwierząt, które wiodły może i krótkie, ale szczęśliwe życie gdzieś na łąkach Kolumbii.


środa, 30 marca 2011

30.03, Wszystkie kolory Barichary

Coś nie mam szczęścia do kolumbijskich hoteli. „El Dorado” w San Gil to miejsce na wiele sposobów potwierdzające moją złą rękę w doborze noclegów. Moja cela, bo pokojem tego jednak nie nazwę, nie ma okien, a za jedyną wentylację służy głośny wiatrak. Dookoła roznosi się dziwny zapach, niekoniecznie smród, ale coś nie do końca określonego o silnym chemicznym posmaku. Za drzwiami do późnych godzin rannych toczyły się zażarte rozgrywki karciane, przerywane kaskadami śmiechu. Niby wakacje nie są od odpoczywania (przynajmniej wedle mojej teorii), ale mam wrażenie, że można było trafić lepiej. No cóż, następnym razem dopłacę te kilka dolarów więcej żeby mieć święty spokój. Tyle narzekań.

W godzinach porannych San Gil już buzowało życiem. Gdybym liczył, że o ósmej rano ujrzę miasto jeszcze śpiące – zawiódłbym się srodze. Wąskie uliczki zapchane były samochodami i busikami, chodniki pełne były przechodniów, w sklepach panował pełny rozgardiasz jak w godzinach szczytu. W tym wszystkim chwilę naszukałem się lokalnego dworca autobusowego (miasto ma ich łącznie trzy). Nie chcę kwękać, ale Lonely Planet błędnie podaje jego lokalizację – gdybyście szukali, to jedna przecznica bliżej w kierunku rzeki. Nie dałem się jednak zmylić i jeszcze przed 10-tą rano zameldowałem się w kolejnej kolonialniej perle architektury jaką jest Barichara.

O ile Villa de Leyva to miasto koloru białego, w Baricharze dominuje kolor czerwony, czy raczej rdzawy. Takie są właśnie brukowane uliczki, takie są piękne dachówki zdobiące dach niemal każdego domu. Taka jest w końcu tutejsza gleba. Mury są bielone, ale większość z nich posiada na dole kolorowy pas – czerwony, niebieski, zielony i inne. Dodajmy do tego błękitne niebo i mamy już pełną gamę barw, którą cieszy oczy Barichara.






Miasteczko jest niewiele większe od Villa de Leyva, ale czuć tu inny klimat. I dosłownie i w przenośni. Jest gorąco. Słońce praży niemiłosiernie, na szczęście nie brakuje cienia w którym można się schronić. Do tego, Barichara wydaje się być bardziej „miejska”, jeżeli tak można w ogóle pisać o osadzie liczącej góra dziesięć tysięcy osób. Turystów tu więcej niż gdziekolwiek do tej pory (i to nie latynoskich), ale miasto wydaje się być nimi nie do końca zainteresowane. Knajp niby nie brakuje, ale żeby znaleźć coś otwartego trzeba się nieco naszukać. Sklepy z pamiątkami są dwa, może trzy. Hoteli niewiele, dużo jest za to posad, kolumbijskich karawanserajów. Za drzwiami domostw widać miłe podwórka, gdzieniegdzie chłodzone przez małe fontanny a nawet baseny. Pięknie, ale drogo – budżetowi turyści nocują w San Gil, bo w Baricharze nie ma nic na ich kieszeń.



Centralnym punktem miasta jest znowu, a jakże park i dominująca w zabudowie Katedra Niepokolanego Poczęcia NMP (Catedra de la Inmaculada Concepcion). Ale największa atrakcja to miasto w całości i jego architektura: piękne małe domostwa, balkoniki, bramy wjazdowe, drewniane okna. Jest tu pięknie. Tutaj również od czasu do czasu przyjeżdża ekipa filmowa kręcić ujęcia w tym naturalnym plenerze. Żeby to wszystko docenić trzeba pospacerować, zajrzeć za jedną przecznicę, drugą i trzecią, a jak ma się odwagę zerknąć co się dzieje na podwórzach.




Barichara leży na wzgórzu (nic nowego, chciałoby się dopisać). Warto wdrapać się na szczyt z kilku powodów. Po pierwsze, widok na miasto z góry warty jest trudu (bo w prażącym słońcu można się i tym zmęczyć). Ale to co ważniejsze znajduje się za naszymi plecami. Zapierający dech w piersiach majestatyczny widok na pobliskie góry i doliny.





