sobota, 30 lipca 2016

24-30.07, Niesamowite Przygody Sadata na Kaszubach

Na Kaszubach nasze wakacje weszły w inną fazę. Rytm dnia wyznaczany był przez takie wydarzenia jak obowiązkowa wizyta nad jeziorem, wspólny obiad (z reguły - poza naszym ośrodkiem), a przede wszystkim - wycieczki tropem atrakcji dla dzieci. Wieczorem, po uśpieniu pociech, otwieraliśmy wino, czasem dwa. Nuda? Niekoniecznie. Mi się podobało, tym bardziej, że towarzystwo było sprawdzone, a nasza znajomość już dawno wyhartowana “w boju”. Po kilku dniach zwiedzania i zmieniania miejsc zamieszkania, taka odmiana była interesująca, aczkolwiek, gdybym w ten sposób miał spędzić całe wakacje, odczuwałbym jakiś brak. Np. brak gotyku.

24/07:

Jedziemy do kolejnego prywatnego ZOO. Mniejsza o nazwę. Na miejscu raczej rozczarowanie, chociaż dzieciom się podobało. A to jest najważniejsze. Obcowanie ze znajomymi uświadomiło mi, że jak się jest rodzicem, to wakacje powinny polegać na tym, by jeździć wszędzie tam, gdzie milusińscy coś dla siebie. I nie szkodzi, że z perspektywy dorosłego, to będzie tandeta. Skoro się podoba i wywołuje uśmiech, to znaczy, że jest to ostatecznie dobre miejsce. No więc uznajmy, że to ZOO było jednak dobre.

Obiad jemy w Sierakowicach. W kolejnej, pseudo-ludowej knajpie, która miała problem z klimatyzacją, a na dania czekało się tak długo, że moment, w którym kelnerka zaczęła je nam podawać, był dla nas zaskoczeniem. Że jednak o nas nikt tam w kuchni nie zapomniał.

Wieczorem wino. I praca - litościwie o niej nie wspominam, aczkolwiek, jej cień kładł się na tym wyjeździe począwszy od Rancza i w Czarnym Kosie, nic się nie zmieniło.

25/07:

Rano jezioro. A na obiad jedziemy do Kartuz. Knajpa zła nie była, ale koleżanka Tocholska złapała tam niezłego wkurwa. Potem poszwędaliśmy się po mieście, ale tak “po łebkach”, nie w moim stylu. Miałem wrażenie, że tylko ja chcę zobaczyć słynny zabytek, czyli Kolegiatę. No to zobaczyliśmy, przez jakąś minutę. Też zresztą nie miałem wielkiej ochoty na większą jej eksplorację, bo Kartuzy były strasznie głośne, głównie przez drogę, która przecina je w pół. Masakra. I moje współczucie dla mieszkańców.

Znaleźliśmy nieopodal rynku fajną kawiarnię. Zlokalizowaną na ostatnim piętrze budynku, z własnym tarasem, a na nim, z placem zabaw. Wypiliśmy kawę, dzieci zjadły lody i wróciliśmy do siebie, by oddać się wysokiej kulturze - oglądaniu “Projektu Lady” i piciu wina.


26/07:

Ranek był zjebany. Nie że zepsuty, zły, tylko właśnie zjebany. Siedziałem “w pracy” dosłownie do świtu, po pobudce dzieciaków byłem nieprzytomny, a do tego, musiałem jeszcze kilka rzeczy wysłać. W efekcie, wszyscy byli wściekli, a Gaba to już w ogóle była w fatalnym nastroju. Więc zapakowałem ją do samochodu i samotnie pojechaliśmy do Kartuz. Najpierw odebrać zgubę we wczorajszej restauracji, a potem przejść się po mieście.

W spokoju oglądam Kolegiatę. To kościół klasztorny, który ma niezwykły dach, kształtem przypominający wieko trumny. Budynek prezentuje się masywnie i zwaliście, zaskoczeniem było dla mnie jednak jego wnętrze. Zaskakująco małe jak na gabaryty.

Postanawiam także przyjrzeć się bliżej “śródmieściu” Kartuz. Gdyby nie hałas i spaliny z tej nieszczęsnej drogi, mógłbym nawet stwierdzić, że nie jest to brzydkie miasto. Zachowało się w nim trochę kamienic i starszej zabudowy. Rynek jest akurat nieszczęśliwie nijaki i parterowy, ale kawałek dalej, w dobrej pogodzie, ujrzałem kilka zaułków o pewnej urodzie.



