niedziela, 14 sierpnia 2011

Drugoligowe ciekawostki oraz tropem "Trzeciego Człowieka"

O ile sobota minęła pod znakiem głównie „pierwszoligowych” atrakcji miasta, niedzielę przeznaczamy na miejsca nieco bardziej parszywe (a przynajmniej takie, które odwiedza się w drugiej albo i trzeciej kolejności). Rano spacerujemy więc w sobie po okolicach Gebruderlanggasse, Westbanhofu i zapomnianej części Mariahilfer. Brudniej tam, a i język niemiecki słyszy się rzadziej niż gdzie indziej – dominuje istna mieszanka bałkańska z naciskiem na post-jugosłowiańskie narzecza. W budynkach nie ma zupełnie nic ciekawego, może poza drobnym faktem, że nowe czy stare, stanowią nadal jedność architektoniczną ciągnąca się w każdą stronę i na boki. Te około-dworcowe tereny jeszcze niedawno należały do najmniej przyjemnych w całym Wiedniu. Obecnie, po ciemnej legendzie tego miejsca (ciemnej na warunki austriackie – w Polsce tak przyjemnie i bezpiecznie nie jest nawet w ciągu dnia pod Belwederem) zostało już niewiele. No, może wieczorami, mijaliśmy podejrzanych osobników o smagłej karnacji, ale czy można to uznać za zagrożenie? Kiedyś, jeżeli wierzyć podaniom ludowym, w okolicach Guertel, roiło się od pań lekkich obyczajów, handlarzy wszystkim co nielegalne i innych typów spod niezbyt jasnej gwiazdy.



Chwilkę dumam nad sklepowymi witrynami. Niektóre sklepy, ku mojemu wzruszeniu, naprawdę zatrzymały się w swoim rozwoju na latach 80-tych, zupełnie jakby czekały na to, bym kolejny raz zobaczył je takimi jak je zapamiętałem. Oprócz obowiązkowych, lśniących nowoczesną nijakością sieciówek, zachowało się nieco mniejszych punktów. A to jakaś elektronika, a to sprzęt fotograficzny, sklep z brzydkimi ubraniami dla emigrantów, jakieś niezidentyfikowane usługi. Zza szyb widać wypłowiałe wystawy, szyldy coraz to bardziej zlewają się z szarością ulicy i człowiek może tylko zastanawiać się kiedy nowoczesność wykona kolejny destrukcyjny krok naprzód, połykając następnego „prywaciarza” na drodze ku postępowi.

Jak tylko kończę roztrząsać los drobnej przedsiębiorczości, kierujemy kroki do metra. Mimo, iż musimy przejechać całe miasto, podróż nie trwa długo. Wysiadka na Heiligenstadt, potem sprawna i bezbolesna przesiadka do autobusu i po chwili jesteśmy w Grinzingu. Grinzing! Kolejne magiczne słowo, nazwa-klucz otwierająca wiele wspomnień w głowie. Dzielnica jest niezwykle urokliwa. Zabudowa jest niska, kolorowa, złożona ze skromnych domostw, które zachęcają do wejścia przez bramy do środka. Po murach pną się pnącza winogron. Na dziedzińcach i we wnętrzach żyje i pulsuje „stara dobra” Austria w postaci rozlicznych Heurigen. Idea tych pijalni wina oraz restauracji jest prosta niczym umysł dziecka. W ofercie ma być dużo młodego wina oraz kilka prostych, klasycznych potraw. O ile świat pędzi do przodu, w Heurigen od lat nie zmienia się nic – i dlatego, nigdy nie narzekają one na brak klienteli. Zanim i my udamy się w objęcia jednego z przybytków, zwiedzamy nieco, spacerując po okolicy i chłonąc ciszę tego przedmieścia. To tutaj znajduje się piękna pętla tramwajowa. Nie mam pojęcia czy po tym świecie chodzą maniacy tego typu architektury. Jeżeli tak, jestem pewien, że na liście najpiękniejszych zajezdni świata, tą na Grinzingu stawiają wysoko...









