Chwilkę dumam nad sklepowymi witrynami. Niektóre sklepy, ku mojemu wzruszeniu, naprawdę zatrzymały się w swoim rozwoju na latach 80-tych, zupełnie jakby czekały na to, bym kolejny raz zobaczył je takimi jak je zapamiętałem. Oprócz obowiązkowych, lśniących nowoczesną nijakością sieciówek, zachowało się nieco mniejszych punktów. A to jakaś elektronika, a to sprzęt fotograficzny, sklep z brzydkimi ubraniami dla emigrantów, jakieś niezidentyfikowane usługi. Zza szyb widać wypłowiałe wystawy, szyldy coraz to bardziej zlewają się z szarością ulicy i człowiek może tylko zastanawiać się kiedy nowoczesność wykona kolejny destrukcyjny krok naprzód, połykając następnego „prywaciarza” na drodze ku postępowi.
Jak tylko kończę roztrząsać los drobnej przedsiębiorczości, kierujemy kroki do metra. Mimo, iż musimy przejechać całe miasto, podróż nie trwa długo. Wysiadka na Heiligenstadt, potem sprawna i bezbolesna przesiadka do autobusu i po chwili jesteśmy w Grinzingu. Grinzing! Kolejne magiczne słowo, nazwa-klucz otwierająca wiele wspomnień w głowie. Dzielnica jest niezwykle urokliwa. Zabudowa jest niska, kolorowa, złożona ze skromnych domostw, które zachęcają do wejścia przez bramy do środka. Po murach pną się pnącza winogron. Na dziedzińcach i we wnętrzach żyje i pulsuje „stara dobra” Austria w postaci rozlicznych Heurigen. Idea tych pijalni wina oraz restauracji jest prosta niczym umysł dziecka. W ofercie ma być dużo młodego wina oraz kilka prostych, klasycznych potraw. O ile świat pędzi do przodu, w Heurigen od lat nie zmienia się nic – i dlatego, nigdy nie narzekają one na brak klienteli. Zanim i my udamy się w objęcia jednego z przybytków, zwiedzamy nieco, spacerując po okolicy i chłonąc ciszę tego przedmieścia. To tutaj znajduje się piękna pętla tramwajowa. Nie mam pojęcia czy po tym świecie chodzą maniacy tego typu architektury. Jeżeli tak, jestem pewien, że na liście najpiękniejszych zajezdni świata, tą na Grinzingu stawiają wysoko...
Kilka przystanków autobusowych dalej znajduje się naczelna atrakcja okolicy, czyli wzgórze Kahlenberg. O każdej porze roku, podczas słoty, zamieci śnieżnych albo chłodnego deszczu, na szczycie spotkać można rodaków. Nie inaczej było i tym razem. Pogoda dopisywała, więc zwiedzających było dużo, a ja miałem wrażenie, że wszyscy, nawet Ci o skośnej urodzie, mówią po naszemu. Nie dzieje się tak bez przyczyny. Kahlenberg to miejsce w naszej historii szczególne. To stąd armią obrońców Chrześcijańskiej Europy dowodził Jan III Sobieski w 1683 roku. Znajduje się tu kościół, gdzie zdaje się, że regularnie odprawiane są msze po polsku, a na murze widnieje tablica upamiętniająca wizytę Jana Pawła II. Można też, oczywiście, popatrzeć się z tarasu widokowego na panoramę Wiednia, który z tej perspektywy wydaje się miastem płaskim i nie wywołującym spektakularnych zachwytów. Zawsze wydawało mi się, że Kahlenberg to naczelna atrakcja dla każdego turysty. Tymczasem w „zachodnich” przewodnikach jest on wspominany, jeżeli w ogóle, incydentalnie i stanowi dziesiąty garnitur tego co miasto oferuje.
Nie mogłem odmówić sobie przyjemności, by zapozować ponownie przed fontanną i przekonać się jak bardzo urosłem od wiosny 1989 roku...
Popołudnie przeznaczyliśmy na Schonbrunn. Kompleks pałacowy i park są piękne, ale... w słońcu, spiekocie i tłoku obcowanie z zabytkiem było mordęgą nawet dla mnie. To miejsce podoba mi się wyłącznie zimą, tudzież wiosną, a najlepiej jeszcze w tygodniu, a nie w weekendy, kiedy nawiedza je istne tsunami spacerowiczów. Pochodziliśmy nieco, odpoczęliśmy na ławce, poobcowaliśmy z uroczą architekturą doby Habsburgów i z ulgą opuściliśmy bramy, wracając do świata brzydszego, ale i mniej zatłoczonego.
Na sam koniec wysiedliśmy na Herrengasse i udaliśmy się tropem „Trzeciego Człowieka”.
Po dziś dzień, to najpiękniejszy film, którego bohaterem jest Wiedeń. Co prawda, w roku 1949, kiedy go kręcono, stolica Austrii była nieco zniszczona przez wojenną pożogę, ale był to ten rodzaj ran, który zamiast urody odejmować, wręcz jej dodawał. Niejedna osoba zapragnęła odwiedzić to miasto po obejrzeniu pięknych scen, gdzie habsburska architektura miesza się ze światem ruin, cieni, sekretnych przejść i kanałów, które stanowią metropolię w metropolii. Pomysłowi autochtoni oferują nawet profesjonalne wycieczki tropem Holly’ego Martinsa. Kilka lokalizacji jest bardzo łatwych do odszyfrowania. Przede wszystkim chodzi oczywiście o Riesenrad, gdzie Orson Welles wygłasza swoją słynnę przemowę o pogardzie jaką darzy „owe kropki tam na dole”. Dom, w którym mieszkał Harry Lime to część kompleksu Hofburg. Ja chciałem zaś odnaleźć jedno z miejsc, gdzie rozgrywa się moja ulubiona scena, w której obaj bohaterowie po raz pierwszy się spotykają. Kamienica na Schreyvogelgasse stoi tak jak stała. To w cieniu jej drzwi stał Harry Lime, do którego łasił się kot jego byłej kochanki.
Zadanie nie było trudne, a cel okazał się dobrą wymówką do tego, by pokręcić się po wieczornym, niedzielnym Wiedniu. Ulice były pustawe i spokojne, a człowieka ogarniała melancholia i bezgraniczny smutek, że już następnego dnia z rana, trzeba wracać do siebie.
Sam wieczór spędziliśmy znowuż na Donau Insel, gdzie w „niezależnej” knajpce sączyliśmy trunki i gdybaliśmy nad kolejnymi wyjazdami, które, kto wie, być może przed nami. Wiemy też z pewnością, że chcemy wpaść ponownie do Wiednia, w którym, ku mojej uldze, nadal czuję się jak w starym, dobrze znanym domu.