Zjedliśmy obiad. Ogromne w Kartuzach dają porcje - tak ogromne, że zapytałem kelnerki czy nie pomyliła zamówień, przynosząc Gabie “dorosłe” drugie danie, podczas gdy zamawiałem dziecięce. Okazało się, że nie. Widać lokalne dzieci wciągają na obiad wielkiego kurczaka i dziesięć ziemniaków.

Po powrocie do domu kolejne wino. Beze mnie, bo ja musiałem pracować. Super!

27/07:

Idę spać o czwartej nad ranem. Uroczo się robi. Na szczęście, to był dzień, w którym nie wydarzyło się nic. Więc mój brak energii nie był problemem dla nikogo, poza mną. Największym wysiłkiem był spacer z Gabą po okolicach ośrodka. Dookoła niego było trochę zabudowy, w tym całkiem sporo nowych, dużych i reprezentacyjnych domów. Takich, w których się mieszka jak się jest prezesem np. dużej spółki giełdowej. To wtedy do mnie dotarło, że “Czarny Kos” wcale nie jest daleko cywilizacji, skoro armia trójmiejskich CEO zdecydowała się tu zamieszkać.

Wieczorem grill, no i wino. Cieszę się, bo mam wolną od pracy noc.

28/07:

Jedziemy do Parku Rozrywki w Szymbarku. To naczelna atrakcja regionu. A raczej, zestaw atrakcji. Dla mnie, straszna cepelia, ale tłumy dookoła nas, pokazały, że byliśmy w mniejszości. Zresztą, tacy z nas maruderzy i esteci, a przecież spędziliśmy tam kilka godzin i zostawiliśmy tam sporo pieniędzy. Więc “morda mówi co innego, a portfel co innego”.

Największy problem to pomieszanie z poplątaniem. Groch z kapustą. Alfa i Omega. Zarządcy Szymbarku nie mogli zdecydować się czym ma być to miejsce, więc upchali w nim wszystko. Jest więc tam np. najdłuższa deska świata (nie wolno się śmiać, bo obok Donalda Tuska to największe osiągnięcie całych Kaszub!). Obok niej, grill bar. Kawałek dalej, znaleźć można Dom Sybiraka, przeniesiony z Dalekiej Północy. Przechodzimy kilka kroków i widzimy bunkier Organizacji Gryf Pomorski. Albo - Dom Kanadyjskich Traperów, którzy w XIX wieku zamienili Kaszuby na Amerykę Północną i okolice Ontario. Dalej jest już poważniej, mamy kilka wystaw poświęconych okrucieństwie wojny, można sobie zrobić zdjęcie z radziecką lokomotywą, albo z wieżą wartowniczą z jakiegoś obozu pracy w ZSRS. Jak się znudzi martyrologia, to się skręca w bok, do ZOO, parku linowego, albo do parku bajek. Najdłuższe kolejki stoją zawsze do Przewróconego Domu, który jest niemalże symbolem regionu. W co drugim przewodniku symbolizuje on całe Kaszuby, co zresztą jest profanacją dla regionu, w którym jest tyle pięknych miejsc.




Ogólnie więc - burdel. Który rozumiem, bo dzięki temu, że każdy znajdzie coś dla siebie, biznes się kręci. I to pewnie nie byle jak, o czym świadczy i pełen parking i własny, pełny hotel na terenie Parku.

29/07:

Jedziemy do Kaszubskiego Parku Miniatur. Miejsce jest przaśne, ale znowuż - dzieciom się nawet podobało. Na niewielkim placu ustawiono repliki różnych, znanych budynków z całego świata. A gdzieś w tle małej Wieży Eiffla, suszyło się pranie sąsiadów. Taka specyfika miejsc takich jak to.


Potem jedziemy do … Muzeum Volkswagena. Ale nie do Wolfsburga, tylko do Pępowa, obok Gdańska i naszego ośrodka. Świetne to było miejsce. Warte odwiedzenia i warte tego, by pojechać tam jeszcze raz. Prowadzi je właściciel z pasją. Który od lat zbiera samochody niemieckiej marki. Nie liczyłem ile ich ma dokładnie, ale jego zbiory robią wrażenie. Samych “ogórków” jest tam kilka sztuk, wszystkie w świetnym stanie. Ich wartość, tak lekko licząc może oscylować wokół kwoty pół miliona złotych. Całość kolekcji? To już grube miliony. Chodziliśmy i oglądaliśmy je dłuższą chwilę. Wnętrza muzeum pachniałym “starymi autami”, zupełnie tak, jak pachnie też moja Skoda Favorit. Wspaniałe zwieńczenie wakacji.





