piątek, 12 sierpnia 2011

Ringstrasse i inne wieczorne atrakcje

Przelot do Wiednia trwa dosłownie godzinę z minutami i to pierwsza rzecz, która odróżnia ten wyjazd od wszystkich wcześniejszych. Pociągiem jedzie się ponad siedem razy dłużej. Coś za coś. Samolot jest wygodny i szybki, ale to podróż pociągiem jest bardziej romantyczna i magiczna.

Nasz hostel, o nazwie „Strawberry” (i haśle reklamowym „jesteśmy czyści i smaczni niczym truskawki”) okazał się być wielkim turystycznym konglomeratem mieszczącym się w kilkupiętrowym budynku. Na dole w recepcji zawsze kłębił się tłum gości w każdym wieku. Od nastolatków, przez naszych rówieśników, kończąc na emerytach. Wszystkie pokoje były zarezerwowane i zdarzało się, że niektórzy pechowcy odchodzili z kwitkiem. Nasz pokój był mały, ale czysty i dosyć przyjemny. Obsługa, jak przystało na kasztanów (tak nazywają Austriaków mieszkający w Wiedniu Polacy), traktowała nas nieco z góry, a wszelkie uśmiechy wyglądały na wymuszone i dalekie od szczerości.

Sam Wiedeń... Cóż, nic się w sumie nie zmienił. Posiłkowałem się czasem mapą, ale okazało się, że niewiele zapomniałem z jego topografii. Przyjemnie spacerować po starych miejscach, przypominać sobie wydarzenia sprzed lat. Taką samą trasę pokonywaliśmy praktycznie za każdym razem, gdy tu przyjeżdżałem. Wieczorem kolacja w domu, rozpakowanie bagaży, a potem spacer – dokładnie taki sam, jak ten. Miło jest być niby daleko od domu, a jednocześnie czuć, że jest się w miejscu, które się bardzo dobrze zna. Pierwszego wieczoru, już po zmierzchu, udaliśmy się piechotą w stronę Katedry Św. Szczepana. Spacer Mariahilferstrasse, to trzeba przyznać, nie robił już takiego wrażenia jak wtedy gdy byłem dzieckiem bądź nastolatkiem. Światła miasta wydawały się być nieco przygaszone, wszystkie sklepy były już zamknięte, a restauracyjne stoliki świeciły pustymi miejscami. Minęliśmy Museum Quarter (ma już dziesięć lat!), skręciliśmy w Ringstrasse (nomen omen), pochodziliśmy chwilę po Hofburgu i weszliśmy w objęcia szykownego pierwszego bezirku. Kohlmarkt, chyba nadal najbardziej dostojna ulica całego Wiednia, wypełniona jest drogimi butikami, jubilerami i filiami drogich marek. Na wystawach nie ma cen. Po co denerwować przechodniów? Tak jak kiedyś, tak obecnie, spacer po ulicy przypomina człowiekowi, że przyjechał z trzeciego świata, a jego pensja to nadal szara końcówka cywilizowanego świata.

Stephansdom, pech, był w remoncie. Pomysłowi Austriacy pokryli go płachtą, która imitowała front Katedry, ale to jednak nie to samo. Zbudowano ją w XIII wieku, potem przez kolejne dekady poddawano remontom, wykończeniom, aż w końcu w wieku XVI ostatecznie uzyskała swój obecny, gotycki wygląd. Rozmiary świątyni nadal imponują, dominuje ona nad okoliczną zabudową i sprawia, że okoliczne, ogromne same w sobie, kamienice, nagle wydają się małe, nieśmiałe i skromne.



Jak zawsze w Europie Zachodniej, sporo czasu zajmuje nam znalezienie odpowiedniej restauracji. Odpowiedniej, czyli, pisząc po ludzku, taniej. Zupełnie przypadkowo trafiliśmy do wyszynku zlokalizowanego w samym historycznym centrum i jak się okazało później... było to najbardziej atrakcyjnie cenowo miejsce ze wszystkich, które potem widzieliśmy. Co nie zmienia faktu, że płacąc prawie 10 euro za wiedeński sznycel, ja i mój portfel, mieliśmy w oczach łzy.