sobota, 13 sierpnia 2011

Odwiedzanie punktów obowiązkowych

Rankiem nie mamy dla siebie litości i zrywamy się co blady świt, czyli koło jedenastej rano. Pierwsze kroki, jeszcze niepewne i skołowane, jak to na wyjazdach już bywa, kierujemy w stronę pobliskiej Billi, czyli istnej mekki zakupowego szaleństwa. Minęło ponad dwadzieścia lat od pierwszej chwili, gdy wkroczyłem pierwszy raz w ów świat bogactwa, kolorowych opakowań, kuszących zapachów, soczystych owoców, nieprzebranych słodyczy i rozlicznych kulinarnych tajemnic. I co? I nic! Nic się nie zmieniło. Może i mamy w Polsce „swoje” Carrefoury, Almy, Biedronki, Lidle i inne PiotroPawły. Ale Billa to nadal Billa. Symbol. Jakość. Oznaka dobrobytu. Po chwilowej zadumie zahaczającej o metafizykę rozmiaru chodnikowego, przychodzi czas na uzupełnienie zapasów (kanapki!) oraz jeszcze jedną wyprawę w mroczną przeszłość zapamiętaną oczami kilkulatka. Do dzisiaj kojarzę pyszne „owocowe” soczki sprzedawane w małych, plastikowych i wąskich buteleczkach koloru żółtego. Na górze szyjki miały swoisty „dzyngiel”, który się urywało, tworząc małą dziurkę przez którą spijało się ową ambrozję chlupiącą w środku. Co to była za radość dla kilkulatka, który w domu mógł liczyć, co najwyżej i od święta, na szarego „Ptysia” ze szklanej butelki. Nie miałem wątpliwości, że szansa znalezienia tego produktu po tylu latach jest praktycznie zerowa. Mamy rok 2011, świat poszedł do przodu, kobiety mają prawo głosować w wyborach, gejów nie pali się na stosach, mężczyźni używają kosmetyków innych niż mydło. A ja, naiwnie, zerkam na półki z napojami w poszukiwaniu symbolu wprost sprzed dwóch dekad. A jednak. Jest! Zepchnięte do niszy, smutne, nie pasujące do kolorowego towarzystwa, ale nadal są. Moje ukochane soczki, bastion normalności w upadającym świecie dookoła.

Wspomnienia tak łatwo zabić. A już najłatwiej zdecydowanie gdy wyciągnie się je z mroków przeszłości i postawi przed sobą odzierając z nimbu tajemnicy. Soczek w smaku przypominał te wesołe czasy, kiedy nikogo nie martwił chemiczny posmak i fakt, że w 200 ml płynu producenci zdołali rozpuścić dwa kilo białego cukru. To co powodowało szaleństwo zmysłów u ośmiolatka, u trzydziestolatka zakończyło się rozczarowaniem. Tak umierają legendy!


Czy po takim wstępie, reszta dnia mogła być nudna? Nabywamy bilety i zjeżdżamy w czeluść metra. Jak ja je kocham! Żadne inne, nawet nowojorskie, nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak owe wiedeńskie. Ponad sto stacji, pięć linii i to co lubię najbardziej, czyli różnorodność. Jest tu i nowocześnie (chociaż to taka nowoczesność z lat 80-tych) i staroświecko (nadziemne przystanki takie jak Gumpendorfer Strasse mają swój niezaprzeczalny urok wprost z epoki Monarchii). Samo metro nie jest szczególnie leciwe, pierwsze odcinki oddano dopiero w 1978 roku. Jednak linia U4 korzysta częściowo z dawnej trasy kolejki parowej i taka przejażdżka zawsze wywołuje we mnie najmilsze wspomnienia. Koła wagoników przetaczają się kaskadami, perspektywa nagle się rozszerza i można z góry zobaczyć las zabudowy ciągnący się w każdym kierunku. Zatrzymujemy się na bielonych przystankach, które wyglądają niczym wyjęte wprost z kart powieści Julisza Verne’a. Po chwili, pociąg zjeżdża w sieć tuneli, wracając w objęcia XXI wieku.