Niektóre szczyty giną w podstawie chmur, nad zielonymi łąkami latają bliżej nieokreślone ptaki. Czasem z dołu daje się słyszeć odgłosy krów, psów albo przejeżdżającego samochodu. Jest kilka punktów, z których ma się doskonały widok. Są tu i ławeczki, i piękny mały park, a także dwupoziomowy taras (na którym w godzinach południowych ucinał sobie sjestę na hamaku jeden z mieszkańców). Można tam po prostu usiąść i patrzeć się na to wszystko przed nami. I można to robić naprawdę długo, wierzcie mi.







W tym samym miejscu znajduje się początek trasy wiodącej do pobliskiej wioski, Guane. El Carmino Real, bo tak się nazywa, liczy sobie 6 km i jest to szlak wytyczony i zbudowany przez tutejszych Indian wiele lat temu. Podobno warto, ale ja daję sobie z tym spokój. Dojść może nie byłoby trudno, ale wrócić (pod górę) już tak. Można teoretycznie dojechać tam autobusem, ale połączeń jest łącznie ledwie kilka w ciągu całego dnia. Oczami wyobraźni już siebie widziałem nieprzytomnego i odwodnioniego gdzieś w połowie drogi w towarzystwie sępów czekających na zaproszenie do uczty.

Postanowiłem zjeść obiad w Baricharze, bo San Gil pod tym względem mnie dzień wcześniej rozczarowało. Jako że dostałem zaproszenie do nowo powstałej włoskiej restauracji (sic!), postanowiłem skorzystać. Nic innego nie było jeszcze otwarte, bo dodajmy, że było ledwie południe, a ja byłem bez śniadania. Posiłek smaczny, właściciel miły, widać że się stara i liczy na rozkręcenie biznesu. Z tego co mi powiedział lokal istnieje dopiero od tygodnia, a on sam przyjechał z Rzymu szukać szczęścia w Kolumbii. No to powodzenia...

Jak wszystkie małe miasta i to po jakimś czasie zaczyna się troszkę nudzić. Do tego zrobiło się już naprawdę nieznośnie gorąco, więc popołudniem wsiadam do busa i wracam do San Gil. Jeżeli miałbym porównać – nieco bardziej podobało mi się jednak Villa de Leyva i jego urok rodem z filmów płaszcza i szpady. Barichara jest też przepiękna, ale w nieco inny sposób.



W hotelu zerkam na lustro i nie mogę się nadziwić – wyglądam jak poparzony. Z góry głowy zeszła mi skóra, tworząc białe place, podczas gdy reszta jest brązowa. Wyglądam komicznie i postanawiam nieco posiedzieć w celi żeby odpocząć, nabrać energii i dać twarzy szansę na jakąś poprawę. Potem wychodzę znowu poszwędać się po mieście. Niewiele jest tu jednak do roboty wieczorem. Można by oczywiście spędzić upojny wieczór w jakimś barze, ale jak przystało na nudziarza, unikam takich rozrywek. Próbowałem znaleźć kapelusz, ale niestety, nie było mi dane. Lokalne czapki z daszkiem zaś są skrojone na małe latynoskie główki, więc wychodzi na to, że będę musiał wytrzymać jakoś palące słońce. Na koniec, chyba dla potwierdzenia jaką to niereformowalną jednostką jestem, wracam do restauracji w której byłem wczoraj. Pijąc piwo i jedząc spagetti (la dolce vita na całego) zerkam na życie toczące się na głównym placu. Jest to okazja, by wspomnieć co nieco o samych Kolumbijczykach.

Jest ich około 46 milionów i powiedzieć, że są rasowo wymieszani, to tak jakby nie powiedzieć nic. Od różnorodności może rozboleć głowa. Pierwszego dnia, jadąc autobusem w Bogocie, zdałem sobie sprawę, że nie tylko jestem jedynym „białym” dookoła, ale dodatkowo, że moimi towarzyszami są niemal wyłącznie ludzie z domieszką krwi indiańskiej. Dużo tu metysów, w różnym stopniu nasilenia cech to jednej to drugiej rasy. W stolicy nie brakuje także murzynów oraz mulatów – z kolei na prowincji nie ma ich wcale. Idąc dalej, w Villa de Leyva czy w bogotańskiej La Candelaria dużo więcej było „białych” potomków dawnych kolonizatorów. Metysaż w Kolumbii jest imponujący. Dominacja to tego czy innego koloru skóry zmienia się w zależności od regionu. Ale nawet „najbialsi z białych” mogą nosić w sobie cząstkę indiańskiej krwi, bo nie uwierzę, że przez lata życia w takim otoczeniu, uchowali się tacy którzy by jej nie posiadali. Kolumbia to niesamowity kraj, coraz częściej to sobie mimowolnie powtarzam...

