24/07:
Jedziemy do kolejnego prywatnego ZOO. Mniejsza o nazwę. Na miejscu raczej rozczarowanie, chociaż dzieciom się podobało. A to jest najważniejsze. Obcowanie ze znajomymi uświadomiło mi, że jak się jest rodzicem, to wakacje powinny polegać na tym, by jeździć wszędzie tam, gdzie milusińscy coś dla siebie. I nie szkodzi, że z perspektywy dorosłego, to będzie tandeta. Skoro się podoba i wywołuje uśmiech, to znaczy, że jest to ostatecznie dobre miejsce. No więc uznajmy, że to ZOO było jednak dobre.

Obiad jemy w Sierakowicach. W kolejnej, pseudo-ludowej knajpie, która miała problem z klimatyzacją, a na dania czekało się tak długo, że moment, w którym kelnerka zaczęła je nam podawać, był dla nas zaskoczeniem. Że jednak o nas nikt tam w kuchni nie zapomniał.

Wieczorem wino. I praca - litościwie o niej nie wspominam, aczkolwiek, jej cień kładł się na tym wyjeździe począwszy od Rancza i w Czarnym Kosie, nic się nie zmieniło.
25/07:
Rano jezioro. A na obiad jedziemy do Kartuz. Knajpa zła nie była, ale koleżanka Tocholska złapała tam niezłego wkurwa. Potem poszwędaliśmy się po mieście, ale tak “po łebkach”, nie w moim stylu. Miałem wrażenie, że tylko ja chcę zobaczyć słynny zabytek, czyli Kolegiatę. No to zobaczyliśmy, przez jakąś minutę. Też zresztą nie miałem wielkiej ochoty na większą jej eksplorację, bo Kartuzy były strasznie głośne, głównie przez drogę, która przecina je w pół. Masakra. I moje współczucie dla mieszkańców.

Znaleźliśmy nieopodal rynku fajną kawiarnię. Zlokalizowaną na ostatnim piętrze budynku, z własnym tarasem, a na nim, z placem zabaw. Wypiliśmy kawę, dzieci zjadły lody i wróciliśmy do siebie, by oddać się wysokiej kulturze - oglądaniu “Projektu Lady” i piciu wina.

26/07:
Ranek był zjebany. Nie że zepsuty, zły, tylko właśnie zjebany. Siedziałem “w pracy” dosłownie do świtu, po pobudce dzieciaków byłem nieprzytomny, a do tego, musiałem jeszcze kilka rzeczy wysłać. W efekcie, wszyscy byli wściekli, a Gaba to już w ogóle była w fatalnym nastroju. Więc zapakowałem ją do samochodu i samotnie pojechaliśmy do Kartuz. Najpierw odebrać zgubę we wczorajszej restauracji, a potem przejść się po mieście.

W spokoju oglądam Kolegiatę. To kościół klasztorny, który ma niezwykły dach, kształtem przypominający wieko trumny. Budynek prezentuje się masywnie i zwaliście, zaskoczeniem było dla mnie jednak jego wnętrze. Zaskakująco małe jak na gabaryty.

Postanawiam także przyjrzeć się bliżej “śródmieściu” Kartuz. Gdyby nie hałas i spaliny z tej nieszczęsnej drogi, mógłbym nawet stwierdzić, że nie jest to brzydkie miasto. Zachowało się w nim trochę kamienic i starszej zabudowy. Rynek jest akurat nieszczęśliwie nijaki i parterowy, ale kawałek dalej, w dobrej pogodzie, ujrzałem kilka zaułków o pewnej urodzie.