Lubię Wiedeń za ciągłość urbanistyczną, za miejskie, zamknięte przestrzenie i szacunek wobec przeszłości jaki wykazuje nowoczesność. Przez pierwszą część dnia spacerujemy po okolicach Placu Św. Szczepana, Hofburgu i nobliwych okolicach Pierwszego Bezirku. Współczesne plomby nie są tu wcale rzadkością, ale człowiek z trudem je dostrzega, tak dobrze i naturalnie komponują się ze starszym sąsiedztwem. Tu i tam, wchodzimy na kolejne place, z obowiązkowym pomnikiem pośrodku. Gdzie nie pójdziemy, tam zawsze znajduje się coś ciekawego, każdy kąt zachęcą do zaglądania do środka, kontemplowania i podziwiania. Odpracowujemy punkty obowiązkowe. Przychodzi więc pora na Museum Quarter. O tej porze dnia nie dzieje się tam nic ciekawego. Ale wieczorami miejsce buzuje życiem i gwarem rozmów. Kolorowe, masywne siedziska o dziwnych kształtach stoją puste, ochlapane deszczem – za kilka godzin zapełnią się bananową młodzieżą i osobnikami, którzy udają, że rozumieją sztukę nowoczesną.







Nic się nie zmienił także Parlament. Budynek stylizowany na grecką budowlę nadal jest jednym z najbardziej fotogenicznych miejsc całego miasta. Tu czuć jego klimat! Fontanna tryska wodą, panteon herosów zerka na siebie niezmienne od lat, a w tle przejeżdża brzęczący czerwony tramwaj. Stąd już tylko krok do kolejnego punktu, który jest w żelaznym repertuarze każdego mojego przyjazdu. Pod Ratuszem rozstawione są rozliczne namioty i stanowiska z jedzeniem. My zamawiamy dwa oryginalne piwa i chwilę odpoczywamy. Niby zobaczyliśmy tak niewiele, a jest już popołudnie, jesteśmy zmęczeni i czujemy w nogach przechodzone kilometry. Przez kolejne (kilka!) godzin ... szukamy knajpy godnej przyjęcia nas na obiad. Nie jest to łatwe i miejsce takie znajdujemy dopiero niedaleko naszego domu.







Wczesnym wieczorem wybieramy się na Prater. Zielone płuca miasta kryją główną atrakcję, czyli słynny park rozrywki. I nie chcę mi się powtarzać, ale muszę znowu – niewiele tu się zmieniło od ostatnich wizyt. Przybyło oczywiście nowych pozycji na liście tortur błędnika, ale stare ikony pozostały na swoim miejscu. W pierwszej kolejności, oczywiście Wiener Rieserad, czyli Diabelski Młyn. Znamy go z filmów – chociażby z „Trzeciego Człowieka” (o nim później) czy świetnego „The Living Daylights”, gdzie Bonda grał Timothy Dalton. Konstrukcja powstała pod koniec XIX wieku, przeżyła wojenną pożogę i cieszy się ogromną popularnością po dziś dzień. Kolejka do wejścia ciągnie się długo i skutecznie zniechęca nas do tego, by ewentualnie skosztować przejażdżki i widoku miasta z góry.




Ania postanawia skorzystać z najwyższej atrakcji parku – krzesełka bujają się ponad sto metrów nad ziemią, a mi robi się słabo od samego zadzierania głowy do góry. Nie dla mnie takie emocje, w takich miejscach jak to, zdaję sobie dobitnie sprawę z tego, że jestem istotą wybitnie naziemną, lubującą się w stałym kontakcie własnych stóp z gruntem.




Co chwila mijamy kolejne urządzenia, które potrząsają, wywracają, obracają i przewracają ludzi, którzy, o zgrozo, płacą za to i jeszcze się cieszą. Nigdy tego nie zrozumiem. Jednak i dla mnie znalazło się jedno, które, po pewnych nerwach z mojej strony, zdołałem usidlić i nawet mi się podobało... Ale w głowie się mi potem kręciło porządnie...


Pamiętam także, że w 1989 roku strasznie bałem się stanąć obok wielkiego goryla, który poruszał się ni stąd, ni zowąd, a tych którzy podchodzili za blisko oblewał wodą z ukrytej sikawki. Tym razem, pokonując lęki podświadomości, stanąłem dzielnie i zapozowałem do zdjęcia, które... powinno zostać zrobione dwadzieścia trzy lata temu!


Wystarczy przejechać kilka przystanków metrem by znaleźć się na Donau Insel. Jak sama nazwa wskazuje, jest to wyspa, która oddziela Dunaj Stary od Nowego. Cisza i spokój, modra rzeka koło nas. No, może nie do końca. Na środku zlokalizowane są bary, restauracje (praktycznie same „greckie tawerny”!), dyskoteki. Siadamy w wybranym miejscu, sączymy napoje i cieszymy się, że tak miło spędziliśmy ów dzień. Nieco jedynie żałujemy, że u nas w Warszawie brzeg Wisły nadal traktowany jest jak dopust Boży, a nie jako potencjalna atrakcja dla mieszkańców i turystów. Obserwujemy zachód słońca, odganiamy się od komarów i nucąc pod nosem kanony Johana Straussa, powoli wracamy do siebie.