niedziela, 17 lipca 2016

17.07, Pełną parą do Wolsztyna

Poranek był ciepły, wilgotny, lepki, a wręcz - lepkowaty. Po śniadaniu, poszliśmy się z Gabą przejść po okolicy. Plac zabaw był mokry. Ziemia była wilgotna, podobnie jak trawa, drzewa i krzewy. Słońce ukryło się za chmurami, a wszechobecna duchota sugerowała, że za jakiś czas spadnie z nich znowu kolejna porcja deszczu. Tym bardziej więc zebraliśmy się w sobie i ruszyliśmy możliwie wcześnie “w teren” żeby nie zmarnować tego dnia i zmusić się jakoś do aktywności. Szczególnie, że w takie dni zawsze jestem przymulony i powolny. Zmianie nastroju nie pomaga ani pierwsza, ani druga kawa. W weekendy (te spędzane w domu) kończy się to tym, że nie robimy nic sensownego i żałujemy potem swojego lenistwa. Na szczęście, w wakacje jest inaczej.

Jedziemy do Wolsztyna. Czyli, do Wielkopolski. Trasa nie była ani długa, ani nużąca (to ledwie 70 kilometrów i godzina jazdy). Miała za to silny walor “edukacyjny”. Przekroczyliśmy bowiem granicę między Ziemią Lubuską, a Wielkopolską. Czyli - między tym co “poniemieckie”, a tym co rodzime i w pełni swojskie. Na naszych oczach zmieniał się klimat mijanych wsiół, wsi i miasteczek. Gotyckie kościoły otoczone murami z kamieni polnych ustąpiły miejsca kościołom tynkowanym, najczęściej reprezentującym styl barokowy, tudzież, klasycystyczny. Zabudowa miejska stała się z kolei bardziej uporządkowana, schludna i zadbana, ale również, wtórna i nijaka. Nie miała w sobie owego sznytu wyjątkowości i tajemniczości jakim charakteryzuje się dla mnie zaniedbana, ale bardzo odmienna od reszty Polski, architektura tzw. “Ziem Odzyskanych”. Minęło już ponad siedem dekad odkąd stanowimy jeden organizm państwowy, ale dawne linie podziałów są nadal wyraźnie widoczne, co zresztą jest dobrą informacją, bo nie ma nic gorszego niż uniformizacja. W każdej dziedzinie życia, ale w architekturze szczególnie.

W Wolsztynie chcieliśmy oczywiście zobaczyć słynną na cały świat Parowozownię. Do 2014 roku było to ostatnie funkcjonujące tego typu miejsce w Europie. Każdego dnia z pobliskiej stacji ruszały napędzane parowymi ciuchciami składy kursujące do Leszna. I co ważne, były to składy pasażerskie, a nie turystyczne. Smutne jest to, że zawieszenie tych przejazdów spowodowane było nie wymogami ekologów, czy też nieopłacalnością przedsięwzięcia, a tym, że nie doszli ze sobą do porozumienia właściciel Parowozowni, czyli PKP Cargo i lokalny samorząd. Oto Polska w pełnej krasie: kraj, w którym lepiej coś zniszczyć i zaorać, niż dojść do porozumienia z drugą stroną na rzecz “wspólnego dobra”. Oczywiście, sprawa z pewnością ma drugie dno. I trzecie pewnie również. Niezależnie od tego, efekt jest taki, że kiedyś coś było, a teraz czegoś nie ma.

Tak swoją drogą - z tą światową sławą to wcale nie taka przesada jakby się mogło wydawać. Do Wolsztyna rokrocznie ciągną tysiące turystów, szczególnie na otwarcie sezonu i “Paradę Parowozów”. Pod tym względem, niepozorny Wolsztyn to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc w kraju. Przynajmniej, tak gdzieś kiedyś przeczytałem, chociaż żadnych liczb na potwierdzenie nie mam. Klientela to w dużej części miłośnicy starych technologii, dziwacy i co tu owijać w bawełnę, zboczeńcy, którzy ślinią się na widok dymu buchającego z kominów oraz spoconych maszynistów dokładających węgla do pleca. Jednym z nich był sam Michael Palin. Dawny członek “Monty Pythona”, pod koniec lat 80-tych stworzył sobie nowe miejsce w telewizji, stając się twarzą programów podróżniczych. Bardzo je zresztą lubię. Po w pełni zasłużonym sukcesie “W 80 dni dookoła świata”, BBC poszło za ciosem, tworząc kilka kolejnych serii, w których Palin zwiedzał świat, jeżdżąc po nim w różnych konfiguracjach. Jedną z nich była “Nowa Europa”, w której Palin odkrywa urok Europy Środkowej i Wschodniej. W Polsce odwiedził m.in. Wolsztyn, gdzie miał okazję spełnić swoje marzenie z dzieciństwa, stając się na chwilę maszynistą parowozu. W ten sposób, dołożył kolejną cegiełkę do rosnącej wtedy popularności tego kultowego dla wielu miejsca.