30/07:

Następnego dnia wracaliśmy do domów. Udało nam się uniknąć korków na autostradzie, bo pojechaliśmy starą trasą. Po drodze, minęliśmy Zamek w Golubiu-Dobryniu i obiecałem sobie, że kiedyś tam wpadniemy na dłużej. A same wakacje? Cóż, pisząc wprost: zamordowane przez moją pracę. Były one dużo słabsze od poprzednich “edycji” naszych letnich Tour de Pologne. Przy czym, nie była to wina pogody, czy też planu podróży, ale tego, że na kilkanaście nocy, ponad połowę (!!!) zarwałem, ślęcząc nad komputerem do rana. Na czym cierpiałem ja i niestety, moja rodzina. Szkoda zmarnowanego potencjału, ale praca to praca i skoro trzeba było, nie miałem wyjścia i musiałem jej co nieco poświęcić. Licząc, że dobra karma do mnie kiedyś wróci.

sobota, 23 lipca 2016

23.07, Czarny Kos

Słupsk był tylko przystankiem na naszej drodze na Kaszuby. Tam czekał na nas pensjonat “Czarny Kos”, wykupiony na tydzień apartament i … moi dobrzy znajomi z liceum oraz jego okolic. Którzy, podobnie jak my, dorobili się dwójki dzieci. Dla mnie była spora dawka nowości. Raz, że nigdy nie byłem w tym rejonie kraju, dwa - ostatni raz spędziłem urlop w większej grupie w 2007 roku. Tak się akurat składa, że w podobnym składzie, oczywiście nie mówię tu o żonie, bo jej wtedy jeszcze nie znałem.

Trasa długa nie była. Można się więc było nią delektować, zamiast denerwować się pytaniami “ile jeszcze” dobiegającymi z tylnej kanapy. Wjazd na Kaszuby ciekawy: przyrodniczo i “etnograficznie”. Krajobrazy bywały zaskakująco piękne. Jechaliśmy drogami, którym zdarzało się wić serpentynami, mijaliśmy urocze jeziora, wdrapywaliśmy się i zjeżdżaliśmy z pagórków. Przy trasie pojawiały się dwujęzyczne tablice informacyjne, co w Polsce, kraju spłaszczonym kulturowo, jest zawsze pewnym zaskoczeniem i dowodem na to, że mimo wszystko, jakaś różnorodność się u nas zachowała. Szkoda jedynie, że mijane miasteczka były niestety nijakie, brzydkie i spaczone rodzimym podejściem do architektury oraz estetyki przestrzeni publicznej. Z perspektywy samochodu tak prezentowały się Sierakowice (“gmina co Biedronki nie chciała”, czyli ponoć jedyne miasteczko, gdzie nie ma supermarketów; i po liczbie małych sklepów, widać od razu jakie to przynosi konsekwencje dla lokalnej przedsiębiorczości). Jak również - Kartuzy, które były dodatkowo paskudnie zakorkowane.

Za to “Czarny Kos” okazał się fajny. To w sumie nie tyle hotel czy pensjonat, a “ośrodek wypoczynkowy”. Z własną restauracją, kortem tenisowym, boiskiem do kosza, basenem, placem zabaw, mini-parkiem, miejscem do grillowania etc. Całość znajdowała się trochę w lesie, a trochę na uboczu rozrzuconych zabudowań o letniskowym charakterze.

Niedaleko Kosa było Jezioro Głębokie. Kilkanaście minut spacerkiem. Jego brzegi były dzikie i tylko częściowo zagospodarowane. W tafli wody odbijał się okoliczny las. Gdzieś daleko, na cypelku, ktoś postawił starą przyczepę kempingową, model “Niewiadów” N-126. Ogólnie, idylla. Takich wakacji chciała Ania i na miejscu, poniekąd zrozumiałem dlaczego jej na tym tak zależało.

