środa, 20 lipca 2016

20.07, Kresy Zachodnie

W końcu wyjrzało słońce. Takiej pogody jak tego dnia nie mieliśmy od Świebodzina. Czyli, od bardzo dawna. Postanowiliśmy dobrze spożytkować ten rzadki dar od niebios i po sutym śniadaniu oraz “zaledwie” trzygodzinnych przygotowaniach, w doskonałych humorach ruszyliśmy na Zachodnie Kresy Rzeczpospolitej.

Najpierw do Morynia. Trasa wiodąca leśnymi duktami dodatkowo tylko zyskała na swojej urodzie. Jechałem więc niespiesznie, delektując się grą świateł, dziką zielenią, świeżym powietrzem i tym niesamowicie podniecającym uczuciem bycia daleko od wszystkiego co nieważne, chociaż za ważne zwyczajowo uchodzi. Po drodze mijaliśmy nie tylko wspomniane wcześniej Mieszkowice (swoją drogą, ta nazwa wzięła się stąd, że według różnych źródeł, w okolicznych lasach polował niegdyś sam Mieszko. Całkiem zabawny argument, by poniemieckie Bärwalde in der Neumark ochrzcić tak, a nie inaczej!), ale i malutkie wioski, których punktem centralnym były niezmiernie od wieków, zabytkowe, gotyckie kościoły, otoczone murem z kamieni polnych.

Warto było do Morynia przyjechać raz jeszcze. Tego dnia, wszystkie widoczne wczoraj szarości, nagle zamieniły się w żywe, kontrastujące i przyciągające oko barwy. Mimo to, nadal byliśmy jedynymi obcymi wewnątrz jego murów. Turyści przyjeżdżają tu chyba rzadko, co nie dziwi, ponieważ ja sam trafiłem na informację o tym miasteczku zupełnie przypadkowo. I gdyby nie ten przypadek, zapewne do dzisiaj nie wiedziałbym o jego istnieniu.

Miło było pospacerować po jego wąskich uliczkach, ale w pełnym słońcu zdecydowanie największe wrażenie robił kościół. Niestety, był zamknięty, a porzucone u wejścia tablice z napisem “niewidzialna ręka” już na zawsze pozostaną dla mnie nierozwiązaną tajemnicą.




Poza miejskimi murami, Moryń ma również sporo do zaoferowania. Zabudowania leżą bowiem nad brzegiem jeziora Morzycko. Nadbrzeże jest zresztą świetnie zagospodarowane. Znajduje się tam przyjemna trasa spacerowa, wzdłuż której postawiono naturalnej wielkości figury, imitujące zwierzęta z epoki lodowcowej. Jest więc mamut, tygrys szablozębny i kilka innych stworzeń, które stanowią edukacyjną “Promenadę Gwiazd Plejstocenu”. Pomysł świetny. Co zadziwiające, wykonanie również, być może dlatego, że jest to efekt inicjatywy regionalnej (podobne figury znaleźć można w jednym z miasteczek po drugiej stronie Odry).



Jezioro Morzycko to jeden z najgłębszych akwenów w Polsce. Cieszy się on pewną popularnością wśród nurków. Głównie ze względu na znajdujące się na jego dnie pozostałości po radzieckim samolocie z II Wojny Światowej. Nie oparły się one niestety szabrownikom, a szkoda, ponieważ jak wieść gminna niesie, jeszcze przed piętnastoma laty, można było zobaczyć je niemalże w całości. A co więcej, w kokpicie samolotu znajdowały się szczątki pilota, który tu skończył swój żywot, zapewne w 1945 roku. Zachowane resztki maszyny są dzisiaj niszową atrakcją turystyczną, jednak nurkowie trochę narzekają na to, że akwen jest praktycznie pusty, zarówno w sensie innych artefaktów cywilizacyjnych, jak i w sensie przyrodniczym. Czystość wody jest podobno umiarkowana, aczkolwiek, co człowiek to inna opinia. Jedni mówią, że z wodą jest tu przeciętnie, zaś inni podkreślają, że w głębinach Morzycka żyją gatunki, które są pod tym względem bardzo wymagające. Nie wiem jak z rakami - wiem jedynie, że kilka lat temu podjęto próbę “zaraczenia” nimi na nowo jeziora.

