niedziela, 27 marca 2011

27.03, jak niechcący znaleźć Calle Cartouche

Michael Palin, współzałożyciel Latającego Cyrku Monty Pythona, a potem znakomity podróżnik na etacie BBC, odwiedził stolicę Kolumbii w połowie lat 90-tych. Na cały kraj nie miał zbyt wiele czasu, bo dokumentalna seria „Full Circle...” traktowała o wyprawie dookoła Oceanu Spokojnego, a Amerykę Południową potraktowano tam nieco pobieżnie. Z Kolumbii ostały się zatem jedynie dwa/trzy miejsca. Kartagina, bo jest kolonialna i piękna. Bogota, bo wtenczas była miastem przeklętym i skrajnie niebezpiecznym. Palin, w asyście brytyjskiego dziennikarza żyjącego w tym kraju od dekad i lokalnego kierowcy, przemierzał rozklekotanym samochodem centralne dzielnice miasta i słynną (czy raczej niesłynną) Bullet Street. Ulice pełne śmieci, ludzie leżący na chodnikach, grupki agresywnych mężczyzn, handel i spożywanie narkotyków w świetle dziennym – wszystko wyglądało jak świat po wojnie, a znajdowało się kilka przecznic od Parlamentu, Pałacu Prezydenckiego i innych ważnych miejsc miasta. Bezpiecznie dało się na to patrzeć jedynie zza szyby żwawo poruszającego się auta. Zapamiętałem ten widok dobrze, bo wyglądało to jak wyprawa do świata o którym na codzień staramy się zapomnieć, że w ogóle istnieje. To nie był kolejny wesoły turystyczny obrazek, tylko rynsztok życia.

Czy naprawdę Bogota zmieniła się od tego czasu na lepsze?

Rano daje o sobie znać moja dziecięca ciekawość. Budzę się skoro blady świt i zamiast spać dalej, biegnę co sił do okna, by zobaczyć jak prezentuje się to miasto w dziennym świetle. Jest ładnie. Budynki dookoła może nie szokują architekturą, ale po prawej majaczy wspaniałe zielone wzniesienie, a słońce pracowicie oświetla to wszystko od samego ranka. Jest też bardzo cicho i spokojnie, ludzie jeżdżą na rowerach, zapaleńcy biegają. Można pomyśleć – cywilizacja.

Żeby dostać się do „starego miasta”, czyli La Candelaria, wypada skorzystać z usług Transmilenio. To system szybkich autobusów, które poruszają się własnymi wydzielonymi od normalnego ruchu pasami i mają specjalne strzeżone przystanki czy raczej stacje. Wszystko jest zorganizowane nowocześnie i nader sprawnie. Aż trudno uwierzyć, że może to się udać w Ameryce Południowej, gdzie problemem bywa nawet ciepła woda (w hotelu jej nie ma, chociaż powinna być). Nie ma jednak tak dobrze. System jest może godny pochwały, ale żeby zrozumieć jego działanie potrzeba nieco czasu. Linie nazwane są literami (proste) i numerkami (trudne – bo nie wiadomo do końca co oznaczają). Na mapie połączeń wszystko wygląda klarownie i jasno, ale w rzeczywistości takie już nie jest. Sporo się dzisiaj tymi autobusami najeździłem i niejeden raz głowiłem się nad zagadkami jakie fundowało mi Transmilenio – chociażby nad kwestią linii, która jest ale jej nie ma na mapie. Najważniejsze, że dowiozła mnie na miejsce.




Poranna wysiadka na Avenida Jimenez była sporym szokiem. Dookoła dziki harmider. Stragany, sklepy, naganiacze, dziwacy, żebracy, samochody, przechodnie. To wszystko generowało mętlik, którego nie powstydziłaby się Azja.



W mojej głowie zamieszanie, bo absolutnie nie wiem jak mam iść dalej by trafić do La Candelaria. Żeby chociaż ulice były oznakowane, ale wymagam chyba za dużo. Albo znaków nie ma, albo giną w potoku reklam, szyldów i banerów, które oblepiają każdy budynek dookoła. Szwędam się nieco po tej dziwnej okolicy, przechodzę przez ruchliwą ulicę i przed moimi oczami w końcu jakieś punkty zaczepienia w postaci dwóch kościołów, które można odnieść do mapy. Tak naprawdę – tej dzielnicy na niej już nie było, ale dowiedziałem się o tym dopiero dwa tygodnie później... Zajęło mi to dobre pół godziny (mogłem się też oczywiście kogoś zapytać, ale wiadomo, że rozwiązanie problemu samodzielnie lepiej smakuje).




