Peryferyjne położenie wymuszało na nas częste wsiadanie do samochodu i podróżowanie po okolicach. Te zaś były bardzo interesujące, idealnie wręcz skrojone na moje potrzeby związane z wakacjami. Gęste lasy, małe wioski, urocze, zapomniane miasteczka, do tego, rozliczne symbole i pamiątki po burzliwej przeszłości. Czego chcieć więcej?

Naszym kolejnym przystankiem w tegorocznym Tour de Pologne był Słupsk. Zabawne, bo mimo, iż zwiedzaliśmy miejsca dla nas nowe, to jechaliśmy niemalże po swoich zeszłorocznych śladach. Tego dnia przyszło nam pokonać trasę podobną do tej, w której ze Stargardu “już nie Szczecińskiego” pojechaliśmy nad morze, do Rusinowa. Po drodze miałem nawet te same “przygody”. Prawie zgubiłem się na rozwidleniu niedaleko Szczecina, z dużą dozą niepewności przejechałem przez Koszalin, znowu minąłem Pomnik Ziemniaka w Biesiekierzu i znowu nie zobaczyłem go z bliska, bo wszyscy w samochodzie spali, a ja nie chciałem nikogo budzić. Amazońscy indianie twierdzą, że czas ma formę koła i tego dnia, dotarło do mnie, że coś w tym jest.

W Słupsku zatrzymaliśmy się w Hotelu Kluka. Obok niego znajduje się znana w regionie knajpa, która serwuje całkiem porządne dania lokalne. Sam hotel to jednak typowy, biznesowy, standard trzech gwiazdek. Nic wielkiego, aczkolwiek, bez żadnych poważnych uchybień. Jedna rzecz, która mnie tam jednak niezmiernie denerwowała to hałas. A raczej, HAŁAS. Nie wiem czy to kwestia tego, że przez ostatnie dni mieszkaliśmy na rubieżach cywilizacji, czy może okoliczne drogi są jakieś pod tym względem wyjątkowe, ale przez cały czas, przejazd każdego samochodu obok hotelu powodował wybuch kakofonii, która jeszcze długo odbijała się echem po moim pustawym łbie.
Rzadko mogę to napisać o podróżowaniu po Polsce, ale - w Słupsku już kiedyś byłem. Z moim tatą. Wiele lat temu, bo w połowie lat 90-tych. Nic z tego wyjazdu nie pamiętam, poza różnymi, oderwanymi od siebie wyrywkami. Kojarzę, że mieszkaliśmy u znajomych rodziny, w bloku, gdzieś blisko ścisłego centrum. Pamiętam, że spędziliśmy tu kilka dni, które były de facto, jedną, dużą, wesołą i bardzo kulturalną imprezą dorosłych. Pamiętam, że ówcześni Słupszczanie wydawali mi się znacznie szczęśliwsi i majętniejsi od ówczesnych Warszawian. Zapamiętałem też, że samo miasto wydawało mi się bardzo ładne i po latach, muszę stwierdzić, że tu się nie myliłem. Bo faktycznie, Słupsk, chociaż nie jest wymieniany w gronie atrakcji, które trzeba zobaczyć przed śmiercią, jest ciekawy, zaskakująco monumentalny i pełen zabytków. Wymieszanych wszakże w PRL-owskim sosie, który smakiem od razu przypomniał mi zarówno Malbork, jak i wspomniany już dzisiaj Stargard “już nie Szczeciński”. A jest to smak, który, mimo wszystko, bardzo lubię.


Architektura miasta to istny kolaż, pokazujący jak skomplikowana, ciekawa i różnorodna była jego historia. W dawnej przeszłości, Słupsk był częścią Związku Hanzeatyckiego. I to pomimo tego, że nie leży przecież nad morzem. Rolę jego portu spełniała Ustka (dzisiaj Ustka spełnia inną rolę - jest to miejsce, gdzie rodzą się od kilkunastu lat mali Słupszczanie. Byłe miasto wojewódzkie nie posiada obecnie bowiem własnego Szpitala Położniczego. Co oznacza, że od dawna w żadnym dowodzie nie wpisano Słupska jako miejsca urodzenia. Co za paradoks!).
Ale wracając do historii. Z czasów dawnej świetności zachowało się sporo gotyckich pamiątek. Np. masywny Kościół Mariacki, który stanowi centrum tutejszego rynku. Otoczony jest blokami z “epoki późnego Gomułki”, które przypominają o tym, że w 1945 roku miasto zostało (dosłownie) zgwałcone przez zwycięską Armię Czerwoną. Kościoła zburzyć nie dano rady, za to jego otoczenie, już i owszem. Dosłownie, obrócono je w gruzy. Dzisiejszy rynek jest więc niemym symbolem powojennej traumy miasta. Trudno napisać, że to miejsce posiada szczególną urodę, ani że stanowi wyjątkowy w skali kraju landszaft, ale coraz częściej uważam, że tego typu mariaż nowego i starego, ma w sobie pewien powab. O czym już zresztą pisałem wiele razy.



W Słupsku rynek żyje i jest prawdziwym ośrodkiem życia towarzyskiego. To wcale nie takie częste, bo obecnie przez nasz kraj przechodzi fala zamieniania tego typu miejsc w betonowe pustynie, które mają służyć imprezom masowym, czyli być w użyciu raz na dożynki. A w praktyce i na co dzień, odstraszają zwykłych spacerowiczów, szczególnie w lato. W Słupsku koło rynku rosną zaś drzewa (widok coraz rzadszy!), a okoliczne partery zamieniły się w ogródki barowe i restauracyjne.

Jest tam bardzo miło i od razu pomyśleliśmy, że nasze dwa dni w tym miejscu, to będzie sympatyczny odpoczynek. No i szansa dla naszych żołądków na to, by w końcu spożyć coś innego niż klasyka wakacyjnej kuchni, czyli dewolaja z frytkami. W jednej z knajp zjedliśmy pożywne dania wegańskie, w tym, hamburgera z buraka i pożywny koktajl z hipsterskiego mleka. Ale biedni Ci weganie, tyle powiem.
***
Wieczorem zabrałem Polę i poszliśmy na usypiający spacer. A przy okazji, zobaczyć podświetlony po zmierzchu Zamek Książąt Pomorskich. Było ciepło, cicho, spokojnie. No i pusto. Tylko młodzi ludzie biegali dookoła z telefonami. Ha! Te lato to był gorący okres szalonej popularności Pokemon Go. Nawet ja złapałem kilka stworków, chociaż cała ta moda w czasach młodości, ominęła mnie szerokim łukiem i do dzisiaj, nie wiem o co w tym chodzi. W Słupsku trafiłem akurat na rosnącą popularność tej zabawy, do późnych godzin wieczornych, spotykałem więc dzieciaki buszujące po krzakach. Nie do końca to rozumiem, ale chyba to lepsze to niż wódka czy inna narkomania.