Kilka przystanków autobusowych dalej znajduje się naczelna atrakcja okolicy, czyli wzgórze Kahlenberg. O każdej porze roku, podczas słoty, zamieci śnieżnych albo chłodnego deszczu, na szczycie spotkać można rodaków. Nie inaczej było i tym razem. Pogoda dopisywała, więc zwiedzających było dużo, a ja miałem wrażenie, że wszyscy, nawet Ci o skośnej urodzie, mówią po naszemu. Nie dzieje się tak bez przyczyny. Kahlenberg to miejsce w naszej historii szczególne. To stąd armią obrońców Chrześcijańskiej Europy dowodził Jan III Sobieski w 1683 roku. Znajduje się tu kościół, gdzie zdaje się, że regularnie odprawiane są msze po polsku, a na murze widnieje tablica upamiętniająca wizytę Jana Pawła II. Można też, oczywiście, popatrzeć się z tarasu widokowego na panoramę Wiednia, który z tej perspektywy wydaje się miastem płaskim i nie wywołującym spektakularnych zachwytów. Zawsze wydawało mi się, że Kahlenberg to naczelna atrakcja dla każdego turysty. Tymczasem w „zachodnich” przewodnikach jest on wspominany, jeżeli w ogóle, incydentalnie i stanowi dziesiąty garnitur tego co miasto oferuje.


Nie mogłem odmówić sobie przyjemności, by zapozować ponownie przed fontanną i przekonać się jak bardzo urosłem od wiosny 1989 roku...



Popołudnie przeznaczyliśmy na Schonbrunn. Kompleks pałacowy i park są piękne, ale... w słońcu, spiekocie i tłoku obcowanie z zabytkiem było mordęgą nawet dla mnie. To miejsce podoba mi się wyłącznie zimą, tudzież wiosną, a najlepiej jeszcze w tygodniu, a nie w weekendy, kiedy nawiedza je istne tsunami spacerowiczów. Pochodziliśmy nieco, odpoczęliśmy na ławce, poobcowaliśmy z uroczą architekturą doby Habsburgów i z ulgą opuściliśmy bramy, wracając do świata brzydszego, ale i mniej zatłoczonego.




Na sam koniec wysiedliśmy na Herrengasse i udaliśmy się tropem „Trzeciego Człowieka”.

Po dziś dzień, to najpiękniejszy film, którego bohaterem jest Wiedeń. Co prawda, w roku 1949, kiedy go kręcono, stolica Austrii była nieco zniszczona przez wojenną pożogę, ale był to ten rodzaj ran, który zamiast urody odejmować, wręcz jej dodawał. Niejedna osoba zapragnęła odwiedzić to miasto po obejrzeniu pięknych scen, gdzie habsburska architektura miesza się ze światem ruin, cieni, sekretnych przejść i kanałów, które stanowią metropolię w metropolii. Pomysłowi autochtoni oferują nawet profesjonalne wycieczki tropem Holly’ego Martinsa. Kilka lokalizacji jest bardzo łatwych do odszyfrowania. Przede wszystkim chodzi oczywiście o Riesenrad, gdzie Orson Welles wygłasza swoją słynnę przemowę o pogardzie jaką darzy „owe kropki tam na dole”. Dom, w którym mieszkał Harry Lime to część kompleksu Hofburg. Ja chciałem zaś odnaleźć jedno z miejsc, gdzie rozgrywa się moja ulubiona scena, w której obaj bohaterowie po raz pierwszy się spotykają. Kamienica na Schreyvogelgasse stoi tak jak stała. To w cieniu jej drzwi stał Harry Lime, do którego łasił się kot jego byłej kochanki.




Zadanie nie było trudne, a cel okazał się dobrą wymówką do tego, by pokręcić się po wieczornym, niedzielnym Wiedniu. Ulice były pustawe i spokojne, a człowieka ogarniała melancholia i bezgraniczny smutek, że już następnego dnia z rana, trzeba wracać do siebie.






Sam wieczór spędziliśmy znowuż na Donau Insel, gdzie w „niezależnej” knajpce sączyliśmy trunki i gdybaliśmy nad kolejnymi wyjazdami, które, kto wie, być może przed nami. Wiemy też z pewnością, że chcemy wpaść ponownie do Wiednia, w którym, ku mojej uldze, nadal czuję się jak w starym, dobrze znanym domu.


