wtorek, 19 lipca 2016

19.07, Trochę zła i trochę dobra

Pogoda fatalna. Sumiennie zapisałem w dzienniczku podróży, że wpędza mnie ona w coraz bardziej podły nastrój. Pogodzie poświęcam zresztą zawsze dużo uwagi, bo wakacje w kraju są od niej ściśle uzależnione. Zdałem sobie z tego sprawę dopiero niedawno, gdy odkryłem, że wszystkie miłe, fajne i często wspominane wyjazdy są ściśle skorelowane z pełnym słońcem i błękitnym niebem. Z kolei, wyjazdy nieco zapomniane, przywoływane w pamięci, kojarzą się ze stalowymi chmurami, deszczami, słotą.

W umiarkowanie radosnym nastroju ruszamy do Świerkocina, gdzie zlokalizowane jest “ZOO Safari”. Pomysł na biznes, trzeba to przyznać uczciwie, przedni. Zamiast kasować zwiedzających po 10 zł za wejście do “normalnego” parku, właściciele życzą sobie trzy razy więcej, w zamian oferując doświadczenie będące namiastką namiastki Serengeti. Takie skrojone na miarę naszych, skromnych możliwości. Na terenie 20 hektarów biegają swobodnie zwierzęta, oczywiście, takie, które są generalnie bezpieczne dla samochodów. Cały przejazd zajmuje kilkanaście minut, czasem dłużej, gdy któreś z nich zatarasuje drogę. My mieliśmy tak z osłem, który stanął sobie pośrodku mostku i przez pewien czas leniwie się na nas gapił. Największy przypływ adrenaliny wywołały w nas z kolei strusie, które podbiegły do samochodu energicznie, zupełnie jakby chciały wskoczyć za okna i wyciągnąć nas na pożarcie. Jak widać, emocji było co niemiara. Najlepsze jest to, że wspólnie z Anią bawiliśmy się tam całkiem miło, z kolei nasze dzieci nie zwracały większej uwagi na zwierzęta. Gabriela prawie wcale, a Pola w ogóle (co akurat nie dziwi).

Po Safari powinniśmy od razu pojechać gdzieś dalej. Popełniliśmy jednak duży błąd i zrobiliśmy inaczej. Zaparkowaliśmy auto i poszliśmy do pozostałej części ośrodka. Reszta ZOO to już zwykły, “chodzony” park rozrywki, gdzie gawiedź cieszą surykatki, kozy i owce, a o pieniądze w portfelu walczy mała gastronomia i różne rozrywki dla dzieci.

Rzadko to mi się zdarza, ale o tym miejscu wypada napisać tylko jedno: unikać za wszelką cenę. A najlepiej, unikać i wypalić napalmem. O ile samo Safari było jeszcze w porządku (jedyny jego problem to drobny fakt, że jest niegodne swej ceny…), o tyle cała reszta to zło w najczystszej postaci. Nie żeby jedna rzecz była tam zła, tam fatalna jest całość i każdy element nań się składający. Poczynając od obsługi. Ta była niemiła i skwaszona. Zakładam, że zarabiają tam śmieszne grosze, obawiam się tylko, że chamskie traktowanie klientów może wejść im w nawyk, a z takim nawykiem, trudno będzie kiedyś znaleźć lepiej płatną pracę. Na długo zapamiętam panią z baru, która długiej kolejce klientów (w tym mojej skromnej osobie) zaanonsowała, że mają tyle zamówień, że już więcej nie przyjmują. A miałem taką ochotę na kiełbasę z wody...

Kolejny problem to stare, wytarte atrakcje: samochodziki, karuzele, diabelskie młyny. Ich wygląd sugerował, że czasy młodości przeżywały w czasach Albina Siwaka, a ich właściciele mylą atesty z ateizmem. Strach było koło nich przechodzić, już nie wspominając o korzystaniu.

No i na koniec, sami goście. Było tłoczno. Nawet bardzo. Nie wiadomo skąd na takim bezludziu pojawiło się tam naraz tyle osób. I to osób bardzo specyficznych. Jestem wielbicielem i miłośnikiem “Polski powiatowej, gminnej i sołeckiej”. Zawsze staram się zrozumieć małomiasteczkową mentalność. Nie osądzam jej, popieram ją, staję w jej obronie, kiedy widzę, że dzieje się jej krzywda. Przekładam ją zazwyczaj ponad wielkomiejską lemingowatość, której na co dzień mam po dziurki w nosie. Ale w Świerkocinie co nieco się z tej miłości wyleczyłem. Przytłoczyła mnie swoim chamstwem, poobijała mnie swoimi kłykciami, wymęczyła mnie swoją głośnością, rubasznością, cwaniakowatością. Po drodze, spotkałem mnóstwo przedziwnych typów ludzkich, z czego najbardziej zapamiętałem pewnego pana, który chodził po ZOO z reklamówką własnoręcznie narwanego mleczu, po to, by jego wnuczka mogła karmić zwierzęta za darmo. Przy każdym z nich znajdowała się karma, która kosztowała złotówkę, więc Pan zaoszczędził w porywach jakieś pięć złotych. Z jego twarzy przebijała duma, że wpadł na taki pomysł i że “nie dał się wydymać”, bo jak wiadomo, przeciętny Janusz żyje po to, by dymać innych, a nie żeby dymać jego. Strasznie mnie to wszystko wymęczyło i z ulgą zapakowaliśmy się po pewnym czasie do samochodu, gdzie, ku mojej radości, jedynym chamem byłem ja.