wtorek, 29 marca 2011

29.03, Serdeczności Villa de Leyva i stromizny San Gil

Nie mam jednak serca, by narzekać na mój nocleg. Może i jest skromnie, ale właścielka lokum, Marta to prawdziwy skarb. Jeszcze wieczorem mnie wycałowała, witając i przepraszając za brak wody. Smaczku sprawie dodaje fakt, że ona nie mówi po angielsku, a mój hiszpański jest powodem mojego szczerego zawstydzenia. Marta ma na oko około pięćdziesiąt lat i widać, że za młodu była kobietą niemałej urody. Takiej która łamała serca kawalerów i doprowadzała do powstawania rzewnych piosenek ku pamięci uczucia, które wzbudzała w amantach. Do dziś cieszy się żywym zainteresowaniem płci przeciwnej. Po jej „ośrodku” kręci się dwóch jej równolatków, którzy zdają się nadal rywalizować o jej względy...

Muszę przyznać, że wyspałem się jak nigdy. Rano czekała mnie jeszcze kolejna porcja całusów i uśmiechów, a do tego skromne śniadanie. Kawa smakowała dobrze, a miód... O miodzie mógłbym się rozpisać. Nigdy nie jadłem tak pysznego, widać było, że jest w pełni naturalny i kupiony wprost od hodowcy. Gęsty, przepełniony smakiem i tutejszym słońcem.

Skoro świt zwlekam się i idę zobaczyć miasto w porannym słońcu. Tak naprawdę, wszystko jest malutkie i robię kolejne rundki po miejscach już znanych. Przypomina mi to nieco uzbecką Chiwę. Villa de Lleyva tak samo łapie za serce i sprawia, że człowiek będzie wracał do niej myślami, ale siedzieć tam dłużej niż dzień chyba nie ma sensu. Nie odbiera to jednak przyjemności z wałęsania się po zaułkach...






Czuję się tu bardzo bezpiecznie. Pierwsze starcie z Bogotą nieco mnie jednak przerosło (chociaż poradziłem sobie dzielnie), ale tutaj nie ma z tym żadnego problemu. Chodzę gdzie chcę i jak chcę. W miasteczku są patrole policji ale i bez tego jest tu po prostu bardzo spokojnie. Tak swoją drogą, to mój dopiero trzeci dzień w Kolumbii i już tyle się wydarzyło, chociażby w kwestii mojej percepcji otoczenia...





Pozwalam sobie jeszcze nieco poszwędać. Odwiedzam park imienia Antonio Ricaurte. To bohater wojenny i kompan Bolivara, który zasłynął z tego, że zwabił Hiszpanów do zbrojowni, której bronił podczas jednej z bitew, a następnie wysadził i siebie i ich w powietrze. Cóż, czasy się zmieniają, dzisiaj taki wyczyn raczej nie dawałby szans na pomniki i parki nazywane swoim imieniem. Tak nawiasem mówiąc, Ricaurte ma też swoją ulicę w stolicy i taką samą nazwę ma jeden z przystanków Transmilenio, który charakteryzuje się bardzo długimi korytarzami (wiem jak są długie, bo musiałem po nich chodzić).



Czas płynie nieubłaganie, więc żegnam się z Plaza Mayor, zakładam plecak, odbieram porcję całusów i idę na autobus. Znowu do Tunja. Stamtąd sprawnie przesiadka do kolejnego i już jadę w kierunku San Gil. W miasteczku o nazwie Barbosa przesiadam się z bagażem do innego pojazdu i w taki sposób wkraczam do kolejnego departamentu Kolumbii – Santander.