Jednak rzut oka na mapę pokazywał, że jesteśmy tak naprawdę, tuż obok cywilizacji. Na Stare Miasto w Gdańsku można było dojechać w trzydzieści minut. Można by było, gdyby nie to, że kawałek od “Czarnego Kosa”, w Żukowie zaczynał się trójmiejski korek, z gatunku tych najbardziej irytujących, czyli mających miejsce na zadupiu i nie dających się zupełnie wyminąć. Na całe szczęście, praktycznie przez cały pobyt, nie miałem tego świadomości. Oddychałem więc pełną piersią, czując się WOLNYM CZŁOWIEKIEM NA KOŃCU ŚWIATA.

piątek, 22 lipca 2016

22.07, Dywagacje o gejach i czarownicach

Mówisz “Słupsk”, myślisz… No właśnie, myślisz “pedał”. Słupsk to miasto zarządzane przez jedynego w Polsce prezydenta-geja. Który szybko stał się jedną z ikon miasta. Moja prywatna opinia o Robercie Biedroniu (gdyby to kogoś interesowało) jest pełna sprzeczności.

Z jednej strony, to polityk. W moim słowniku nie ma większej obelgi. Do tego, jest to reprezentant lewicy. W moim słowniku nie ma większej obelgi. Działacz organizacji zwalczających homofobię? Wiadomo. I tak dalej i tak dalej. Z drugiej jednak strony, Biedroń to trochę również człowiek spoza układów, bo tak wypada nazwać osobę związaną niegdyś z SLD (nawet nie wiem czy ta partia jeszcze istnieje). Działa trochę na własny rachunek. W swoim stylu. Bez zaplecza, więc frontem do społeczeństwa. A to kazał samemu sobie obniżyć pensje, a to zrezygnował z samochodu na rzecz roweru. Poobcinał uposażenia urzędnikom miejskim. Zamiast zamknąć się w gabinecie, wyszedł do ludzi. Biega w maratonach, kwestuje, rozmawia, wyjaśnia. Udziela nawet ślubów cywilnych. Trochę to wszystko trąci naiwnym populizmem, takim w stylu byłego prezydenta Urugwaju. José Mujica wyglądał jak lump, jeździł VW Garbusem, zalegalizował marihuanę i bratał się z pospólstwem. Wspaniały człowiek. Aczkolwiek, zupełnie nie z mojej bajki.

Wracając do naszego geja. Jestem ciekaw efektów jego rządów. Rozpoczął od budżetu obarczonego długiem w wysokości zdaje się, że 300 milionów złotych. Jeżeli za jakiś czas, Słupsk będzie się rozwijał i wyjdzie na prostą, to Pan Biedroń wjedzie na autostradę do prezydentury. Jak nie w 2020 roku, to pięć lat później. Że nie ma odpowiednich kompetencji? Bzdura. Chyba żaden prezydent, może poza Kaczyńskim, nie miał większych niż on może niebawem mieć. Zarządzanie średniej wielkości miastem to mocny wpis do politycznego CV, o którym zarówno poczciwy Maliniak, jak i Magister, już o Elektryku nie wspominając, mogli co najwyżej pomarzyć.

Jak widać, mimo różnic nas dzielących, doceniam tego całego Biedronia, szczególnie, że jego podejście wyznacza nowe standardy, co z kolei musi irytować innych polityków. Którzy są przecież przyzwyczajeni do stylu zarządzania “a’la Maharadża”, a o społeczeństwie przypominają sobie na kilka miesięcy przed wyborami. Więc ostatecznie, ten słupski pedał ma moją sympatię, umiarkowaną i pod kontrolą, ale jak na polityka, to i tak bardzo dużo.

I wiecie co? Spacerując po Słupsku pomyślałem sobie, że nic dziwnego, że to właśnie tutaj, ktoś taki został prezydentem. Miasto jest po prostu sympatyczne. Spokojne, przemyślane, dobre do życia. Nie wszędzie jest czysto, nie każdy budynek w śródmieściu jest wyremontowany, ale mimo to, klimat Słupska kipi pozytywną energią. Czułem ją będąc tu za pierwszym razem i po latach, poczułem ją znowu. Więc to nie może być przypadek.

***

Rano Ania tak nieszczęśliwie zjadła śliwkę, że złamała sobie zęba na pestce. Szczęśliwie, okazało się, że niedaleko jest dentysta, który może ją przyjąć. Poszła więc się leczyć, a ja wędrowałem po ulicach z dzieciakami. Potem usiedliśmy w kawiarnii, w której jako samotny ojciec, stałem się lokalną atrakcją przyciągającą wzrok niewiast. Gabriela ciągle coś gadała, Apolonia też dokazywała, a ja próbowałem okiełznać ten dziecięcy chaos. Który zwyczajowo wygląda mniej więcej tak:

