czwartek, 31 marca 2011

31.03, El Carmino Real

Ten dzień miałem spożytkować na wizytę w Parku Chicamocha. Znajduje się on w połowie drogi pomiędzy San Gil a Bucaramangą i łatwo tam dotrzeć każdym autobusem jadącym do stolicy regionu. Główną atrakcją jest sam kanion Chicamocha i widok na owe dzieło natury, ale park obrósł innymi rozrywkami dla mas: jest kilka restauracji, sklepów z pamiątkami, jest górska kolejka, jak i coś dla miłośników sportów ekstremalnych. Poczytałem, pooglądałem i doszedłem do wniosku, że to jednak straszny Disneyland, podczas gdy ja coraz bardziej lubuję się tutaj w samotności i autentyźmie (nawet jeżeli jest to autentyzm szyty na moją miarę zwykłego, szarego turysty). W takim układzie postanowiłem wrócić do Barichary i „zmierzyć się” z tym co mnie wczoraj przerosło, czyli drogą do Guane. Tak naprawdę, nie przerosło, jeno czasu nie starczyło, ale czyż nie brzmi to bardziej dramatycznie i zachęcająco, gdy piszę się to w inny sposób?

Barichara wita mnie ponownie poranną kakofonią dźwięków. Nie wiem co je wydawało, najpewniej jakieś insekty ukryte w tamtejszych drzewach. Ale hałas był znowu ogłuszający. Powtarzalny, mechaniczny, świdrujący wnętrzności gdy stanie się za blisko ich źródła.

Delektuję się chwilę i wędruję na szczyt wzgórza, gdzie czeka mnie początek szlaku.



Dla przypomnienia. El Carmino Real łączy Baricharę z Guane i liczy sobie około 6 km (co źródło to inna wartość). Szlak został zbudowany jeszcze przez tutejszych Indian setki lat temu. Przez lata oczywiście remontowano go i utrzymywano w stanie używalności. Od pewnego czasu jest to obiekt o statusie dobra narodowego. Samo Guane zaś to malutka wioska licząca sobie nieco ponad tysiąc dusz, ukryta przed światem, chociaż z nim dobrze połączona – szlak jest raczej dla turystów, lokalni mieszkańcy z pewnością wolą używać asfaltowej drogi, dzięki której w góra kwadrans jest się „u wrót cywilizacji”.

W plecaku mam zestaw obowiązkowy – wodę, dużo wody, no i kolumbijskie Oreo, gdybym po drodze zrobił się głodny. Plan był prosty. Dotrzeć do Guane możliwie szybko, by zdążyć na autobus, który o 12:00 wraca stamtąd do Barichary.

Trasa generalnie wiedzie w dół, ale zdarzały się i podejścia. Niby trudno nie jest, nie ma co robić z siebie bohatera, ale chodzenie po kamieniach (a nimi wyłożona jest praktycznie cała trasa) łatwie nie jest. Po dziesięciu minutach nogi zaczynają boleć, po pół godziny każdy kolejny krok jest rozważany tak, by minimalizować dozę cierpienia. Do tego dochodzi coś jeszcze.




Jestem tu zupełnie sam. Dookoła ani żywej duszy, chyba że za takie uważać pasące się tu i tam krowy. Czasami mimowolnie oglądałem się za siebie, ale nie było tam nikogo. Przez całą trasę spotkałem dwie osoby idące w odwrotnym niż ja kierunku. Na samym początku lokalnego mężczyznę z odsłoniętym brzuchem. W połowie drogi starszą kobiecinę, która odpoczywała w cieniu drzewa. Poza tym, kika wzmiankowanych krów oraz trzy kozy, na widok których stanąłem zresztą dębą ze zdziwienia i przerażenia. W zaroślach myszkowały i inne stworzenia, w tym z pewnością jaszczurki.




Ale miałem to co chciałem – absolutną samotność i ciszę. Trasa obudowana jest murkami z kamieni, a za nimi rozciągają się piękne widoki. Góry, pola, doliny, roślinność aż pulsującą zielenią. Tu i tam rzeczka albo wzniesienie które trzeba pokonać.