Muszę się powtórzyć. Trudno. Za oknem widoki nieziemskie. Generalnie zjeżdzamy w dół (San Gil leży na wysokości „ledwie” 1100 metrów npm), ale droga kluczy raz tak, raz inaczej. Pod nami góry, doliny, pojedyńcze domostwa, rzeki, wodospady, kaskady i setki innych cudów natury. Piękny kraj ta Kolumbia, gdybym mógł, wysiadłbym i patrzyłbym się na to wszystko dookoła całymi godzinami. A najlepsze jest to, że za każdym zakrętem drogi czai się kolejna porcja widoków.

Jako że sporo czasu spędzam w autobusach, obserwuję kierowców. Jak wszędzie w „gorszym” świecie stanowią oni oddzielną kastę. Myliłby się ten kto myśli, że kierowca jest od prowadzenia pojazdu. To ktoś dużo ważniejszy. Każdy kurs to przecież okazja do zarobku, więc jest kimś na wzór kierownika projektu. Cel – wypchać zawartość pasażerami. Często lepiej poczekać nawet i kwadrans byleby znalazła się jeszcze jedna osoba do przewiezienia. Kierowca to także kurier, który szybko dostarczy przesyłkę z punktu A do B. A jeżeli nie on osobiście, to na pewno przekażę komuś kto akurat tam jedzie. Telefon kierowcy dzwoni co chwila. Toczą się ważne rozmowy. Przynajmniej brzmią na ważne, gdy nie zna się języka. Być może, tak naprawdę, to dzwoni żona, przypominając, że trzeba koniecznie kupić ryż i mleko na kolację. W końcu – kierowca autobusu zna każdego. Co chwila podnosi rękę w geście pozdrowienia. Zna i kompana z mijanego autokaru, jak i każdego obszczymurka stojącego z piwem w mijanych wioskach. Nie zdziwiłbym się więc gdyby latynoskie dzieci pytane kim chcą być, odpowiadałyby bez zastanowienia – kierowcą autobusu!

Mijamy kolejno Oiba, Soccorro (cóż za piękna, tłusta nazwa) i meldujemy się w San Gil. Miało być 4,5 godziny i tyle wyszło, ale gdyby nie zbędne przerwy, dałoby radę szybciej. Szybciej? Ale po co – zapyta latynos.

Hostel ciekawy. Coś mam szczęście do „ciekawych” noclegów. Wolałbym spokojne, ale jak się nie ma co się lubi... San Gil to kolumbijskie centrum sportów ekstremalnych. Rafting, wspinaczka, kajaki, paralotnie, bungee– powiedz co chcesz, a na pewno Ci to zorganizują. Nie dziwi więc, że goście przybytku to mężczyźni postawni, wysportowani, atletycznie zbudowani i brązowi od słońca. W tym otoczeniu wyglądam zdecydowanie nie na miejscu...
Koniec żartów. Miasto liczy sobie ponad 50 tysięcy mieszkańców i mówi się o nim, że ładne to nie jest, ale dzieje się tu dużo. Co do drugiego – pełna zgoda, turystów tu na ulicach sporo i jest co robić. Co do pierwszego, debiutancki spacer sprawił, że nie jestem do końca pewien czy mogę się pod tym podpisać. San Gil ma w sobie z pewnością coś wyjątkowego. Miasto jest położone na wzniesieniu i chyba nigdy w życiu nie widziałem takich stromizm na własne oczy. Oprócz tego, że jest to atrakcyjne wizualnie, nie ma chyba innych zalet. Współczucie dla ludzi, którzy muszą codziennie pokonywać tą trasę w górę i w dół.





Centrum miasta to Park Wolności. Panuje na nim sympatyczna atmosfera. Jest nieco obwoźnych handlarzy, ludzie odpoczywają na ławkach, drzewa dają przyjemny cień a szum fontanny uspokaja. Można tam usiąść i leniwie patrzeć się na wolny rytm miasta dookoła. Obok dumnie pręży się potężna Katedra Santa Cruz.




W jedną i drugą stronę rozpościera się miasto ściśle zabudowane niskimi i skromnymi kamienicami. Może po Villa de Lleyva nie chwyta to za serce, ale jest i tak przyjemnie. Do tego stopnia, że San Gil ma opinię miejsca, w którym spędza się więcej czasu niż się chciało pierwotnie. Mnie to nie czeka, ale nie dziwię się, że inni dają się uwieść.

poniedziałek, 28 marca 2011

28.03, Miasto godne legendy Zorro

Bogota to ogromne miasto. 8 milionów mieszkańców (oficjalnie) w końcu musi się gdzieś pomieścić. Dla turysty, przynajmniej takiego szarego jak ja, istnieją w tym molochu tylko dwie dzielnice. Dopiero opuszczając to miasto i jadąc gdzieś dalej, można przekonać się ile jeszcze stolica Kolumbii w sobie kryje i jaka jest monumentalna.