Tego dnia łaziliśmy po mieście. Bez celu, bez pośpiechu, bez planu. Miałem pomysł, by wsiąść w samochód i ruszyć nad morze, ale umarł on zaatakowany przez żelazny rozsądek Ani. Która stwierdziła, że skoro przyjechaliśmy do Słupska, a nie np. do Ustki, to mamy tu zostać. Bo gdybyśmy chcieli jechać nad morze, to byśmy zatrzymali się w Ustce, a nie w Słupsku. No na taką mądrość to ja nie miałem kontr-pomysłu…


Jak już wspominałem, szczęśliwie zachowało się w Słupsku dużo z gotyku (jest on zresztą częścią trasy Europejskiego Gotyku Ceglanego). Z którego najciekawsza dla mnie była Baszta Czarownic. Ma ona przedziwny kształt, zupełnie jakby została w połowie przecięta. Niegdyś, była to część miejskich murów. Znajdowało się tam więzienie dla kobiet podejrzanych o czary. Dawny Słupsk ma tu zresztą bogatą historię, ostatnią czarownicę spalono w mieście w 1701 roku. Biedroń chciał ją zresztą upamiętnić i nadać imię Triny Papisten jednemu z rond. Dziwaczny to był pomysł, do tego, fatalna była jego argumentacja, w której Pan Prezydent wykazał się sporą niewiedzą, albo, co gorsza, fanatyzmem światopoglądowym, który mu trochę zasłonił rzeczywistość. No i najważniejsze - tak naprawdę nieszczęśnica nazywała się zupełnie inaczej. Trina Papisten to zbitek obraźliwych słów, obelga, która po jej śmierci na stałe do niej przywarła.

Dzień skończyliśmy zakupami w okolicznych Galeriach Handlowych, słusznie zakładając, że będzie to ostatnia tych wakacji okazja do tego, by poobcować z komercją. Kolejnego dnia ruszyliśmy bowiem na dalekie, dzikie, tajemnicze Kaszuby. A Słupsk? Pozytywne zaskoczenie. Jest na pewno wart tego, by odwiedzić go kiedyś ponownie, jak również, by go polecić.

czwartek, 21 lipca 2016

21.07, Pomorze Środkowe, czyli witamy w Słupsku

Po trzech dniach pora nam ruszać dalej. Pensjonat, mimo swoich wad i janusowej natury, był miejscem sympatycznym. Z dużym, nie do końca wykorzystanym potencjałem. Nie wiem czy tam kiedykolwiek wrócimy, ale z pewnością za jakiś czas sprawdzę w internecie, jak się w Barnówku sprawy mają. Największą zaletą “W Sam Las” było jednak położenie. Było ono “w sam raz”. Z dala od wszystkiego, i to dosłownie. No, może nie dosłownie, bo naprzeciwko wejścia znajdowała się dosyć ruchliwa dwupasmówka, więc trzeba było na nią trochę przymknąć oko. I ucho.

Peryferyjne położenie wymuszało na nas częste wsiadanie do samochodu i podróżowanie po okolicach. Te zaś były bardzo interesujące, idealnie wręcz skrojone na moje potrzeby związane z wakacjami. Gęste lasy, małe wioski, urocze, zapomniane miasteczka, do tego, rozliczne symbole i pamiątki po burzliwej przeszłości. Czego chcieć więcej?

Naszym kolejnym przystankiem w tegorocznym Tour de Pologne był Słupsk. Zabawne, bo mimo, iż zwiedzaliśmy miejsca dla nas nowe, to jechaliśmy niemalże po swoich zeszłorocznych śladach. Tego dnia przyszło nam pokonać trasę podobną do tej, w której ze Stargardu “już nie Szczecińskiego” pojechaliśmy nad morze, do Rusinowa. Po drodze miałem nawet te same “przygody”. Prawie zgubiłem się na rozwidleniu niedaleko Szczecina, z dużą dozą niepewności przejechałem przez Koszalin, znowu minąłem Pomnik Ziemniaka w Biesiekierzu i znowu nie zobaczyłem go z bliska, bo wszyscy w samochodzie spali, a ja nie chciałem nikogo budzić. Amazońscy indianie twierdzą, że czas ma formę koła i tego dnia, dotarło do mnie, że coś w tym jest.

