Muszę przyznać, że wyspałem się jak nigdy. Rano czekała mnie jeszcze kolejna porcja całusów i uśmiechów, a do tego skromne śniadanie. Kawa smakowała dobrze, a miód... O miodzie mógłbym się rozpisać. Nigdy nie jadłem tak pysznego, widać było, że jest w pełni naturalny i kupiony wprost od hodowcy. Gęsty, przepełniony smakiem i tutejszym słońcem.
Skoro świt zwlekam się i idę zobaczyć miasto w porannym słońcu. Tak naprawdę, wszystko jest malutkie i robię kolejne rundki po miejscach już znanych. Przypomina mi to nieco uzbecką Chiwę. Villa de Lleyva tak samo łapie za serce i sprawia, że człowiek będzie wracał do niej myślami, ale siedzieć tam dłużej niż dzień chyba nie ma sensu. Nie odbiera to jednak przyjemności z wałęsania się po zaułkach...




Czuję się tu bardzo bezpiecznie. Pierwsze starcie z Bogotą nieco mnie jednak przerosło (chociaż poradziłem sobie dzielnie), ale tutaj nie ma z tym żadnego problemu. Chodzę gdzie chcę i jak chcę. W miasteczku są patrole policji ale i bez tego jest tu po prostu bardzo spokojnie. Tak swoją drogą, to mój dopiero trzeci dzień w Kolumbii i już tyle się wydarzyło, chociażby w kwestii mojej percepcji otoczenia...



Pozwalam sobie jeszcze nieco poszwędać. Odwiedzam park imienia Antonio Ricaurte. To bohater wojenny i kompan Bolivara, który zasłynął z tego, że zwabił Hiszpanów do zbrojowni, której bronił podczas jednej z bitew, a następnie wysadził i siebie i ich w powietrze. Cóż, czasy się zmieniają, dzisiaj taki wyczyn raczej nie dawałby szans na pomniki i parki nazywane swoim imieniem. Tak nawiasem mówiąc, Ricaurte ma też swoją ulicę w stolicy i taką samą nazwę ma jeden z przystanków Transmilenio, który charakteryzuje się bardzo długimi korytarzami (wiem jak są długie, bo musiałem po nich chodzić).

Czas płynie nieubłaganie, więc żegnam się z Plaza Mayor, zakładam plecak, odbieram porcję całusów i idę na autobus. Znowu do Tunja. Stamtąd sprawnie przesiadka do kolejnego i już jadę w kierunku San Gil. W miasteczku o nazwie Barbosa przesiadam się z bagażem do innego pojazdu i w taki sposób wkraczam do kolejnego departamentu Kolumbii – Santander.
Muszę się powtórzyć. Trudno. Za oknem widoki nieziemskie. Generalnie zjeżdzamy w dół (San Gil leży na wysokości „ledwie” 1100 metrów npm), ale droga kluczy raz tak, raz inaczej. Pod nami góry, doliny, pojedyńcze domostwa, rzeki, wodospady, kaskady i setki innych cudów natury. Piękny kraj ta Kolumbia, gdybym mógł, wysiadłbym i patrzyłbym się na to wszystko dookoła całymi godzinami. A najlepsze jest to, że za każdym zakrętem drogi czai się kolejna porcja widoków.
Jako że sporo czasu spędzam w autobusach, obserwuję kierowców. Jak wszędzie w „gorszym” świecie stanowią oni oddzielną kastę. Myliłby się ten kto myśli, że kierowca jest od prowadzenia pojazdu. To ktoś dużo ważniejszy. Każdy kurs to przecież okazja do zarobku, więc jest kimś na wzór kierownika projektu. Cel – wypchać zawartość pasażerami. Często lepiej poczekać nawet i kwadrans byleby znalazła się jeszcze jedna osoba do przewiezienia. Kierowca to także kurier, który szybko dostarczy przesyłkę z punktu A do B. A jeżeli nie on osobiście, to na pewno przekażę komuś kto akurat tam jedzie. Telefon kierowcy dzwoni co chwila. Toczą się ważne rozmowy. Przynajmniej brzmią na ważne, gdy nie zna się języka. Być może, tak naprawdę, to dzwoni żona, przypominając, że trzeba koniecznie kupić ryż i mleko na kolację. W końcu – kierowca autobusu zna każdego. Co chwila podnosi rękę w geście pozdrowienia. Zna i kompana z mijanego autokaru, jak i każdego obszczymurka stojącego z piwem w mijanych wioskach. Nie zdziwiłbym się więc gdyby latynoskie dzieci pytane kim chcą być, odpowiadałyby bez zastanowienia – kierowcą autobusu!
Mijamy kolejno Oiba, Soccorro (cóż za piękna, tłusta nazwa) i meldujemy się w San Gil. Miało być 4,5 godziny i tyle wyszło, ale gdyby nie zbędne przerwy, dałoby radę szybciej. Szybciej? Ale po co – zapyta latynos.
Hostel ciekawy. Coś mam szczęście do „ciekawych” noclegów. Wolałbym spokojne, ale jak się nie ma co się lubi... San Gil to kolumbijskie centrum sportów ekstremalnych. Rafting, wspinaczka, kajaki, paralotnie, bungee– powiedz co chcesz, a na pewno Ci to zorganizują. Nie dziwi więc, że goście przybytku to mężczyźni postawni, wysportowani, atletycznie zbudowani i brązowi od słońca. W tym otoczeniu wyglądam zdecydowanie nie na miejscu...
Koniec żartów. Miasto liczy sobie ponad 50 tysięcy mieszkańców i mówi się o nim, że ładne to nie jest, ale dzieje się tu dużo. Co do drugiego – pełna zgoda, turystów tu na ulicach sporo i jest co robić. Co do pierwszego, debiutancki spacer sprawił, że nie jestem do końca pewien czy mogę się pod tym podpisać. San Gil ma w sobie z pewnością coś wyjątkowego. Miasto jest położone na wzniesieniu i chyba nigdy w życiu nie widziałem takich stromizm na własne oczy. Oprócz tego, że jest to atrakcyjne wizualnie, nie ma chyba innych zalet. Współczucie dla ludzi, którzy muszą codziennie pokonywać tą trasę w górę i w dół.



Centrum miasta to Park Wolności. Panuje na nim sympatyczna atmosfera. Jest nieco obwoźnych handlarzy, ludzie odpoczywają na ławkach, drzewa dają przyjemny cień a szum fontanny uspokaja. Można tam usiąść i leniwie patrzeć się na wolny rytm miasta dookoła. Obok dumnie pręży się potężna Katedra Santa Cruz.


W jedną i drugą stronę rozpościera się miasto ściśle zabudowane niskimi i skromnymi kamienicami. Może po Villa de Lleyva nie chwyta to za serce, ale jest i tak przyjemnie. Do tego stopnia, że San Gil ma opinię miejsca, w którym spędza się więcej czasu niż się chciało pierwotnie. Mnie to nie czeka, ale nie dziwię się, że inni dają się uwieść.
