czwartek, 11 sierpnia 2011

Miasto szpiegów i wspomnień


Wiedeń to coś więcej niż jedynie punkt na mapie. To coś więcej niż suma jego zachwycających zabytków, magii zaułków i tajemnic czających się na każdym kroku. To część mojego życia i wierny towarzysz praktycznie od chwili narodzin – jakby pompatycznie to nie brzmiało, jest to nadal prawda.

Dzięki temu, że moja ciocia zdecydowała się na początku lat 80-tych wyjechać do Austrii, mieliśmy w domu nieustanny powiew świeżego, zachodniego powietrza. Ile to wspomnień, ile przeżyć, które tak odcinały się od codzienności, że zostały ze mną do dzisiaj. Pamiętam te chwile, kiedy odbierało się z Dworca Centralnego tego czy innego członka rodziny, który wracał do domu obładowany torbami. A w nich – zabawki, słodycze, ubrania, czyli to wszystko czego brakowało naszej socjalistycznej ojczyźnie, bo nie miała czasu produkować tak prozaicznych rzeczy zaspokajających przyziemne ludzkie potrzeby. Na szary peron wjeżdżał z hukiem pociąg, z którego wysypywała się ówczesna kolorowa awangarda. Mogłeś mieć ojca w SB, a matkę w milicji, ale bez rodziny zagranicą nadal byłeś nikim, a smak banana czy pomarańczy czułeś góra raz do roku. Tymczasem, po posadzce peronu szurały wielkie walizki uginające się od zakupów. Zaduch dworcowy ustępował miejsca woni perfum, owoców, ubrań przesiąkniętych lepszym, zasobnym światem. Nawet ludzie byli przez chwilę inni – szczęśliwi, radośni, zupełnie nieprzypominający tych, których spotykałem potem w tasiemcowych kolejkach po wszystko. Po chwili cały ten wariacki korowód rozchodził się w swoje strony i szarość znowu przejmowała władzę nad peronem nr 1 Dworca Centralnego w Warszawie. Lubiłem jako młokos te wyprawy, chociaż zazwyczaj były one dla mnie pełne nerwów i niekoniecznie pozytywnych emocji. Szczególnie, gdy tłumaczono mi, że ten pan ubrany w dżinsową kurtkę to moj tata, podczas gdy mój umysł uparcie powtarzał mi, że go wcale nie kojarzy z tej roli. Czterolatki tak ponoć mają, szczególnie po dłuższych rozłąkach...

Jako kilkuletni myśliciel, niejedną chwilę spędzoną na nocniku poświęciłem rozważaniom o naturze stosunków geopolitycznych lat 80-tych. Świat wydawał mi sie być podzielonym na dwie części. Jedna z nich to była nasza Polska – mała, biedna i odizolowana. Dumna swoją przeszłością (ach, te historyczne mapy, gdy nasze granice sięgały Moskwy!), ale wtedy spędzająca czas głównie w kolejkach sklepowych. Wszystko dookoła zaś to była Austria – kraina miodem i mlekiem płynąca. To było hasło i klucz do szczęścia. Wszystko co dobre, pochodziło właśnie stamtąd. Ładne? Bo z Austrii właśnie. Coś się zepsuło? Musiało być „ruskie”, tudzież nasze. Ojciec dbał o to by mały Sadat nie miał wątpliwości, który system ekonomiczny jest wydajniejszy i co należałoby zrobić z Jaruzelskim i Kiszczakiem. Nie rozumiałem zupełnie dlaczego my u nas nie mieliśmy nic, podczas gdy w tej mitycznej Austrii jest wszystko (i wydawało się, że owe wszystko dosłownie leży na ulicy). Dlaczego w sklepie „Plastuś” jedyne zabawki to plastikowe żołnierzyki i drewniane klocki, podczas gdy „gdzieś tam” są tysiące zestawów klocków Lego i niezliczone resoraki Matchboxa? Dlaczego jem te słodkie banany, pomarańcze i posypowane cukrem grejpfruty tylko wtedy, gdy ktoś je przywiezie z Wiednia? Czemu na codzień są u nas tylko szare jabłka o smaku papieru toaletowego? Dlaczego zachodnie czasopisma pokazują kolorowy świat i uśmiechniętych ludzi? Dlaczego ich ulice pełne są ładnych samochodów i witryn, które aż roją się od bogactwa przedmiotów? Dlaczego oni ubierają się kolorowo, a my tylko na szaro-buro? Dlaczego u nas nie ma nic i po owe nic, i tak trzeba stać w kolejkach? Pytania, pytania, pytania! Jako młody człowiek czułem już, że z tą Polską jest coś nie tak i tego uczucia nie wyzbyłem się po dziś dzień.

Kochałem oczywiście dostawać te wszystkie zabawki, ale kto wie czy nie bardziej, uwielbiałem oglądać zdjęcia z Wiednia. A na nich – znajome twarze, ale w innym świecie. Jaki szok wywołało u mnie takie zrobione na bodaj Westbanhofie. Peron był taki czysty, a pociąg aż pachniał świeżością. Stoły podczas imprez były zastawione kolorowymi produktami. Piwo było w puszkach, a nie paskudnych butelkach! Napoje w niczym nie przypominały rodzimych Ptysi. Ulice były pełne przechodniów, stolików i sklepów, w których, ot tak, od ręki, można było kupić co tylko fantazja podpowie. No i było tam metro! Najprawdziwsze, ogromne, nawet na fotografiach kuszące sekretnością i przygodą.

Kiedy pierwszy raz pojechałem do Wiednia miałem osiem lat. Był marzec 1989 roku i Polska nadal podążała „socjalistyczną drogą w kierunku komunizmu”. I wtedy pokochałem to miasto miłością bezgraniczną i bezwarunkową. Kocham je bardziej niż rodzimą Warszawę i te wszystkie miasta, które napotkałem na swojej drodze do tej pory. Pierwsze klarowne wspomnienia z dzieciństwa pochodzą właśnie z owej wiosny pamiętnego roku. Wryło mi się w pamięć na wieki – wzgórze Kahlenberg, Grinzing, bazary, zakupy w Billi i sklepowe witryny, tramwaje jeżdżące podziemnymi trasami (tak wiem, że to małostkowe).






Potem wracałem do niego kilka razy, ile – nie pamiętam nawet dokładnie. Ostatni raz byłem tam w 2003 roku i z niecierpliwością czekam na kolejną sposobność i takie atrakcje jak: spacer po Mariahilfer i zerkanie w archaiczne już wystawy pamiętające moją debiutancką wizytę, pierwszy Bezirk, Hofburg wieczorem, stukot końskich kopyt po bruku, hałas przejeżdżającego metra, dzwonek tramwaju, powagę bijącą od Stenphansdom, a w końcu (może) wino wypite pod Ratuszem. To aż niezdrowe, ale radość z wyjazdu do Wiednia odczuwam chyba większą niż wtedy, gdy stawiałem stopę w zupełnie nowym i obcym kraju. Poniekąd – to jak powrót do domu pamiętanego mgliście z dzieciństwa. Człowiek zastanawia się wtedy jedynie, czy dawne wspomnienia nie zostaną zrewidowane rzeczywistością obserwowaną okiem trzydziestolatka, ale w przypadku tego miejsca, takie obawy raczej nie występują. Ten trzydziestolatek w Wiedniu zamieni się niepostrzeżenie w to dawne ośmioletnie dziecko, które mogło przez cały dzień nie wychodzić z metra.