W Słupsku zatrzymaliśmy się w Hotelu Kluka. Obok niego znajduje się znana w regionie knajpa, która serwuje całkiem porządne dania lokalne. Sam hotel to jednak typowy, biznesowy, standard trzech gwiazdek. Nic wielkiego, aczkolwiek, bez żadnych poważnych uchybień. Jedna rzecz, która mnie tam jednak niezmiernie denerwowała to hałas. A raczej, HAŁAS. Nie wiem czy to kwestia tego, że przez ostatnie dni mieszkaliśmy na rubieżach cywilizacji, czy może okoliczne drogi są jakieś pod tym względem wyjątkowe, ale przez cały czas, przejazd każdego samochodu obok hotelu powodował wybuch kakofonii, która jeszcze długo odbijała się echem po moim pustawym łbie.

Rzadko mogę to napisać o podróżowaniu po Polsce, ale - w Słupsku już kiedyś byłem. Z moim tatą. Wiele lat temu, bo w połowie lat 90-tych. Nic z tego wyjazdu nie pamiętam, poza różnymi, oderwanymi od siebie wyrywkami. Kojarzę, że mieszkaliśmy u znajomych rodziny, w bloku, gdzieś blisko ścisłego centrum. Pamiętam, że spędziliśmy tu kilka dni, które były de facto, jedną, dużą, wesołą i bardzo kulturalną imprezą dorosłych. Pamiętam, że ówcześni Słupszczanie wydawali mi się znacznie szczęśliwsi i majętniejsi od ówczesnych Warszawian. Zapamiętałem też, że samo miasto wydawało mi się bardzo ładne i po latach, muszę stwierdzić, że tu się nie myliłem. Bo faktycznie, Słupsk, chociaż nie jest wymieniany w gronie atrakcji, które trzeba zobaczyć przed śmiercią, jest ciekawy, zaskakująco monumentalny i pełen zabytków. Wymieszanych wszakże w PRL-owskim sosie, który smakiem od razu przypomniał mi zarówno Malbork, jak i wspomniany już dzisiaj Stargard “już nie Szczeciński”. A jest to smak, który, mimo wszystko, bardzo lubię.


Architektura miasta to istny kolaż, pokazujący jak skomplikowana, ciekawa i różnorodna była jego historia. W dawnej przeszłości, Słupsk był częścią Związku Hanzeatyckiego. I to pomimo tego, że nie leży przecież nad morzem. Rolę jego portu spełniała Ustka (dzisiaj Ustka spełnia inną rolę - jest to miejsce, gdzie rodzą się od kilkunastu lat mali Słupszczanie. Byłe miasto wojewódzkie nie posiada obecnie bowiem własnego Szpitala Położniczego. Co oznacza, że od dawna w żadnym dowodzie nie wpisano Słupska jako miejsca urodzenia. Co za paradoks!).

Ale wracając do historii. Z czasów dawnej świetności zachowało się sporo gotyckich pamiątek. Np. masywny Kościół Mariacki, który stanowi centrum tutejszego rynku. Otoczony jest blokami z “epoki późnego Gomułki”, które przypominają o tym, że w 1945 roku miasto zostało (dosłownie) zgwałcone przez zwycięską Armię Czerwoną. Kościoła zburzyć nie dano rady, za to jego otoczenie, już i owszem. Dosłownie, obrócono je w gruzy. Dzisiejszy rynek jest więc niemym symbolem powojennej traumy miasta. Trudno napisać, że to miejsce posiada szczególną urodę, ani że stanowi wyjątkowy w skali kraju landszaft, ale coraz częściej uważam, że tego typu mariaż nowego i starego, ma w sobie pewien powab. O czym już zresztą pisałem wiele razy.



W Słupsku rynek żyje i jest prawdziwym ośrodkiem życia towarzyskiego. To wcale nie takie częste, bo obecnie przez nasz kraj przechodzi fala zamieniania tego typu miejsc w betonowe pustynie, które mają służyć imprezom masowym, czyli być w użyciu raz na dożynki. A w praktyce i na co dzień, odstraszają zwykłych spacerowiczów, szczególnie w lato. W Słupsku koło rynku rosną zaś drzewa (widok coraz rzadszy!), a okoliczne partery zamieniły się w ogródki barowe i restauracyjne.

Jest tam bardzo miło i od razu pomyśleliśmy, że nasze dwa dni w tym miejscu, to będzie sympatyczny odpoczynek. No i szansa dla naszych żołądków na to, by w końcu spożyć coś innego niż klasyka wakacyjnej kuchni, czyli dewolaja z frytkami. W jednej z knajp zjedliśmy pożywne dania wegańskie, w tym, hamburgera z buraka i pożywny koktajl z hipsterskiego mleka. Ale biedni Ci weganie, tyle powiem.

