piątek, 15 lipca 2016

15.07, Łagów, Chata Puchata, Koryta i inne atrakcje regionu

Nasza pierwsza noc nie należała do szczególnie udanych. Szkoda wielka, bo samo miejsce, stylizowane na Ranczo, było bardzo ciekawe i miało w sobie ogromny potencjał. Położone było z dala od drogi, na “przedmieściach” Łagowa. Po okolicy biegały zwierzęta, w tym konie. Gabriela mogła karmić króliki. Albo ganiać przerażone koty. Tudzież bawić się na własnoręcznie zrobionym placu zabaw “w stylu wiejskim”. Poza nim, wszystko było zadbane, nowe i zrobione z pomysłem, ale przez cały pobyt czułem złość na wspomnienie tego jak nas tu przywitano. A jak przystało na prostego człowieka, jestem pamiętliwy i mściwy. “Wybaczam, ale przy najbliższej możliwej okazji się zemszczę” - myślałem, parafrazując zresztą mojego serdecznego przyjaciela, który w czasach studenckich zwykł tak mówić o krzywdzie wyrządzonej mu przez pewną nobliwą panią profesor.




Cały dzień byłem rozbity i niewyspany. Dzieci za to “dokazywały od rana”. Jakby tego było mało, co chwila musiałem odbierać telefony z pracy i dosyć szybko stawało się jasne, że najbliższej nocy też sobie nie odpocznę, bo trzeba będzie kilka rzeczy zrobić. “Taka dola dyrektora”. Zastanawiałem się nawet nad tym czy po prostu nie poddać się i wrócić do domu. Strasznie byłem zły na to, że wszystko układa się tak bardzo nie po mojej myśli i że zamiast wakacji mam przed sobą wizję pracy zdalnej, po godzinach.

Po śniadaniu (zjedzonym w pokoju, bo pamiętajmy, że plebsu tego dnia nie wpuszczano do sali śniadaniowej) pojechaliśmy do Łagowa. Miasteczko to (formalnie - wieś) liczy sobie ponad półtora tysiąca mieszkańców, ale tłok na uliczkach sugerował, że jest to rzeczywiście miejsce popularne wśród turystów. I trudno się temu dziwić. Od pierwszego kontaktu było jasne, że określenia w stylu “Perła Ziemi Lubuskiej” nie są wcale przesadzone, a wszelkie, niszowe i trudne do znalezienia zachwyty są w pełni uzasadnione. W Łagowie było bowiem “to coś”, coś co uzmysłowiło mi od razu, że każdą chwilę tam spędzoną będzie się mile, czule i sentymentalnie wspominać przez długi czas. O ile zapomni się o tym, że co kilka minut dzwonił telefon służbowy…

Łagów jest pięknie położony. Jego zabudowania rozłożone są na wąskim przesmyku pomiędzy dwoma jeziorami. To rozwiązanie niezbyt często spotykane na ziemiach polskich. Nasi przodkowie zdecydowanie preferowali budować miasta wzdłuż prostych linii brzegowych, a tak naprawdę to mam wrażenie, że nie lubili zbytnio wody jako takiej i starali się od niej odsuwać zabudowania. Przykłady? Warszawa - do dzisiaj żyje odwrócona od Wisły niemalże plecami. Kraków - niby nad rzeką, niby z Wawelem na skarpie, a tak naprawdę, to znowuż - miasto tyłem do wody. I można by tak jeszcze mnożyć. Pewnie to wszystko nie działo się bez powodu, w końcu powodzie nawiedzają nas i w czasach współczesnych. W Łagowie jest inaczej, w końcu, to miasto “niemieckie”, co czuć nie tylko po budynkach (tzw. pruski mur), ale również po tym jak cała przestrzeń dookoła jest zaplanowana.