sobota, 13 sierpnia 2011

Odwiedzanie punktów obowiązkowych

Rankiem nie mamy dla siebie litości i zrywamy się co blady świt, czyli koło jedenastej rano. Pierwsze kroki, jeszcze niepewne i skołowane, jak to na wyjazdach już bywa, kierujemy w stronę pobliskiej Billi, czyli istnej mekki zakupowego szaleństwa. Minęło ponad dwadzieścia lat od pierwszej chwili, gdy wkroczyłem pierwszy raz w ów świat bogactwa, kolorowych opakowań, kuszących zapachów, soczystych owoców, nieprzebranych słodyczy i rozlicznych kulinarnych tajemnic. I co? I nic! Nic się nie zmieniło. Może i mamy w Polsce „swoje” Carrefoury, Almy, Biedronki, Lidle i inne PiotroPawły. Ale Billa to nadal Billa. Symbol. Jakość. Oznaka dobrobytu. Po chwilowej zadumie zahaczającej o metafizykę rozmiaru chodnikowego, przychodzi czas na uzupełnienie zapasów (kanapki!) oraz jeszcze jedną wyprawę w mroczną przeszłość zapamiętaną oczami kilkulatka. Do dzisiaj kojarzę pyszne „owocowe” soczki sprzedawane w małych, plastikowych i wąskich buteleczkach koloru żółtego. Na górze szyjki miały swoisty „dzyngiel”, który się urywało, tworząc małą dziurkę przez którą spijało się ową ambrozję chlupiącą w środku. Co to była za radość dla kilkulatka, który w domu mógł liczyć, co najwyżej i od święta, na szarego „Ptysia” ze szklanej butelki. Nie miałem wątpliwości, że szansa znalezienia tego produktu po tylu latach jest praktycznie zerowa. Mamy rok 2011, świat poszedł do przodu, kobiety mają prawo głosować w wyborach, gejów nie pali się na stosach, mężczyźni używają kosmetyków innych niż mydło. A ja, naiwnie, zerkam na półki z napojami w poszukiwaniu symbolu wprost sprzed dwóch dekad. A jednak. Jest! Zepchnięte do niszy, smutne, nie pasujące do kolorowego towarzystwa, ale nadal są. Moje ukochane soczki, bastion normalności w upadającym świecie dookoła.

Wspomnienia tak łatwo zabić. A już najłatwiej zdecydowanie gdy wyciągnie się je z mroków przeszłości i postawi przed sobą odzierając z nimbu tajemnicy. Soczek w smaku przypominał te wesołe czasy, kiedy nikogo nie martwił chemiczny posmak i fakt, że w 200 ml płynu producenci zdołali rozpuścić dwa kilo białego cukru. To co powodowało szaleństwo zmysłów u ośmiolatka, u trzydziestolatka zakończyło się rozczarowaniem. Tak umierają legendy!


Czy po takim wstępie, reszta dnia mogła być nudna? Nabywamy bilety i zjeżdżamy w czeluść metra. Jak ja je kocham! Żadne inne, nawet nowojorskie, nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak owe wiedeńskie. Ponad sto stacji, pięć linii i to co lubię najbardziej, czyli różnorodność. Jest tu i nowocześnie (chociaż to taka nowoczesność z lat 80-tych) i staroświecko (nadziemne przystanki takie jak Gumpendorfer Strasse mają swój niezaprzeczalny urok wprost z epoki Monarchii). Samo metro nie jest szczególnie leciwe, pierwsze odcinki oddano dopiero w 1978 roku. Jednak linia U4 korzysta częściowo z dawnej trasy kolejki parowej i taka przejażdżka zawsze wywołuje we mnie najmilsze wspomnienia. Koła wagoników przetaczają się kaskadami, perspektywa nagle się rozszerza i można z góry zobaczyć las zabudowy ciągnący się w każdym kierunku. Zatrzymujemy się na bielonych przystankach, które wyglądają niczym wyjęte wprost z kart powieści Julisza Verne’a. Po chwili, pociąg zjeżdża w sieć tuneli, wracając w objęcia XXI wieku.




Lubię Wiedeń za ciągłość urbanistyczną, za miejskie, zamknięte przestrzenie i szacunek wobec przeszłości jaki wykazuje nowoczesność. Przez pierwszą część dnia spacerujemy po okolicach Placu Św. Szczepana, Hofburgu i nobliwych okolicach Pierwszego Bezirku. Współczesne plomby nie są tu wcale rzadkością, ale człowiek z trudem je dostrzega, tak dobrze i naturalnie komponują się ze starszym sąsiedztwem. Tu i tam, wchodzimy na kolejne place, z obowiązkowym pomnikiem pośrodku. Gdzie nie pójdziemy, tam zawsze znajduje się coś ciekawego, każdy kąt zachęcą do zaglądania do środka, kontemplowania i podziwiania. Odpracowujemy punkty obowiązkowe. Przychodzi więc pora na Museum Quarter. O tej porze dnia nie dzieje się tam nic ciekawego. Ale wieczorami miejsce buzuje życiem i gwarem rozmów. Kolorowe, masywne siedziska o dziwnych kształtach stoją puste, ochlapane deszczem – za kilka godzin zapełnią się bananową młodzieżą i osobnikami, którzy udają, że rozumieją sztukę nowoczesną.







