środa, 30 marca 2011

30.03, Wszystkie kolory Barichary

Coś nie mam szczęścia do kolumbijskich hoteli. „El Dorado” w San Gil to miejsce na wiele sposobów potwierdzające moją złą rękę w doborze noclegów. Moja cela, bo pokojem tego jednak nie nazwę, nie ma okien, a za jedyną wentylację służy głośny wiatrak. Dookoła roznosi się dziwny zapach, niekoniecznie smród, ale coś nie do końca określonego o silnym chemicznym posmaku. Za drzwiami do późnych godzin rannych toczyły się zażarte rozgrywki karciane, przerywane kaskadami śmiechu. Niby wakacje nie są od odpoczywania (przynajmniej wedle mojej teorii), ale mam wrażenie, że można było trafić lepiej. No cóż, następnym razem dopłacę te kilka dolarów więcej żeby mieć święty spokój. Tyle narzekań.

W godzinach porannych San Gil już buzowało życiem. Gdybym liczył, że o ósmej rano ujrzę miasto jeszcze śpiące – zawiódłbym się srodze. Wąskie uliczki zapchane były samochodami i busikami, chodniki pełne były przechodniów, w sklepach panował pełny rozgardiasz jak w godzinach szczytu. W tym wszystkim chwilę naszukałem się lokalnego dworca autobusowego (miasto ma ich łącznie trzy). Nie chcę kwękać, ale Lonely Planet błędnie podaje jego lokalizację – gdybyście szukali, to jedna przecznica bliżej w kierunku rzeki. Nie dałem się jednak zmylić i jeszcze przed 10-tą rano zameldowałem się w kolejnej kolonialniej perle architektury jaką jest Barichara.

O ile Villa de Leyva to miasto koloru białego, w Baricharze dominuje kolor czerwony, czy raczej rdzawy. Takie są właśnie brukowane uliczki, takie są piękne dachówki zdobiące dach niemal każdego domu. Taka jest w końcu tutejsza gleba. Mury są bielone, ale większość z nich posiada na dole kolorowy pas – czerwony, niebieski, zielony i inne. Dodajmy do tego błękitne niebo i mamy już pełną gamę barw, którą cieszy oczy Barichara.






Miasteczko jest niewiele większe od Villa de Leyva, ale czuć tu inny klimat. I dosłownie i w przenośni. Jest gorąco. Słońce praży niemiłosiernie, na szczęście nie brakuje cienia w którym można się schronić. Do tego, Barichara wydaje się być bardziej „miejska”, jeżeli tak można w ogóle pisać o osadzie liczącej góra dziesięć tysięcy osób. Turystów tu więcej niż gdziekolwiek do tej pory (i to nie latynoskich), ale miasto wydaje się być nimi nie do końca zainteresowane. Knajp niby nie brakuje, ale żeby znaleźć coś otwartego trzeba się nieco naszukać. Sklepy z pamiątkami są dwa, może trzy. Hoteli niewiele, dużo jest za to posad, kolumbijskich karawanserajów. Za drzwiami domostw widać miłe podwórka, gdzieniegdzie chłodzone przez małe fontanny a nawet baseny. Pięknie, ale drogo – budżetowi turyści nocują w San Gil, bo w Baricharze nie ma nic na ich kieszeń.



Centralnym punktem miasta jest znowu, a jakże park i dominująca w zabudowie Katedra Niepokolanego Poczęcia NMP (Catedra de la Inmaculada Concepcion). Ale największa atrakcja to miasto w całości i jego architektura: piękne małe domostwa, balkoniki, bramy wjazdowe, drewniane okna. Jest tu pięknie. Tutaj również od czasu do czasu przyjeżdża ekipa filmowa kręcić ujęcia w tym naturalnym plenerze. Żeby to wszystko docenić trzeba pospacerować, zajrzeć za jedną przecznicę, drugą i trzecią, a jak ma się odwagę zerknąć co się dzieje na podwórzach.




Barichara leży na wzgórzu (nic nowego, chciałoby się dopisać). Warto wdrapać się na szczyt z kilku powodów. Po pierwsze, widok na miasto z góry warty jest trudu (bo w prażącym słońcu można się i tym zmęczyć). Ale to co ważniejsze znajduje się za naszymi plecami. Zapierający dech w piersiach majestatyczny widok na pobliskie góry i doliny.