Zachowało się szczęśliwie w Łagowie trochę historycznej architektury. Tak naprawdę, niemal cała ta “historia” to jedna ulica, a nawet nie ulica, co jej odcinek i to krótki, bo liczący może kilkaset metrów. Nie brzmi to zachęcająco, ale w tym akurat przypadku nie liczy się ilość, a jakość. Odcinek ów zaczyna się najprawdziwszą, średniowieczną miejską bramą wjazdową, tzw. Bramą Polską. Ponoć w jej górnych kondygnacjach można wynająć pokój. Chciałbym tam kiedyś spędzić chociaż jedną noc. Kawałek za nią, droga skręca, by po chwili przejść przez drugą zachowaną bramę - Marchijską. Pomiędzy nimi jest trochę starszych budynków, jeden XIX wieczny kościół, resztka miejskich murów, Zamek Joannitów z ceglaną wieżą, park nad brzegiem jeziora i amfiteatr, gdzie co roku odbywa się festiwal filmowy “Sąsiedzi”, z którego Łagów jest w pewnych kręgach znany. Tylko tyle i aż tyle, można by napisać, bo spacerowanie po tym odcinku było naprawdę przyjemne i wespół ze świeżym powietrzem, skutecznie koiło moje skołatane nerwy.






W Łagowie spędziliśmy trochę czasu. To niby mała wioska, ale na miejscu jest kilka restauracji i kawiarni. Jest nawet sklep z pamiątkami. Jemy lekkie posiłki, wypijamy napoje i delektujemy się widokiem na spokojne wody jeziora.


***

Wiecie co lubię w tych naszych wakacjach w Polsce? Mobilność. Jeżdżąc wiosną czy jesienią, nie chce mi się za bardzo wsiadać do samochodu. Nie chce mi się upcyhać zabłoconych wózków do bagażnika, męczyć się z fotelikami i dzieciakami, które denerwują się tym, że muszą mieć na sobie grube kurtki, czapki, szaliki. Latem jest jednak inaczej. Chce się jeździć! Popołudniu jedziemy więc do “Chata Puchata”, czyli restauracji w rustykalnym stylu z dużą salą zabaw. Jeszcze dzień wcześniej, Ania wypatrzyła to miejsce i uznała, że warto tam wpaść na obiad oraz by dać dzieciom trochę radości. “Uznała” oznacza, że nie podlegało to żadnej dyskusji. Próbowałem wnieść ten temat na agendę, bezskutecznie jednak. Miałem co do tego pomysłu pewne wątpliwości, bo miejsce zlokalizowane przy drodze nr 92, gdzieś pomiędzy hurtownią kompresorów, a parkingiem dla TIR-ów, nie kojarzyło mi się ani z dobrą kuchnią, ani zabawą. No i miałem rację. Menu było nudne, dania średnio smaczne, zabawki brudne, powietrze gęste i lepkie. Zjedliśmy co dostaliśmy i przekonani, że wieczorem odwiedzi nas ciocia sraczka, szybko wróciliśmy do naszego przyjaznego Rancza.

Tak swoją drogą, byliśmy blisko granicy polsko-niemieckiej i wszystko dookoła było właśnie takie jakieś “przygraniczne”. Stacje benzynowe były ogromne i najczęściej połączone z przepastnymi parkingami dla ciężarówek. Zatrzymałem się na jednej z nich i ku swojemu zdziwieniu, po przekroczeniu progu znalazłem się w dużym i zupełnie pozbawionym klientów markecie. Przy drogach było sporo restauracji, barów, znaleźliśmy nawet … mini ZOO. Do którego Ania chciała oczywiście zabrać dzieci, czemu ja się z kolei opierałem, bo jakoś nie wierzyłem w to, że ta przydrożna atrakcja jest warta uwagi. Były też inne ciekawostki, takie chociażby jak reklamowane nachalnie “kluby dla dżentelmenów”. Zapamiętałem jeden. Mieścił się w wiosce o nazwie Koryta i nawet ułożyłem dla niego hasło reklamowe - “Najlepsze loszki znajdziesz w Korytach”. Uznałem to za bardzo zabawne (dodam, że tylko ja jeden). Jakby czytał to ktoś z tego klubu, to można to hasło brać i korzystać. Wierzę, że takie postawienie sprawy i zakresu usług z pewnością przyciągnie klientelę.