***

Wieczorem zabrałem Polę i poszliśmy na usypiający spacer. A przy okazji, zobaczyć podświetlony po zmierzchu Zamek Książąt Pomorskich. Było ciepło, cicho, spokojnie. No i pusto. Tylko młodzi ludzie biegali dookoła z telefonami. Ha! Te lato to był gorący okres szalonej popularności Pokemon Go. Nawet ja złapałem kilka stworków, chociaż cała ta moda w czasach młodości, ominęła mnie szerokim łukiem i do dzisiaj, nie wiem o co w tym chodzi. W Słupsku trafiłem akurat na rosnącą popularność tej zabawy, do późnych godzin wieczornych, spotykałem więc dzieciaki buszujące po krzakach. Nie do końca to rozumiem, ale chyba to lepsze to niż wódka czy inna narkomania.



środa, 20 lipca 2016

20.07, Kresy Zachodnie

W końcu wyjrzało słońce. Takiej pogody jak tego dnia nie mieliśmy od Świebodzina. Czyli, od bardzo dawna. Postanowiliśmy dobrze spożytkować ten rzadki dar od niebios i po sutym śniadaniu oraz “zaledwie” trzygodzinnych przygotowaniach, w doskonałych humorach ruszyliśmy na Zachodnie Kresy Rzeczpospolitej.

Najpierw do Morynia. Trasa wiodąca leśnymi duktami dodatkowo tylko zyskała na swojej urodzie. Jechałem więc niespiesznie, delektując się grą świateł, dziką zielenią, świeżym powietrzem i tym niesamowicie podniecającym uczuciem bycia daleko od wszystkiego co nieważne, chociaż za ważne zwyczajowo uchodzi. Po drodze mijaliśmy nie tylko wspomniane wcześniej Mieszkowice (swoją drogą, ta nazwa wzięła się stąd, że według różnych źródeł, w okolicznych lasach polował niegdyś sam Mieszko. Całkiem zabawny argument, by poniemieckie Bärwalde in der Neumark ochrzcić tak, a nie inaczej!), ale i malutkie wioski, których punktem centralnym były niezmiernie od wieków, zabytkowe, gotyckie kościoły, otoczone murem z kamieni polnych.

Warto było do Morynia przyjechać raz jeszcze. Tego dnia, wszystkie widoczne wczoraj szarości, nagle zamieniły się w żywe, kontrastujące i przyciągające oko barwy. Mimo to, nadal byliśmy jedynymi obcymi wewnątrz jego murów. Turyści przyjeżdżają tu chyba rzadko, co nie dziwi, ponieważ ja sam trafiłem na informację o tym miasteczku zupełnie przypadkowo. I gdyby nie ten przypadek, zapewne do dzisiaj nie wiedziałbym o jego istnieniu.

Miło było pospacerować po jego wąskich uliczkach, ale w pełnym słońcu zdecydowanie największe wrażenie robił kościół. Niestety, był zamknięty, a porzucone u wejścia tablice z napisem “niewidzialna ręka” już na zawsze pozostaną dla mnie nierozwiązaną tajemnicą.




Poza miejskimi murami, Moryń ma również sporo do zaoferowania. Zabudowania leżą bowiem nad brzegiem jeziora Morzycko. Nadbrzeże jest zresztą świetnie zagospodarowane. Znajduje się tam przyjemna trasa spacerowa, wzdłuż której postawiono naturalnej wielkości figury, imitujące zwierzęta z epoki lodowcowej. Jest więc mamut, tygrys szablozębny i kilka innych stworzeń, które stanowią edukacyjną “Promenadę Gwiazd Plejstocenu”. Pomysł świetny. Co zadziwiające, wykonanie również, być może dlatego, że jest to efekt inicjatywy regionalnej (podobne figury znaleźć można w jednym z miasteczek po drugiej stronie Odry).



Jezioro Morzycko to jeden z najgłębszych akwenów w Polsce. Cieszy się on pewną popularnością wśród nurków. Głównie ze względu na znajdujące się na jego dnie pozostałości po radzieckim samolocie z II Wojny Światowej. Nie oparły się one niestety szabrownikom, a szkoda, ponieważ jak wieść gminna niesie, jeszcze przed piętnastoma laty, można było zobaczyć je niemalże w całości. A co więcej, w kokpicie samolotu znajdowały się szczątki pilota, który tu skończył swój żywot, zapewne w 1945 roku. Zachowane resztki maszyny są dzisiaj niszową atrakcją turystyczną, jednak nurkowie trochę narzekają na to, że akwen jest praktycznie pusty, zarówno w sensie innych artefaktów cywilizacyjnych, jak i w sensie przyrodniczym. Czystość wody jest podobno umiarkowana, aczkolwiek, co człowiek to inna opinia. Jedni mówią, że z wodą jest tu przeciętnie, zaś inni podkreślają, że w głębinach Morzycka żyją gatunki, które są pod tym względem bardzo wymagające. Nie wiem jak z rakami - wiem jedynie, że kilka lat temu podjęto próbę “zaraczenia” nimi na nowo jeziora.