Niechcący trafiam do miejsca, do którego nigdy nie chciałbym chyba zawitać. Dookoła pusto, w kościele nie ma nikogo, kilkoro żebraków prosi o łaskę. Czuję się w miarę bezpiecznie, bo na placu pod cokołem stoją żandarmi. Mają w rękach automatyczną broń i wodzą za mnie wzrokiem. Jak się okazuję – z troski. Skręcam w boczną uliczkę i robię tył w zwrot. To chyba tutaj był wspominany na początku Michael Palin. Brud, smród, bezdomni, śmiecie walają się po chodnikach jak im wiatr zawieje. Pusto i pachnie kłopotami. Wracam na plac (no dobra, wręcz uciekam) , a za mną dwójką dziwnych ludzi. Kobieta pokazuje mi coś na swoim policzku, jej partner jest bardziej konkretny – jego ręka wędruje do gardła, przecinając je szybkim ruchem palca. Nie wiem czy mnie ostrzegali czy straszyli, zresztą to nawet nieważne. Darli się za mną strasznie. Zaraz się do nich przyłączył kolejny żebrak, którego przepędził dopiero stanowczy głos żołnierza trzymającego rękę na broni. Trafiłem po prostu do niezbyt reprezentacyjnej okolicy. Co więcej, ledwie stałem na jej granicy i już miałem dosyć tego widoku. Dwaj żandarmi pokazują mi gdzie mam iść. Pewnie niejeden raz muszą pilnować takich jak ja, którzy to zaglądają do rynsztoka bogotańskiego życia, a potem zmykają co pieprz rośnie.

Nawet nie wiecie jak się ucieszyłem docierając do celu. Cała dzielnica jest przyjemna dla oka. Ludzie spacerują, jeżdżą na rowerach. Niedziele w Bogocie to okres gdy rządzi Cyclovia – część ulic jest wtedy zamknięta dla ruchu samochodowego. Co za odmiana!



Co dwieście-trzysta metrów rozstawieni policjanci albo żandarmi. Ręka na broni i czujne spojrzenia sugerują raczej, że są tam z potrzeby a nie dla pozorów. Widziałem nawet oddział antyterrorystyczny z psem przeszkolonym do szukania materiałów wybuchowych. Pod jednym z budynków ktoś postawił wazon z białymi kwiatami. Zwierzak musiał sprawdzić czy w środku nie ma innej niespodzianki... Ta troska to poniekąd efekt tego, że dookoła jest dużo reprezentacyjnych urzędów państwa, ale dzięki temu La Candelaria za dnia jest miejscem spokojnym i korzystają na tym sami mieszkańcy. O zmroku ponoć lepiej tam nie zaglądać...




Sporo spaceruję, oczywiście niechcący zapuszczam się znowu do gorszej części. Budynki zrobiły się nagle małe i zapadnięte w sobie, ludzi mniej, policjantów brak, sklepy liche, a spojrzenia coraz bardziej ciekawskie i wymierzone w moją stronę. Teraz już nie mam problemów z identyfikacją zagrożenia i robię elegancki manewr wycofujący.



Jak się okazało, słusznie, albowiem prawdziwe perły Starego Miasta znajdowały się w innym kierunku. Pełno tu kościołów, pięknych i kolorowych domków i uliczek. Na czele tego wszystkiego jest oczywiście Katedra na placu Bolivara – najbardziej „pocztówkowe” i fotogeniczne miejsce całego miasta.



Kolonialne miasto przypomina nieco Nowy Orlean czy Kartaginę. Do obu oczywiście to wszystko się nie umywa. Dla mnie musi wystarczyć, albowiem tego drugiego, najpiękniejszego miasta Kolumbii nie odwiedzę w tej podróży.





Szwędając się trafiam do dwóch interesujących miejsc. Po pierwsze, na mojej drodze wyrasta coś w rodzaju centrum alternatywnej kultury. Na małym placyku dużo dziwnej młodzieży, na murach grafitti, z pubów sączy się ostra muzyka. Jeżeli ktoś lubi takie klimaty – widziałem nie tylko restauracje ale nawet hostele (a raczej hostale). Miło, chociaż nie wiem jak to wygląda po zmroku... Kilka dni temu czytałem, że jeden z takich właśnie „hostali” został odwiedzony przez smutnych panów z bronią maszynową. Jak nie kochać tego miasta?