Trasa zajęła mi nieco ponad godzinę. Spociłem się niemiłosiernie. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale był to ten rodzaj przepocenia, który nie ustępuję dopóki człowiek nie wykąpię się i nie usiądzie w chłodzie wiatraka. Wydawałem z siebie gamę zapachów zawstydzających nawet mój nos. Dzień był gorący, słońce paliło, a i tempo narzuciłem sobie dosyć szybkie, żeby zdążyć na wspominany wyżej autobus powrotny. Można przejść trasę z powrotem, ale wtedy wiodłaby ona głównie pod górę i moja wyobraźnia znowu zaczęła przywoływać sępy krążące nad moim spoconym truchłem.





Niby wiedziałem, że Guane musi się zbliżać, ale miasteczka nie widać było nawet z punktów które górowały nad okolicą. W końcu są zabudowania. Jest cywilizacja!

Białe ściany i pusto na kilku uliczkach, z których owa „cywlizacja” się składa. Tu i tam widać jakiegoś lokalnego mężczyznę siedzącego na chodniku albo idącego w bliżej nieokreślonym kierunku. Panuje tu nuda tak absolutna, że czuję na sobie oczy mieszkańców i ich ciekawość. W Guane naprawdę nie dzieje się nic.





Nie żeby była to wada, wręcz odwrotnie. Z przyjemnością chłonę ten klimat przez ponad godzinę. Znowu przypominają mi się sceny filmowe. Gdyby nie kilka samochodów można by uwierzyć, że to Agua Caliente z jednego ze spaghetti westernów Sergio Leone.



Na malutkim rynku widać kilku turystów – w samo południe w komplecie opuszczamy Guane i jego mieszkańców, zostawiając ich znowu samym sobie.



W Baricharze trafiam do miłej restauracji. Szkoda, że wczoraj do niej nie zawitałem, bo jedzenie było dobre, a ceny bardzo atrakcyjne. Kolumbia jest rajem dla mięsożerców. Na moim talerzu pojawia się kolejna porcja bodajże wołowiny. Ciekawe jest to, że każdy obiad składa się przede wszystkim z porcji mięsa. Dodatków takich jak juka czy zielenina podaje się ilości symboliczne, które raczej nie służą do jedzenia, a bardziej do ozdoby talerza... Żegnam się powoli z tym jakże pięknym miejscem. No cóż, może jeszcze kiedyś się spotkamy...



Już w San Gil pozwalam sobie na iście latynoską sjestę i wychodzę dopiero wieczorem. Po raz pierwszy – pada lekki deszczyk. Chciałem wyjąc nieco pieniędzy z bankomatu i z tej okazji najadłem się dużo nerwów. Jeszcze w Baricharze bankomat na widok mojej polskiej karty wydał się z siebie jęk, wypluwając informację o bliżej nieokreślonym błędzie. Wieczorem nie było lepiej. Pierwsze podejście – bankomat nie reagował na żadną kartę. Drugie – wyskakiwała informacja, że operacja jest niemożliwa. W myślach już zacząłem się zastanawiać ile jeszcze mi zostało dolarów wziętych z Polski, czy to starczy na ponad tydzień i czy można przeżyć ten czas jedząc tylko najtańsze ciastka z supermercado. Na szczęście, za trzecim podejściem udało się wypłacić pieniądze. Z tej radości poszedłem jeszcze na kolację do tego samego lokalu co zawsze. Może i jest drogo, ale naprawdę coś nie widzę sensownej alternatywy w tym mieście. Na kolację, nie inaczej, solidna porcja dobrze wysmażonego steku. Nie jest to kulinaria maestria, ale czuć, że to inne mięso od tego znanego nam ze skodyfikowanej Europy. Zrobione ze zwierząt, które wiodły może i krótkie, ale szczęśliwe życie gdzieś na łąkach Kolumbii.