czwartek, 14 lipca 2016

14.07, Przez Twe oczy zielone

Jak ten czas leci, można by napisać! Ani się człowiek obejrzał, a już trzeci raz przyszło nam ruszać w nasze wielkie, wyczekiwane, wymarzone i jakże rodzinne wakacje “gdzieś w Polsce”. Tym razem, wprowadziliśmy do sprawdzonej formuły sporo zmian. Po pierwsze, jechaliśmy w czwórkę, co znacząco powiększyło, i tak już niemałą, liczbę bagaży do upchania w samochodzie.

Po drugie, tempo wyjazdu dostosowaliśmy do najmłodszego członka naszej małej społeczności. Było więc zdecydowanie spokojniej niż rok temu. Po trzecie, po tygodniu podróżowania spotykaliśmy się ze znajomymi, by spędzić z nimi drugą połowę urlopu i to w jednym miejscu. To już było zupełne novum, bo nasze wakacje zwyczajowo spędzaliśmy do tej pory sami.

Wszystko fajnie i wszystko super, poza jednym “ale” - niestety, nie udało mi się całkowicie uwolnić od obowiązków służbowych, co miało niestety sporo smutnych dla nas konsekwencji, łącznie z tym, że zaważyło to na jakości wypoczynku czy raczej “wypoczynku”. Trochę to smutne, szczególnie mając na uwadze to, że odliczałem dni do tego urlopu i wiązałem z nim spore nadzieje, tymczasem rzeczywistość miała wobec mnie zupełnie inne plany. I zrealizowała je w całości. Premierowy cios prosto w mój nos wyprowadziła już pierwszego dnia, o czym za chwilę.

***

Podobnie jak rok i dwa lata wcześniej, długo czasu spędziłem nad planem podróży. Chciałem tak go ułożyć, żeby nie zmęczyć rodziny, a jednocześnie dać sobie szansę na zobaczenie czegoś ciekawego. Miałem sporo różnych zagwozdek i dylematów. Co bowiem wybrać, kiedy nie można mieć wszystkiego - miasteczka Małopolski, przyrodę Sudetów, parawany nad Pomorzem, a może Zamki i Kasztele Warmii? Ostatecznie ułożyłem trasę, która … przypominała tę z zeszłego roku. Przypominała, ale była od niej zupełnie inna, jechaliśmy bowiem do nowych, nieznanych nam miejsc, z których co najmniej kilka, wywoływało we mnie niezdrowe podniecenie. Taki był chociażby Łagów, od którego zaczynaliśmy nasz urlop. To urocza wieś (pozbawiona praw miejskich jeszcze przed wojną) nazywana “Perłą Ziemi Lubuskiej” jest ponoć bardzo popularna wśród turystów, ale wstyd się przyznać, że do niedawna nigdy o niej nawet nie słyszałem. Znajdowane w internecie pocztówkowe widoki rozpalały jednak moją wyobraźnię stęsknioną za letnimi spacerami po małych, klimatycznych wsiołach...


Pierwszego dnia mieliśmy do pokonania ponad 400 kilometrów. Mimo, iż większość trasy przemierzyliśmy autostradą A2, to i tak zajęło nam to dużo czasu, bo z jednej strony, przez cały czas padało, a do tego, dzieci narzekały, wierciły się i domagały a to jedzenia, a to postoju na siku. Kiedy już dotarliśmy do celu nie posiadałem się z radości, ale życie szybko sprowadziło mnie na ziemię…


… okazało się bowiem, że w naszym przybytku nikt na nas szczególnie nie czekał. To znaczy, gospodarze wiedzieli, że przyjeżdżamy, ale nasz widok nieco zdziwił właściciela, który zajęty był ostatnimi przygotowaniami do wielkiej imprezy organizowanej na cześć lokalnego watażki (o czym świadczyły zjeżdżające się samochody - same “mafijne” marki i modele, nic tylko pogratulować gustu). Zaproszono nas do przygotowanego apartamentu, poinformowano, że “wieczorkiem będzie trochę głośno”, a rano nie ma co liczyć na śniadanie, bo jesteśmy gośćmi drugiej kategorii i dla nas nic nie będzie. Tak to odebraliśmy.

Powinniśmy zrobić raban, ale uznaliśmy, że i tak nic nie wskóramy, więc rozpakowaliśmy się, nakarmiliśmy dzieci i położyliśmy je spać w asyście skocznej muzyki disco-polo, hałasów, przekleństw i grillowych zapachów. Nie było to łatwe. Niewiele to wszystko miało wspólnego z wypoczynkiem. Jakby tego było mało, nie mogłem pójść spać, bo urlop rozpocząłem od siedzenia nad prezentacją do trzeciej w nocy, co niestety, było podczas tego pobytu nie wyjątkiem, a smutną normą. Praca przy akompaniamencie takich hitów jak “Przez Twe oczy zielone” była dla mnie wyjątkową torturą. Nie tak wyobrażałem sobie początek Wielkich Wakacji AD 2016...