sobota, 26 marca 2011

26.03, Kolumbio nadchodzę!

Oj, nie chciało mi się wyjeżdżać, nie chciało. Może to starość (30 lat już mam przecież!), a może wrodzone lenistwo. A już na pewno nie bez znaczenia był fakt, że lecę sam, bez Ani. Co prawda, od zawsze byłem miłośnikiem samotnych wojaży jako sprawdzianu dla siebie, ale owe mizantropijne podejście zaczęło mijać jakiś czas temu. Z Anią jest weselej i ciekawej. Trudno – trzeba się było pożegnać i ruszyć w nieznane jeszcze raz samotnie.

Kiedyś tylko raz miałem okazję lecieć Luftwaffe, więc można uznać, że był to debiut na pokładzie ulubionych linii lotniczych Jana Marii Rokity. Zawsze też omijałem Frankfurt, co może wydawać się dziwne, albowiem to chyba nadal największe lotnisko w Europie, a na pewno jest w czołówce tuż obok Heathrow. Jakoś się nigdy nie składało.

Lotnisko jak lotnisko, można powiedzieć. Ponoć wszędzie wyglądają tak samo, jak mawiają niektórzy. Ja się z tym nie do końca zgadzam, ale może za mało widziałem (albo za dużo). Lotnisko to zawsze powiew przygody i dalekich światów będących na wyciągnięcie ręki. To zawsze okazja, by w jednym miejscu zobaczyć ortodoksyjnych Żydów, Sikhów, Pakistańczyków, Skandynawów, Słowian, Teutonów, Latynosów i reprezentantów innych nacji, stojących obok siebie grzecznie i w miłej atmosferze. Przez chwilę można nawet pomyśleć – skoro potrafią tutaj egzystować w zgodzie, to może jeszcze jest nadzieja na pokój na świecie?

Za oknami mam okazję podziwiać istną ferię egzotycznych samolotów i linii lotniczych. Budzi się we mnie znowu zwierz podróżniczy. Widzę Singapore Airlines, US Airways a nawet Iran Air ze swoją „nieśmiertelną” flotą Airbusów A300 pamiętających lata 80-te. Jak nie kochać tego uczucia. Wystarczy wsiąść na pokład, by po chwili znaleźć się w innym, obcym miejscu, daleko stąd.




Lot Frankfurt – Bogota to istna mordęga. Prawie 12 godzin w samolocie to za dużo jak na moją tolerancję. Czas się dłuży niemiłosiernie, system rozrywkowy nudzi, nie byłem w stanie obejrzeć żadnego filmu do końca. Bezczynność zadawała mi wręcz fizyczny ból. Na szczęście w tym całym nieszczęściu, można było pochodzić po wnętrzu, bo przez całą drogę nie trzęsło ani przez chwilę. Jako że lecę Airbusem A340, można „zakosztować” oryginalnego rozwiązania jakim są schody do dolnej części kadłuba. Znajduje się tam sześć toalet, a sam „spacer” jest idealną okazją do rozprostowania kości. No i nigdy nie ma kolejek. Ktoś to musiał dobrze obmyśleć.

Lądowanie na długo zapadnie mi w pamięci. Żadne obrazy nie byłyby w stanie oddać widoku zza oknem. Pod nami miasto, zatopione w wieczornym mroku. Zza strzępów czarnych chmur zawieszonych nisko, przebija morze świateł. Wszystko wygląda jak lawa spływająca z pobliskich szczytów, jasność pulsuje, ma różną intensywność i wydaje się jakby była żywym organizmem. Nie byłem w stanie oderwać oczu od tego przedziwnego spektaklu.

Tyle wzruszeń estetycznych. Kolejka do odprawy, kilka pytań, kolejny stempelek do paszportu. Witamy w Kolumbii, mówi do mnie strażnik, a ja odpowiadam mucho gracias, bo jak na razie z hiszpańskiego wiele więcej nie znam. Z lotniska taksówka do hotelu. Po drodze zerkam na miasto. Jestem absolutnie nieprzytomny, ale mimowolnie się uśmiecham. Wszystko jest tu nowe i inne od tego co znam. Chaos na ulicach niby podobny do azjatyckiego, ale kierowca to prawdziwy caballiero, który zaczepnie zerka na prowadzących inne pojazdy, gdy wyprzedza ich z ułańską fantazją. Przygrywa nam skoczna latynoska muzyka, przy której budzą się resztki mojej energii. Bogota wieczorem robi wrażenie mieszane. Z jednej strony, mijamy zakątki, których mrok zdaje się mówić „omijaj mnie z daleka”. Ale ludzi dookoła dużo. Młodzież, grupki wyrostków, kobiety, dzieci, a nawet ludzie z gitarami. Miasto żyje.

Bardzo łatwo poznać, kiedy wjeżdżamy do Zona Rosa. To dzielnica na północy, gdzie jest pełno klubów, restauracji, hoteli i sklepów. Centrum życia towarzyskiego jest bezpieczne tak w dzień, jak i w nocy. Taka „lepsza” część Bogoty. I rzeczywiście, mijamy pijanych turystów, którzy nie wyglądają jakby martwili się o swoje portfele wystające z tylnych kieszeni...

Jeszcze tylko nieco nerwów z hotelem (nikt nie odbierał moich nawoływań domofonem) i koniec dnia. Miły właściciel wylewnie przeprasza za zamieszanie, tłumacząc się, że urządzenie nie działa, czeka na naprawę, no ale jesteśmy w Ameryce Południowej. Co wszystko w sumie tłumaczy.

Nie ma nawet 22-giej, ale organizmu nie da się oszukać. Jestem zmęczony podwójnie. Po pierwsze, krótki sen poprzedniej nocy i długa i znojna podróż. Po drugie, w Polsce za chwilę zacznie świtać i oczy zamykają się same. A tak dodatkowo, pulsujące skronie mogą być oznaką choroby wysokościowej, bo Bogota, napiszmy to na koniec, leży na wysokości ponad 2,5 tysiąca metrów npm. Czyli – jestem wyżej niż najwyższy szczyt w Polsce...