Muszę pochwalić bogotańskich taksówkarzy. Nie oszukują, chociaż powiedzmy sobie szczerze, moja poczciwa twarz aż się prosi by naciągnąć na kilka tysięcy pesos więcej. Spod hotelu jadę prosto do „La Terminal”, czyli głównego dworca autobusowego. Na mapie daleko nie jest, kilka kilometrów, ale przejażdżka zajmuje nam jakieś 40 minut. Po drodze mijamy różne okolice. I takie że lepiej nie zdejmować nogi z gazu i takie, kiedy można sobie zdać sprawę, że Kolumbia bogaci się niezależnie od przeszkód w postaci partyzantów czy przestępczości. Jak grzyby po deszczu wyrastają eleganckie bloki (strzeżone, a jakże!), biurowce, ośrodki użyteczności publicznej. Przy czym zasada jest prosta – im dalej na północ, czy raczej im dalej od południa Bogoty, tym bezpieczniej i milej dla oka.

Sam dworzec zorganizowany jest na podobieństwo lotnisk. Czysto, przestronnie, pełno sklepów i tak intuicyjnie, że nawet hiszpańskojęzyczny ignorant taki jak ja, jest w stanie kupić bilet do Tunja i wsiąść do właściwego minibusa.

Jego kierowca prowadził dziwną „grę” ze swoim pracodawcą. Wyjeżdżając z terminalu musi zatrzymać się w punkcie kontrolnym. Tam sprawdzają mu dokumenty, coś w nich dopisują, a na koniec, pieczętują mu papierem drzwi. Nie jestem pewien, ale chyba po to, by po drodze nie zabierać „łebków” i nie robić zbędnych przerw w trasie. Wiadomo, otwarte drzwi to zerwana plomba, zerwana plomba to kłopoty. W teorii... Kierowca uśmiecha się głupkowato (z typem urody tutejszych metysów nie jest to trudne) i macha na do widzenia strażnikom. Idylla. Nie mija jednak pięć minut kiedy zatrzymuje się, zrywa delikatnie papier i cóż, pusty pojazd napełnia się kolejnymi osobnikami na kolejnych, niezaplanowanych przystankach. Na każdym z nich nasz kierowca ma pomocników, którzy naganiają mu klientelę. Przestrzeń dookoła zaczynają pochłaniać tobołki, torby i latynosi. Dużo latynosów.
Gdybyście kiedyś zastanawiali się dlaczego głupia trasa do Tunja trwa trzy godziny, to macie odpowiedź. Bez tej maskarady byłoby zapewne sporo krócej, no ale w Ameryce Południowej czas to pojęcie, którego nikt nie rozumie...

Droga wspaniała. Nieco czasu trwa zanim pożegnamy Bogotę ale potem zaczynają się majestatyczne góry, pagórki, doliny, wąwozy i serpentyny to wszystko oplatające. Są chwile kiedy nie mogę oderwać oczu od tego co widzę za szybą. Są chwile kiedy żałuję, że żadne zdjęcie ani film nie jest w stanie oddać piękna departamentu Boyaca.



Trzeba przyznać Kolumbijczykom, że drogi mają znakomite. Nie wypowiadam się o lokalnych dróżkach, ale główne arterie byłyby w stanie zawstydzić naszych rodzimych speców, którzy szczycą się każdym kilometrem równego asfaltu. Tutaj, w kraju ponoć biedniejszym od Polski (w co zaczynam wątpić) jakoś się udało stworzyć znakomitą sieć drogową łączącą miasta wszelkiej wielkości. I to bez rozgłosu i bata w postaci Euro nad głową. A mówimy o terenie górskim, a nie nizinnym... No cóż, pod pewnymi względami zawsze będziemy wyjątkowi, my Polacy. U nas by się nie udało!

Tunja wydaje się być miłym miastem. Wydaje, bo mój kontakt z nią ogranicza się do przejścia z jednego miejsca dworca na drugi. Tam szybko znajdujemy się z kierowcą kolejnego busika i po chwili ruszamy w komplecie do kolonialnego Villa de Leyva.

