

Dla wielu (w sumie, dla większości osób, które znam) ten pomnik to temat do żartów, powód do wstydu na arenie międzynarodowej oraz dobitny dowód na katolicki fanatyzm rodaków gorszego sortu. Wyśmiewano jego gigantomanię, to, że Jezus jest podobny bardziej do Thorgala niż Zbawiciela oraz to, że kosztował miliony złotych, a można by te miliony było przecież przekazać na sieroty, starców, potrzebujących albo chociaż na odprawy dla pracowników zarządów spółek skarbu państwa. Dokładniej pisząc, Jezus kosztował ponoć sześć milionów, tyle że cała kwota została pokryta przez parafian i różnych prywatnych sponsorów. Więc krytykowanie przedsięwzięcia z punktu widzenia jego “opłacalności” jest co najmniej nie na miejscu. Chcieli sobie w Świebodzinie zbudować największego Jezusa na świecie? To sobie zbudowali. Za własne. Mogli te środki przeznaczyć na inne, rozsądniejsze cele? Mogli. Tak samo jak może to zrobić w każdej chwili, każdy z nas. Z publicznej kasy nie poszła na ten cel bezpośrednio nawet złotówka, chociaż jak znam życie i księgowość, jakieś koszty ten pomnik jednak gminie generuje: trzeba zapłacić za wywóz śmieci, za odśnieżanie dróg dojazdowych i tak dalej i tak dalej. Tak czy owak, powstanie pomnika to efekt społecznej inicjatywy, co w kraju ogarniętym inercją, chciejstwem i nieróbstwem, powinno być stawiane jako przykład, że jak się chce, to można. Ale u nas, lepiej jest oczywiście pluć, sapać, krytykować. Smutne to trochę, a trochę śmieszne, szczególnie jeżeli Ci wszyscy, którzy tak narzekali na pomnik Jezusa byli jednocześnie wielkimi zwolennikami i obrońcami artystycznej instalacji niejakiej Julity Wójcik, która to powstała za pieniądze publiczne, za pieniądze publiczne była chroniona i remontowana przez kilka lat. Jak to się mawia: “A czemu widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz?”. Tak się zaangażowałem w obronę Jezusa, a tymczasem, w Kościele ostatni raz byłem z wielkanocną święconką. Nie chodzi bowiem o wiarę, ale o zasady. I przyzwoitość. No i o to, że ja lubię mieć odrębne zdanie, a jeżeli to zdanie jest jeszcze niepopularne, to już w ogóle. Wtedy się czuję szczęśliwy.

Jezus spełnił swoje biznesowe cele i rozruszał trochę prowincjonalny Świebodzin. Turyści zaczęli bowiem do niego przyjeżdżać, co nie dziwi, bo figura jest widoczna z oddali, a wywołane zamieszanie budzi nim zainteresowanie zarówno dewotów, jak i ich zaciekłych wrogów. W epoce “Przed Narodzinami Chrystusa”, miasteczko nie należało do szczególnie znanych. Pewnie poniekąd przez typowy dla Ziem Odzyskanych problem z własną tożsamością. Przed wojną Świebodzin należał oczywiście do Niemiec i nazywał się Schwiebus. Całkiem zabawnie. Zawieruchę udało mu się przetrwać w prawie nienaruszonym stanie, dzięki czemu dzisiaj cieszy oko zwartą, solidną, teutońską zabudową. To jedno z najładniejszych miast Ziemi Lubuskiej, aczkolwiek - nie widziałem ich jeszcze szczególnie wiele.





Co ciekawe, do niedawna, swoją niszową popularność Świebodzin zawdzięczał innemu długowłosemu buntownikowi. Czesław Niemen mieszkał w nim przez kilka lat. Ponoć miał do tego miejsca ogromny sentyment. Tu do dziś żyją jego krewni. Aby ten związek uczcić i podkreślić, w 2009 roku na tamtejszym rynku ustawiono pomnik - ławkę, na której artysta na wieczność odpoczywa, podziwiając zapewne panoramę dookoła i dumając nad nowymi utworami.

Związków z Niemenem jest zresztą dookoła więcej. Dość napisać, że obiad zjedliśmy w restauracji “Mimoza”. Jak na prowincję, bo tak mimo wszystko, trzeba określić uroczy Świebodzin, była to restauracja bardzo dobra. Ja do samego wieczora nuciłem pod nosem szlagiery Pana Czesława, którego kiedyś nawet lubiłem. Dopóki pewien klub piłkarski nie przejął na własność jednego z jego utworów, obrzydzając mi w ten sposób jego wszystkie dokonania.