Z poziomu miejskiej plaży, trzeba przyznać, że jezioro prezentuje się bardzo przyjemnie. Widoki również. Można było poczuć się w końcu jak na wakacjach. Co więcej, spędziliśmy trochę czasu wśród plażowiczów i trzeba mi to jasno napisać: chyba nigdy nie czułem się tam komfortowo w miejscu takim jak to. Muzyka grała cicho. Komercja była nienachalna. Ludzie spokojni i kulturalni. Dookoła czysto. Po wczorajszej przygodzie w Świerkocinie, ogromna ulga i radość, że jeszcze może być u nas normalnie. Brawo Moryń. Brawo Morynianie!

Na obiad jedziemy kawałek dalej, do Cedyni. To najdalej wysunięte na zachód polskie miasto. A do tego, miejsce, które znam od dziecka i … którego nigdy wcześniej nie widziałem. Kiedy byłem mały, jedną z moich ulubionych książek był ilustrowany atlas historyczny. W którym to atlasie poświęcono sporo miejsca epoce pierwszych Piastów i oczywiście słynnej bitwie Mieszka z zagonami margrabiego Hodona z 972 roku. Miała ona miejsce w Cedyni właśnie, a grafiki ją opisujące, rozgrzewały niegdyś moją wyobraźnię. Oczywiście, popularność tej bitwy w czasach Polski Ludowej to kolejny przykład na przedziwny mariaż komunistów z Piastami. Umacnianie (a wręcz - budowanie i kultywowanie) pamięci o niej, było skutecznym narzędziem propagandy, która potrzebowała argumentów do tego, by podkreślić związek Ziem Odzyskanych z Polską. Powstały nawet dwa pomniki. Jeden w mieście, drugi, większy, na jego obrzeżach. Dotarłem tylko do tego mniejszego, ale i on robił spore wrażenie.

W Cedyni jemy świetny obiad w restauracji, która mieści się w wyremontowanym klasztorze.
Rzadka rzecz, warta podkreślenia: ceny wysokie szły tam w parze z tym, że porcje były smaczne i monstrualnie duże. Obsługa wita nas po niemiecku, co jest poniekąd policzkiem dla Mieszka i jego zwycięstwa nad Niemiecką Ofensywą sprzed bagatela 1045 lat. Ale nie powinno nas to dziwić. Goście to głównie przybysze z Zachodu. Granicy już praktycznie nie ma, a do Berlina jest stąd zaledwie 60 kilometrów… Do Warszawy zaś znacznie, znacznie więcej.

Bardzo chciałem pospacerować co nieco po samym miasteczku. Zaparkowaliśmy na tamtejszym rynku i okazało się, że nie trzeba wcale nigdzie chodzić, by zobaczyć praktycznie wszystko, co godne uwagi. Usiedliśmy sobie więc w cieniu na ławeczce i podumaliśmy, obserwując senne życie Cedyni toczące się dookoła nas. Nie działo się tam za wiele. W kamienicy obok było muzeum. Niestety, moja żona nie pozwoliła mi do niego pójść samemu, a dzieci nie były zainteresowane podziwianiem wykopanych pozostałości po drugiej bitwie cedyńskiej, jaka miała miejsce w 1945 roku. Miałem szansę być jedynym gościem przybytku, zerkałem bowiem na wejście i nie widziałem nikogo kto, by tego dnia zaszczycił tę placówkę wizytą…

Niedaleko nas odpoczywała grupka panów, na oko rencistów cieszących się życiem, alkoholem i słońcem. Jeden z nich wyglądał bardzo podobnie do uwiecznionej na fontannie podobizny słowiańskiego woja. Brakowało mu jedynie chełmu. Grzało słońce i uznaliśmy, że chyba pora wracać do hotelu i zażyć trochę odpoczynku. To był bardzo miły, leniwy i wakacyjny dzień. Oby tak dalej, wakacje!