Niektóre szczyty giną w podstawie chmur, nad zielonymi łąkami latają bliżej nieokreślone ptaki. Czasem z dołu daje się słyszeć odgłosy krów, psów albo przejeżdżającego samochodu. Jest kilka punktów, z których ma się doskonały widok. Są tu i ławeczki, i piękny mały park, a także dwupoziomowy taras (na którym w godzinach południowych ucinał sobie sjestę na hamaku jeden z mieszkańców). Można tam po prostu usiąść i patrzeć się na to wszystko przed nami. I można to robić naprawdę długo, wierzcie mi.







W tym samym miejscu znajduje się początek trasy wiodącej do pobliskiej wioski, Guane. El Carmino Real, bo tak się nazywa, liczy sobie 6 km i jest to szlak wytyczony i zbudowany przez tutejszych Indian wiele lat temu. Podobno warto, ale ja daję sobie z tym spokój. Dojść może nie byłoby trudno, ale wrócić (pod górę) już tak. Można teoretycznie dojechać tam autobusem, ale połączeń jest łącznie ledwie kilka w ciągu całego dnia. Oczami wyobraźni już siebie widziałem nieprzytomnego i odwodnioniego gdzieś w połowie drogi w towarzystwie sępów czekających na zaproszenie do uczty.

Postanowiłem zjeść obiad w Baricharze, bo San Gil pod tym względem mnie dzień wcześniej rozczarowało. Jako że dostałem zaproszenie do nowo powstałej włoskiej restauracji (sic!), postanowiłem skorzystać. Nic innego nie było jeszcze otwarte, bo dodajmy, że było ledwie południe, a ja byłem bez śniadania. Posiłek smaczny, właściciel miły, widać że się stara i liczy na rozkręcenie biznesu. Z tego co mi powiedział lokal istnieje dopiero od tygodnia, a on sam przyjechał z Rzymu szukać szczęścia w Kolumbii. No to powodzenia...

Jak wszystkie małe miasta i to po jakimś czasie zaczyna się troszkę nudzić. Do tego zrobiło się już naprawdę nieznośnie gorąco, więc popołudniem wsiadam do busa i wracam do San Gil. Jeżeli miałbym porównać – nieco bardziej podobało mi się jednak Villa de Leyva i jego urok rodem z filmów płaszcza i szpady. Barichara jest też przepiękna, ale w nieco inny sposób.



W hotelu zerkam na lustro i nie mogę się nadziwić – wyglądam jak poparzony. Z góry głowy zeszła mi skóra, tworząc białe place, podczas gdy reszta jest brązowa. Wyglądam komicznie i postanawiam nieco posiedzieć w celi żeby odpocząć, nabrać energii i dać twarzy szansę na jakąś poprawę. Potem wychodzę znowu poszwędać się po mieście. Niewiele jest tu jednak do roboty wieczorem. Można by oczywiście spędzić upojny wieczór w jakimś barze, ale jak przystało na nudziarza, unikam takich rozrywek. Próbowałem znaleźć kapelusz, ale niestety, nie było mi dane. Lokalne czapki z daszkiem zaś są skrojone na małe latynoskie główki, więc wychodzi na to, że będę musiał wytrzymać jakoś palące słońce. Na koniec, chyba dla potwierdzenia jaką to niereformowalną jednostką jestem, wracam do restauracji w której byłem wczoraj. Pijąc piwo i jedząc spagetti (la dolce vita na całego) zerkam na życie toczące się na głównym placu. Jest to okazja, by wspomnieć co nieco o samych Kolumbijczykach.

Jest ich około 46 milionów i powiedzieć, że są rasowo wymieszani, to tak jakby nie powiedzieć nic. Od różnorodności może rozboleć głowa. Pierwszego dnia, jadąc autobusem w Bogocie, zdałem sobie sprawę, że nie tylko jestem jedynym „białym” dookoła, ale dodatkowo, że moimi towarzyszami są niemal wyłącznie ludzie z domieszką krwi indiańskiej. Dużo tu metysów, w różnym stopniu nasilenia cech to jednej to drugiej rasy. W stolicy nie brakuje także murzynów oraz mulatów – z kolei na prowincji nie ma ich wcale. Idąc dalej, w Villa de Leyva czy w bogotańskiej La Candelaria dużo więcej było „białych” potomków dawnych kolonizatorów. Metysaż w Kolumbii jest imponujący. Dominacja to tego czy innego koloru skóry zmienia się w zależności od regionu. Ale nawet „najbialsi z białych” mogą nosić w sobie cząstkę indiańskiej krwi, bo nie uwierzę, że przez lata życia w takim otoczeniu, uchowali się tacy którzy by jej nie posiadali. Kolumbia to niesamowity kraj, coraz częściej to sobie mimowolnie powtarzam...