Zjedliśmy obiad. Ogromne w Kartuzach dają porcje - tak ogromne, że zapytałem kelnerki czy nie pomyliła zamówień, przynosząc Gabie “dorosłe” drugie danie, podczas gdy zamawiałem dziecięce. Okazało się, że nie. Widać lokalne dzieci wciągają na obiad wielkiego kurczaka i dziesięć ziemniaków.
Po powrocie do domu kolejne wino. Beze mnie, bo ja musiałem pracować. Super!
27/07:
Idę spać o czwartej nad ranem. Uroczo się robi. Na szczęście, to był dzień, w którym nie wydarzyło się nic. Więc mój brak energii nie był problemem dla nikogo, poza mną. Największym wysiłkiem był spacer z Gabą po okolicach ośrodka. Dookoła niego było trochę zabudowy, w tym całkiem sporo nowych, dużych i reprezentacyjnych domów. Takich, w których się mieszka jak się jest prezesem np. dużej spółki giełdowej. To wtedy do mnie dotarło, że “Czarny Kos” wcale nie jest daleko cywilizacji, skoro armia trójmiejskich CEO zdecydowała się tu zamieszkać.
Wieczorem grill, no i wino. Cieszę się, bo mam wolną od pracy noc.
28/07:
Jedziemy do Parku Rozrywki w Szymbarku. To naczelna atrakcja regionu. A raczej, zestaw atrakcji. Dla mnie, straszna cepelia, ale tłumy dookoła nas, pokazały, że byliśmy w mniejszości. Zresztą, tacy z nas maruderzy i esteci, a przecież spędziliśmy tam kilka godzin i zostawiliśmy tam sporo pieniędzy. Więc “morda mówi co innego, a portfel co innego”.
Największy problem to pomieszanie z poplątaniem. Groch z kapustą. Alfa i Omega. Zarządcy Szymbarku nie mogli zdecydować się czym ma być to miejsce, więc upchali w nim wszystko. Jest więc tam np. najdłuższa deska świata (nie wolno się śmiać, bo obok Donalda Tuska to największe osiągnięcie całych Kaszub!). Obok niej, grill bar. Kawałek dalej, znaleźć można Dom Sybiraka, przeniesiony z Dalekiej Północy. Przechodzimy kilka kroków i widzimy bunkier Organizacji Gryf Pomorski. Albo - Dom Kanadyjskich Traperów, którzy w XIX wieku zamienili Kaszuby na Amerykę Północną i okolice Ontario. Dalej jest już poważniej, mamy kilka wystaw poświęconych okrucieństwie wojny, można sobie zrobić zdjęcie z radziecką lokomotywą, albo z wieżą wartowniczą z jakiegoś obozu pracy w ZSRS. Jak się znudzi martyrologia, to się skręca w bok, do ZOO, parku linowego, albo do parku bajek. Najdłuższe kolejki stoją zawsze do Przewróconego Domu, który jest niemalże symbolem regionu. W co drugim przewodniku symbolizuje on całe Kaszuby, co zresztą jest profanacją dla regionu, w którym jest tyle pięknych miejsc.




Ogólnie więc - burdel. Który rozumiem, bo dzięki temu, że każdy znajdzie coś dla siebie, biznes się kręci. I to pewnie nie byle jak, o czym świadczy i pełen parking i własny, pełny hotel na terenie Parku.
29/07:
Jedziemy do Kaszubskiego Parku Miniatur. Miejsce jest przaśne, ale znowuż - dzieciom się nawet podobało. Na niewielkim placu ustawiono repliki różnych, znanych budynków z całego świata. A gdzieś w tle małej Wieży Eiffla, suszyło się pranie sąsiadów. Taka specyfika miejsc takich jak to.


Potem jedziemy do … Muzeum Volkswagena. Ale nie do Wolfsburga, tylko do Pępowa, obok Gdańska i naszego ośrodka. Świetne to było miejsce. Warte odwiedzenia i warte tego, by pojechać tam jeszcze raz. Prowadzi je właściciel z pasją. Który od lat zbiera samochody niemieckiej marki. Nie liczyłem ile ich ma dokładnie, ale jego zbiory robią wrażenie. Samych “ogórków” jest tam kilka sztuk, wszystkie w świetnym stanie. Ich wartość, tak lekko licząc może oscylować wokół kwoty pół miliona złotych. Całość kolekcji? To już grube miliony. Chodziliśmy i oglądaliśmy je dłuższą chwilę. Wnętrza muzeum pachniałym “starymi autami”, zupełnie tak, jak pachnie też moja Skoda Favorit. Wspaniałe zwieńczenie wakacji.




30/07:
Następnego dnia wracaliśmy do domów. Udało nam się uniknąć korków na autostradzie, bo pojechaliśmy starą trasą. Po drodze, minęliśmy Zamek w Golubiu-Dobryniu i obiecałem sobie, że kiedyś tam wpadniemy na dłużej. A same wakacje? Cóż, pisząc wprost: zamordowane przez moją pracę. Były one dużo słabsze od poprzednich “edycji” naszych letnich Tour de Pologne. Przy czym, nie była to wina pogody, czy też planu podróży, ale tego, że na kilkanaście nocy, ponad połowę (!!!) zarwałem, ślęcząc nad komputerem do rana. Na czym cierpiałem ja i niestety, moja rodzina. Szkoda zmarnowanego potencjału, ale praca to praca i skoro trzeba było, nie miałem wyjścia i musiałem jej co nieco poświęcić. Licząc, że dobra karma do mnie kiedyś wróci.

