Oprócz wzmiankowanych dziwaków, parowozownię odwiedzają również rodziny z dziećmi. A przynajmniej, tak nam się wydawało. W końcu, dzieci lubią pociągi. A pociągi dzieci. Po reakcji na nasz widok obsługi, przestaliśmy być tego tacy pewni. Na ławce koło głównego wejścia siedziało kilku starszych panów. Rozmawiali o swojej niedoli. O tym, że “kiedyś było inaczej”. Kiedy do nich podeszliśmy, zapytali się nas grzecznie “czego chcemy”, zupełnie jakby mogło nam chodzić o coś innego niż wejście do środka. Z sapaniem (być może, chodziło o nawiązanie do lokomotyw…) jeden z nich kazał mi przejść do jego kantorku, gdzie własnoręcznie wypisywał nam bilety. Trochę to trwało, pan musiał założyć okulary, sprawdzić datę, znaleźć druczki i tak dalej i tak dalej (ciekawe jak to wygląda w szczycie sezonu, jeżeli podobnie, to kolejki muszą być gigantyczne). Miałem przynajmniej czas, by rozejrzeć się po stróżówce. Pachniała ona smarami, była skromna, wytarta oraz brudna dekadami przemywania jej klasyczną “ścierą”. Widok tablicy z kluczami przypomniał mi, że w parowozowni można również wynająć pokoje. Miałem nawet kiedyś taki pomysł, aby przyjechać tu z Gabrielą, ale po zapoznaniu się z tym miejscem, doszedłem do wniosku, że ze standardem noclegów może być tu niezbyt kolorowo. Za to na pewno klimatycznie.



Samo Muzeum było ciekawe, ale chyba jednak, również trochę rozczarowujące. Lokomotywy i inne zebrane tu “eksponaty” robiły wrażenie, jednak brakowało tu zdecydowanie czegoś więcej. Np. zobaczenia tych wielkich maszyn w działaniu. Albo chociaż większej z nimi interakcji. Można by wręcz napisać, że z momentem, kiedy (formalnie) zawieszono kursy, sens jej odwiedzenie zdecydowanie zmalał. Parowozwnia w Wolsztynie swoją popularność zawdzięczała temu, że była ostatnim miejscem, gdzie lokomotywy były w użyciu. Bez tego, stała się po prostu kolejnym "skansenem" kolejnictwa, których wszędzie pełno i które, co do zasady, budzą umiarkowane emocje (pomijając zboczeńców podnieconych widokiem byle komina). Gabriela, mimo to, była nawet zainteresowana. Biegała po wagonach, kierowała lokomotywą, kazała się prowadzić w nowe miejsca. Ale industrialny i brudny klimat nie każdemu musi się podobać. Nie wspominając już o bezpieczeństwie, niektóre miejsca są bowiem mocno na bakier z jakimikolwiek zasadami BHP. Ale czego się spodziewać po Parowozowni?


***

Później wstąpiliśmy na obiad do jedynej sensownej restauracji w Wolsztynie. Nie pamiętam czy było smacznie czy nie, pamiętam za to, że miejsce nie miało klimatyzacji, przez co nie mogliśmy wytrzymać duchoty, już nie wspominając o dzieciach, które marudziły nam na potęgę. Krótki, poobiedni spacer po okolicach rynku musiał mi wystarczyć jako forma obcowania z miastem. Trochę szkoda, bo Wolsztyn okazał się nawet sympatyczną mieściną.


Poza Parowozownią brak mu co prawda znaczących zabytków czy atrakcji, jest jednak schludny, w miarę dobrze utrzymany, no i malowniczo położony - tuż nad brzegiem jeziora. Jego walory nie są jednak szczególnie znane wśród turystów, o czym może świadczyć chociażby to, że miasto nie doczekało się porządnej bazy hotelowej, a i innych przybytków nastawionych na “dewizy” tu raczej nie ma. Z czego, mimo wszystko, wypada się cieszyć.

***

Po powrocie do Rancza, pognaliśmy pożegnać się z Łagowem i jego uroczymi zakątkami. Za którymi z pewnością będę tęsknił. Mieli tam też naprawdę dobre lody. Serwowane wprost z zabytkowego Citroena HY przez nader powabne sprzedawczynie. To zapamiętałem, bo widząc moją nimi fascynację, żona uzmysłowiła mi, że istnieje spora szansa, że gdy ja zdawałem maturę, to one dopiero przychodziły na świat. Co od razu skierowało moją uwagę na inne aspekty życia - przypominając mi jak stary jestem i jak szybko leci czas. Zarówno w skali mikro, jak i makro. Pierwsze dni wakacji minęły bowiem błyskawicznie, pozostawiając po sobie zarówno przyjemne zmęczenie, jak i uczucie głębokiego niedosytu.