Na miejscu daje o sobie znać mój opór. Zamiast pokornie wsiąść do taksówki i zostać zawiezionym pod drzwi hostelu jak na gringo przystało, ruszam obładowany plecakami z mapą w dłoni. Oczywiście – gubię się, chociaż błąd który doprowadził do niepowodzenia był drobnej natury. Pokornie więc wracam pod dworzec i wsiadam do żółtego samochodu ku radości kierowcy.

„El solar camping” to spore rozczarowanie jeżeli chodzi o jakość. Już słowo „camping” w nazwie powinno mi dać coś do myślenia, niezależnie od rewelacyjnych opinii jakie miejsce ma.



W takich spartańskich warunkach nocowałem ostatnio w Podgoricy, u niezapomnianego Steve’a. Pokój skromny, przechodzony, a meble reprezentują ideę DIY, czyli „Do it yourself”. Na dodatek, nie ma ani właścicielki, ani wody (za tym drugim tęsknie bardziej). Niepyszny, zostawiam rzeczy w moim nowym lokum i idę „w miasto”.

Villa de Leyva od 1954 roku ma status dobra narodowego Kolumbii. I w pełni na to zasługuje. W miasteczku (liczba lokalnej ludności nie przekracza 10 tysięcy) dominuje kolor biały. Białe są kolonialne domostwa, białe są kamienice, kościoły, mury, bramy i wszystko dookoła. W ścisłym historycznym centrum ulice cały czas są zbudowane z kamienii, przez co żywot tutejszych samochodów jest nie do pozazdroszczenia. Ciężko się również po tym chodzi, nogi bolą, ale cel uświęca środki. Dzięki temu, Villa de Leyva wydaje się być miejscem gdzie czas zatrzymał się w początkach XIX wieku.




Moje pierwsze i najmocniejsze skojarzenie to filmy o Zorro. Wchodząc na wielki Plaza Mayor nie sposób odpędzić się od wrażenia, że za chwilę zza rogu wytoczy się lekko zawiany sierżant Garcia ze swoją watahą hiszpańskich żołdaków. Przypominają się mimochodem sceny z seriali, które człowiek pochłaniał w wieku dziecięcym. Pod kamienicą już zbiera się zły tłum ciemiężonych wieśniaków oraz mieszczan, może na pomoc przyjdzie im sam Zorro w pelerynie smaganej wiatrem i szelmowskim uśmiechem przylepionym pod wąsikiem?





To nie chore wizje, tylko szczera prawda. Miasteczko jest tak urodziwe i autentyczne, że od dawna stanowi naturalny plener dla wielu filmów. Akurat podczas mojego pobytu kręcony był następny. Powiewająca gdzieś z boku flaga Królestwa Hiszpanii oraz stroje z epoki nie pozostawiają złudzeń – kolejna mutacja kina płaszcza i szpady rodzi się na moich oczach.

Ekipa kończy pracę i rozchodzi się po okolicy, więc spacerując po uliczkach niejeden raz natrafiam na żołnierza tudzież krasną mieszczankę podpierającą ściany. Magiczne to miasto ta Villa de Leyva...




Jest niby szczyt sezonu ale i tak jest pustawo. W restauracjach albo brak klientów albo zajęty góra jeden, dwa stoliki. Mam wszystko niemal wyłącznie dla siebie. Miasteczko jest kompaktowe, co rusz napotykam te same osoby, a nawet ... te same psy. Mało też tu turystów. Owszem, kilku jest, ale to sami latynosi. Innych gringo nie widać. Oprócz mnie tylko jedna osoba przemierza uliczki z aparatem w dłoni. Tyle się naczytałem o komercji, a tu taka niespodzianka. Oczywiście, oblicze miasta się zmienia, sporo tu butikowych hotelików nastawionych na bogatych zwiedzających, ale bruk wydaje się nadal nie być zadeptany turystycznym obuwiem.



Posilam się w nijakiej restauracji na samym rynku. Ma dwie zalety. Widok na Plaza Mayor jest cudowny. Jest już ciemno, w oddali błyskawice zbliżajacej się burzy oświetlają góry. Po drugie, jedzenie jest dosyć tanie i dobre. Jest to mój pierwszy posiłek tego dnia, więc jem aż mi się uszy trzęsą. Pozwalam sobie także na dwa piwa (Club Colombia) i bardzo ale to bardzo powoli, wracam do „hostelu”. Z tym miejscem trudno się rozstać...