Z poziomu miejskiej plaży, trzeba przyznać, że jezioro prezentuje się bardzo przyjemnie. Widoki również. Można było poczuć się w końcu jak na wakacjach. Co więcej, spędziliśmy trochę czasu wśród plażowiczów i trzeba mi to jasno napisać: chyba nigdy nie czułem się tam komfortowo w miejscu takim jak to. Muzyka grała cicho. Komercja była nienachalna. Ludzie spokojni i kulturalni. Dookoła czysto. Po wczorajszej przygodzie w Świerkocinie, ogromna ulga i radość, że jeszcze może być u nas normalnie. Brawo Moryń. Brawo Morynianie!

Na obiad jedziemy kawałek dalej, do Cedyni. To najdalej wysunięte na zachód polskie miasto. A do tego, miejsce, które znam od dziecka i … którego nigdy wcześniej nie widziałem. Kiedy byłem mały, jedną z moich ulubionych książek był ilustrowany atlas historyczny. W którym to atlasie poświęcono sporo miejsca epoce pierwszych Piastów i oczywiście słynnej bitwie Mieszka z zagonami margrabiego Hodona z 972 roku. Miała ona miejsce w Cedyni właśnie, a grafiki ją opisujące, rozgrzewały niegdyś moją wyobraźnię. Oczywiście, popularność tej bitwy w czasach Polski Ludowej to kolejny przykład na przedziwny mariaż komunistów z Piastami. Umacnianie (a wręcz - budowanie i kultywowanie) pamięci o niej, było skutecznym narzędziem propagandy, która potrzebowała argumentów do tego, by podkreślić związek Ziem Odzyskanych z Polską. Powstały nawet dwa pomniki. Jeden w mieście, drugi, większy, na jego obrzeżach. Dotarłem tylko do tego mniejszego, ale i on robił spore wrażenie.

W Cedyni jemy świetny obiad w restauracji, która mieści się w wyremontowanym klasztorze.
Rzadka rzecz, warta podkreślenia: ceny wysokie szły tam w parze z tym, że porcje były smaczne i monstrualnie duże. Obsługa wita nas po niemiecku, co jest poniekąd policzkiem dla Mieszka i jego zwycięstwa nad Niemiecką Ofensywą sprzed bagatela 1045 lat. Ale nie powinno nas to dziwić. Goście to głównie przybysze z Zachodu. Granicy już praktycznie nie ma, a do Berlina jest stąd zaledwie 60 kilometrów… Do Warszawy zaś znacznie, znacznie więcej.

Bardzo chciałem pospacerować co nieco po samym miasteczku. Zaparkowaliśmy na tamtejszym rynku i okazało się, że nie trzeba wcale nigdzie chodzić, by zobaczyć praktycznie wszystko, co godne uwagi. Usiedliśmy sobie więc w cieniu na ławeczce i podumaliśmy, obserwując senne życie Cedyni toczące się dookoła nas. Nie działo się tam za wiele. W kamienicy obok było muzeum. Niestety, moja żona nie pozwoliła mi do niego pójść samemu, a dzieci nie były zainteresowane podziwianiem wykopanych pozostałości po drugiej bitwie cedyńskiej, jaka miała miejsce w 1945 roku. Miałem szansę być jedynym gościem przybytku, zerkałem bowiem na wejście i nie widziałem nikogo kto, by tego dnia zaszczycił tę placówkę wizytą…

Niedaleko nas odpoczywała grupka panów, na oko rencistów cieszących się życiem, alkoholem i słońcem. Jeden z nich wyglądał bardzo podobnie do uwiecznionej na fontannie podobizny słowiańskiego woja. Brakowało mu jedynie chełmu. Grzało słońce i uznaliśmy, że chyba pora wracać do hotelu i zażyć trochę odpoczynku. To był bardzo miły, leniwy i wakacyjny dzień. Oby tak dalej, wakacje!