Potem, zupełnie niechący, na mojej drodze stanął pięknie utrzymany Ford T, czyli prawdziwa legenda motoryzacji z początków minionego wieku. Okazało się, że odbywają się tu jakieś targi miłośników klasycznej motoryzacji i na niewielkim placyku aż roiło się od rarytasów. Porobiłem nieco zdjęć, modeli do uwiecznienia nie brakowało. Były Jeepy, garbusy, wielkie amerykańskie szafy, a nawet poczciwy Fiat 750 z koszykiem zamontowanym na tylnej klapie. Bogotanie, bo tak ich chyba wypada nazywać, tłumnie spacerowali pomiędzy okazami.






Jeszcze w Polsce postanowiłem sobie, że wybiorę się na mecz lokalnych herosów, czyli Millionarios Bogota. Chociaż nie chciało mi się, a żołądek domagał się posiłku, nie miałem dla siebie litości. Na stadion El Campin docieram bez problemu, ale jak się okazało, był to mój „łabędzi śpiew”. Okrążam giganta z betonu szukając kas biletowych. Ludzi sporo i chociaż do pierwszego gwizdka nieco czasu, czuć atmosferę piłkarskiego święta. Już byłem gotów się poddać, gdy tłumek ludzi sugeruje mi, że jestem na miejscu. Za 16.000 pesos nabywam wejściówkę i z radością staję w kolejce na stadion. Niestety, nie wpuszczono mnie! Wszystko przez plecak – nie wolno wchodzić z plecakami i tyle. Nieważne, że przecież można go dokładnie sprawdzić. Ochroniarz wspomina coś o jakimś depozycie, ale nie zamierzam oddawać aparatu i innych rzeczy w przechowanie, a do hotelu wrócić już na pewno nie zdążę. Tak więc, został mi jedynie bilet na pamiątkę.




Potem sobie myślę, że może to i dobrze. W kolejce na trybunę północną stali ze mną naprawdę dziwni ludzie. Nie wyglądali zbyt przyjemnie, kilku miało tatuaże sugerujące chyba pobyt w odosobnieniu. Bilety były najtańsze, więc możliwe, że trafiłbym w środek trybuny dla mieszkańców slumsów. Ciekawe jakby przywitali pośród siebie gringo... Inna sprawa to ochrona i jej skrupulatność. Wszyscy muszą na ten przykład ... zdjąć buty. Jest tu nie tylko znane mi doskonale „obmacywanie”, ale również sprawdzanie skarpetek, a nawet zbyt długich włosów. Paranoja. Mam nauczkę, ale w Medellin dam kolumbijskiej piłce drugą szansę na poznanie się ze mną.

Po nierównej walce z Transmilenio, wracam do „swojej” Zona Rosa. Zabawne, bo gdy człowiek słyszy o „rozrywkowej dzielnicy”, to spodziewa się nie wiadomo czego. Postanawiam sprawdzić jak to wygląda. Jest tu nieco knajp, a nawet lokalny oddział Hard Rock Cafe, ale całość na kolana nie rzuca. Jeżeli ktoś spodziewa się kolumbijskiej wersji Khao San, to chyba będzie rozczarowany. Bez problemu znalazłem miłą knajpkę z tarasem na górze i oddałem się konsumpcji. Za niewiele ponad 15 zł dostałem naprawdę duży kawał mięsa z ziemniakami. Smaczne i zdrowe, a do tego popite ice tea, bo na alkohol to nie mam ochoty. Niby czuję się dobrze, ale raz na jakiś czas odzywa się ból głowy, przypominając mi i o wysokości i o tym, że w Polsce jest już północ, a ja sobie smacznie siedzę i jem.



Może to było za dużo emocji jak na jeden dzień. Nie bez znaczenie był fakt, że ze względu na wysokość moje serce pracowało ciężej niż zazwyczaj i po wspinaczce uliczkami La Candelaria czułem się jak osobnik starszy o dobre kilka dekad. Ale tak czy owak, pierwszy kontakt z Bogotą (i Kolumbią jako taką) nieco mnie wymęczył, tak psychicznie jak i fizycznie. Oj, nie jest to beztroska Azja...