Wracając z najgorszego ZOO w Polsce, zatankowałem na najpaskudniejszej stacji benzynowej w kraju. Sama stacja, jak to stacja, nic szczególnie uroczego, ale zdziwiło mnie jej położenie. Zlokalizowana była bowiem tuż obok zabytkowego kościoła, skutecznie obrzydzając jedyny ładny krajobraz architektoniczny całej wsi. Świetna roboto, Lewiatanie!


***

Pierwsza połowa dnia nie należała do szczególnie udanych. Za to druga, już i owszem. Zabrałem nieco śpiącą Gabrielę i pojechaliśmy wspólnie zobaczyć pobliski Moryń, urocze, zapomniane miasteczko o wielowiekowej historii. Wiodła doń piękna trasa. Fatalnej jakości co prawda, ale za to prowadząca w większości przez gęste lasy Cedyńskiego Parku Krajobrazowego. Od czasu do czasu mijaliśmy kolejne miasteczka i wioski. Jedno z nich, Mieszkowice to kolejna, mało znana średniowieczna perełka, w której zachowały się częściowo mury okalające gród. Wstyd się przyznać, że się tam nie zatrzymałem, ale obiecuje sobie, że kiedyś tam jeszcze pojadę.

A sam Moryń? Jak opisuje go posiadany przeze mnie przewodnik miejski (rocznik 1965!), to urocze miasteczko o historii liczącej ponad tysiąc lat. Podczas wojny zniszczeniu uległo zaledwie 5% jego tkanki, co biorąc pod uwagę to, że i poprzednie wieki były dla Morynia stosunkowo łaskawe (np. okolice ominął szwedzki potop, który w swoim czasie wywołał podobną hekatombę do hitlerowców…), oznacza, że zachowała się w nim praktycznie cała architektoniczna zabudowa sprzed wieków. Miasto otoczone jest zachowanymi w całości murami miejskimi (niegdyś były one wyższe), wewnątrz których znajduje się dosyć zwyczajna, najczęściej parterowa zabudowa pochodząca w większości z XVIII i XIX wieku. Symbolem zamierzchłej przeszłości jest stojący na lekkim wzniesieniu Kościół Świętego Ducha, pochodzący z XIII wieku zabytek, w którym doszukać się można zarówno wpływów romańskich, jak i gotyckich. Wrażenia “antyczności” dodaje mu zastosowany budulec, czyli kamienie granitowe. Dostojności - wysoka wieża zwieńczona drewnianym dachem, która wystaje wysoko ponad okoliczną zabudowę.


Na malutkim rynku znajduje się w Moryniu rzeźba wielkiego raka. A raczej, Wielkiego Raka, bo jest to postać ważna dla jego historii. Wedle mojego przewodnika (pamiętajmy, z roku 1965, a więc odpowiednio nacechowanego ideologicznie), Wielki Rak we wczesnym średniowieczu pomógł lokalnej, słowiańskiej ludności pokonać nacierające siły, germańskiego wroga. Wyszedł z pobliskiego jeziora, zabił kogo trzeba i wrócił do siebie. Piękna historia. I wbrew pozorom, częściowo prawdziwa. Te okolice faktycznie zamieszkałe były niegdyś przez słowiańskie plemię Pyrzyczan, którzy dopiero z czasem zostali “zgermanizowani” przez Brandenburczyków, Wielką Marchię i Zakon Krzyżacki.

Gabriela zasnęła na dobre, więc Morynia tego dnia nie zobaczyła, zaś ja miałem unikalną okazję do tego, by w ciszy podumać. Bardzo mi się tam spodobało. Uwielbiam takie małe, zapomniane miejsca. Moryń przypadł mi do gustu jeszcze bardziej niż Łagów. Także dlatego, że byłem tam jedynym “obcym”. Krążyłem po uliczkach i wzdłuż miejskich murów po kilka razy i nie za bardzo chciałem kończyć.

Miasteczko sprawiało wrażenie miejsca, gdzie każdy zna każdego. Co zresztą pewnie jest prawdą. Przed wiekami w Moryniu mieszkało tysiąc mieszkańców. Obecnie, jest ich zaledwie sześciuset więcej. Zabudowania rozlały się poza miejskie mury, ale i w ich środku trwało zwyczajne, codzienne i bardzo leniwe życie. W cieniu kościelnej wieży suszyło się pranie. Na ławce pod sklepem siedzieli lokalni miłośnicy ambrozji w płynie. Ktoś zaglądał pod maskę wysłużonego Golfa “trójki”, dzieci biegały dookoła. W którymś oknie dźwięczało skoczne disco-polo. Pozornie, idylla. Trudno było się nie zachwycić, chociaż codzienność dla współczesnych morynian pewnie nie jest szczególnie różowa. Tak mi się tam spodobało, że wracając do pensjonatu postanowiłem, że warto będzie przyjechać tam na dłużej, jutro i tym razem, w rodzinnym “komplecie”. Powiedziałem więc Moryniowi "do zobaczenia".