Nic się nie zmienił także Parlament. Budynek stylizowany na grecką budowlę nadal jest jednym z najbardziej fotogenicznych miejsc całego miasta. Tu czuć jego klimat! Fontanna tryska wodą, panteon herosów zerka na siebie niezmienne od lat, a w tle przejeżdża brzęczący czerwony tramwaj. Stąd już tylko krok do kolejnego punktu, który jest w żelaznym repertuarze każdego mojego przyjazdu. Pod Ratuszem rozstawione są rozliczne namioty i stanowiska z jedzeniem. My zamawiamy dwa oryginalne piwa i chwilę odpoczywamy. Niby zobaczyliśmy tak niewiele, a jest już popołudnie, jesteśmy zmęczeni i czujemy w nogach przechodzone kilometry. Przez kolejne (kilka!) godzin ... szukamy knajpy godnej przyjęcia nas na obiad. Nie jest to łatwe i miejsce takie znajdujemy dopiero niedaleko naszego domu.







Wczesnym wieczorem wybieramy się na Prater. Zielone płuca miasta kryją główną atrakcję, czyli słynny park rozrywki. I nie chcę mi się powtarzać, ale muszę znowu – niewiele tu się zmieniło od ostatnich wizyt. Przybyło oczywiście nowych pozycji na liście tortur błędnika, ale stare ikony pozostały na swoim miejscu. W pierwszej kolejności, oczywiście Wiener Rieserad, czyli Diabelski Młyn. Znamy go z filmów – chociażby z „Trzeciego Człowieka” (o nim później) czy świetnego „The Living Daylights”, gdzie Bonda grał Timothy Dalton. Konstrukcja powstała pod koniec XIX wieku, przeżyła wojenną pożogę i cieszy się ogromną popularnością po dziś dzień. Kolejka do wejścia ciągnie się długo i skutecznie zniechęca nas do tego, by ewentualnie skosztować przejażdżki i widoku miasta z góry.




Ania postanawia skorzystać z najwyższej atrakcji parku – krzesełka bujają się ponad sto metrów nad ziemią, a mi robi się słabo od samego zadzierania głowy do góry. Nie dla mnie takie emocje, w takich miejscach jak to, zdaję sobie dobitnie sprawę z tego, że jestem istotą wybitnie naziemną, lubującą się w stałym kontakcie własnych stóp z gruntem.




Co chwila mijamy kolejne urządzenia, które potrząsają, wywracają, obracają i przewracają ludzi, którzy, o zgrozo, płacą za to i jeszcze się cieszą. Nigdy tego nie zrozumiem. Jednak i dla mnie znalazło się jedno, które, po pewnych nerwach z mojej strony, zdołałem usidlić i nawet mi się podobało... Ale w głowie się mi potem kręciło porządnie...


Pamiętam także, że w 1989 roku strasznie bałem się stanąć obok wielkiego goryla, który poruszał się ni stąd, ni zowąd, a tych którzy podchodzili za blisko oblewał wodą z ukrytej sikawki. Tym razem, pokonując lęki podświadomości, stanąłem dzielnie i zapozowałem do zdjęcia, które... powinno zostać zrobione dwadzieścia trzy lata temu!


Wystarczy przejechać kilka przystanków metrem by znaleźć się na Donau Insel. Jak sama nazwa wskazuje, jest to wyspa, która oddziela Dunaj Stary od Nowego. Cisza i spokój, modra rzeka koło nas. No, może nie do końca. Na środku zlokalizowane są bary, restauracje (praktycznie same „greckie tawerny”!), dyskoteki. Siadamy w wybranym miejscu, sączymy napoje i cieszymy się, że tak miło spędziliśmy ów dzień. Nieco jedynie żałujemy, że u nas w Warszawie brzeg Wisły nadal traktowany jest jak dopust Boży, a nie jako potencjalna atrakcja dla mieszkańców i turystów. Obserwujemy zachód słońca, odganiamy się od komarów i nucąc pod nosem kanony Johana Straussa, powoli wracamy do siebie.