Nie inaczej było tym razem. W ramach schematycznego życia po 35-tce, pojechaliśmy do Wrocławia. Moja żona zorganizowała tam spotkanie swojego koła gospodyń internetowych, a ja się tylko ucieszyłem z tego, że będę miał okazję zobaczyć Stolicę Dolnego Śląska ponownie, ale tym razem, w ciepłych i jasnych barwach. Szczególnie, że po poprzedniej wizycie miałem spory niedosyt, a owe jesienne obcowanie z wrocławskimi zaułkami zadziałało jak dobra przystawka - jedynie podsycając wilczy apetyt na coś więcej.

***
“Spacerujemy, podziwiamy, zazdrościmy”. Tak można, by określić ten pobyt z naszej perspektywy. Zazdrościmy, bo Wrocław ma sporo do zaoferowania. Na ten przykład - ludzką skalę. Z perspektywy chodnika nie czuć wcale, że to miasto, w którym mieszka ponad sześćset tysięcy mieszkańców (a kolejne dziesiątki tysięcy codziennie doń dojeżdżają). Śródmieście zachęca do spacerów, wszędzie w jego obrębie można dojść piechotą i nie oznacza to wcale marszu wzdłuż zatłoczonych ulic, bo terenów zielonych tam nie brakuje. Naszym ulubionym miejscem tego typu został chyba Park Staromiejski, położony z tyłu Domu Handlowego Renoma. Można tam było odpocząć w cieniu, a dzieciom dać możliwość przejechania się na prawdziwej, klasycznej karuzeli. Takie małe radości i niespodzianki to my lubimy szczególnie.

Do tego, Wrocław posiada architekturę, zabytki, ale i współcześnie ma wyczuwalny pomysł na siebie. A i pewnie jeszcze sprawny i myślący zespół ludzi dbających o przestrzeń publiczną. Która wygląda sensownie, przynajmniej w porównaniu do Warszawy, gdzie sensownie nie wygląda. Władze też robią wiele, by dyskretnie przypominać o swoich sukcesach. Na mieście spotkać można wiele “wystaw” dokumentujących aktualne wydarzenia. Na przykład zakończone niedawno “World Games”, czyli igrzyska olimpijskie dla sportów nieolimpijskich, które to Wrocław organizował. W programie były co prawda same niszowe dyscypliny takie jak sumo, wspinaczka czy kulturystyka, ale impreza przyciągnęła pewnie trochę turystów i pomogła dodatkowo spopularyzować miasto poza granicami kraju. Inną “wystawą” była ta poświęcona wygranej wojnie z … komarami. Których we Wrocławiu faktycznie nie było. Prezydent Dutkiewicz wie jak się gra w PR!


(Pisałem to już wcześniej, ale ta wizyta utwierdziła mnie w przekonaniu, że mógłbym tu nawet ewentualnie kiedyś, gdyby trzeba było i nie byłoby wyjścia, zamieszkać. A to sporej rangi komplement)
***
Przez te kilka dni dużo chodziliśmy i generalnie, odpoczywaliśmy z dziećmi. To znaczy, odpoczywaliśmy, ale wcale nie odpoczęliśmy, bo nasza “dwójka bez sternika” mocno nas wymęczyła. Poranne wstawanie, obiadowe marudzenie, przedpołudniowe marudzenie, popołudniowe marudzenie, wieczorne marudzenie. Można było zwariować. Staraliśmy się zapewnić im odpowiednią dozę rozrywek, o co jednak nie zawsze było łatwo. Najwięcej frajdy było chyba ze znajdowania wrocławskich krasnoludków. Jak to się nudziło, niedaleko nas, na jednej z wysp, znajdował się na szczęście plac zabaw. Nawet fajny. Ale ile można się bawić na placu zabaw? Mieliśmy w planie pójść do ZOO. Jesienią bawiliśmy się tam dobrze. Ale gdy zobaczyłem kolejkę do kas, to zwątpiłem, bo ludzki wężyk ciągnął się chyba w nieskończoność. No tak, przecież mamy środek lata, do tego weekend. To by była godzina czekania, a potem “spacer” w tłumie wewnątrz. Zamiast tego więc, poszliśmy do Hali Stulecia na lody. Dziecięce serca udało się na szczęście przebłagać porcją czekoladowych.

***
Zdarzyło się też kilka razy, że mogłem na spacer wyjść samotnie. Krążyłem wtedy po wrocławskich zaułkach i jak mam w zwyczaju, dumałem, próbując wymyślić coś mądrego. Wpadłem jedynie na to, że Wrocław to “miasto detali”. Jest ich tu bowiem istne multum, w każdej skali. Od “detali” w postaci zaskakujących budynków. Takich jak np. nieco zapuszczony Młyn Maria, który zresztą jest jedynym w całym mieście, który stoi na dwóch wyspach.

Poprzez zaskakujące landszafty, których Wrocław, miasto żyjące w porozumieniu z wodą, oferuje naprawdę wiele. Moim “ulubionym” była jedna z wysp, która w weekendowy wieczór zamieniała się w jedną wielką pijalnie piwa pod chmurką. Nie pamiętam kiedy ostatnio piłem piwo w ten sposób (ale pamiętam, że skończyło się to mandatem). Kończąc na drobnych elementach, które można wypatrzeć na elewacjach tutejszych zabytków. Wrocław to było w końcu miasto stosunkowo zamożne, a więc wszelakie fronty, drzwi czy bramy wjazdowe zdobne były w różne motywy, które po latach, nadal cieszą te oczy, które je dostrzegą.

Dzięki temu bogactwu, wydaje mi się, że można do Wrocławia wracać regularnie i ciągle natrafiać na jakieś wcześniej nie dostrzeżone ciekawostki. To zaś sugeruje mi, że opuszczając Wrocław, powiedziałem mu nie “żegnaj”, lecz “do zobaczenia”.
