Zacząłem podróżować po śmierci mojego taty. Umarł nagle. Zawsze powtarzał „chciałbym to, tamto” ale rzadko zabierał się do realizacji. Aż w końcu było za późno. Spojrzałem na siebie i pomyślałem, że jak się ma jakieś marzenia, to trzeba je realizować. Bo nigdy nie wiadomo co się stanie jutro. Zacząłem więc jeździć. Bo zawsze chciałem. Bo zawsze zerkałem na globus, czytałem książki „o dalekich krajach”, bo też chciałem zobaczyć Piramidy, Morze Karaibskie, Statuę Wolności. Chciałem oglądać świat inny od mojego. Podróżowałem w różne miejsca. To tylko zwykła turystyka, tak naprawdę, nic wielkiego przecież, ale dla osoby która rzadko opuszczała miejsce zamieszkanie, dobry i Sztokholm czy Monachium. Miejsca były fajne, mniej fajne, dalekie i bliższe. Takie cywilizowane i takie całkiem dzikie. Stało się to moją pasją, moim hobby. Znakiem rozpoznawczym. Dopiero niedawno zdałem sobie sprawę, że ta mania to także jad. Ta pasja to moje przekleństwo. To dewiacja, która wcale nie cieszy, a raczej przeraża. To nie spełnianie marzeń, a uciekanie od tego co jest tutaj, co na mnie czeka. Podróżowanie wcale nie daje szczęścia. To chwilowa przerwa w codzienności, po której ta codzienność wygląda gorzej niż wtedy gdy ją się zostawiło. To po prostu akt tchórzostwa.
Mijają dwa lata od mojej „zmiany”. Co przez ten czas zdobyłem? Czy stałem się lepszym człowiekiem? Czy naprawdę, poza tym, że zobaczyłem tyle pięknych miejsc, coś we mnie z nich zostało? Po każdej podróży wracałem może mądrzejszy, bogatszy w doświadczenia, ale w żaden sposób tego nie przełożyłem na rzeczywistość. Po Tajlandii wróciłem pełen spokoju. Widziałem biedę i problemy, ale także uśmiechnięte twarze tubylców. Widziałem bezdomnych na ulicach Bangkoku, którzy na mój widok nie wyciągają ręki, ale dawali mi za darmo uśmiech na swych twarzach. Wykasowałem się ze złości i żółci, doceniłem siebie i swoje życie, ale po kilku dniach wszystko wróciło do normy. Karaibski luz też ze mnie szybko uleciał. To co było wspaniałą przygodą, teraz jawi się jako rajska jabłoń, która mnie skusiła swoim smakiem. I zwiodła na manowce. Byłem w złym miejscu, podczas gdy powinienem być zupełnie gdzieś indziej. Nic z tego wszystkiego mi nie pozostało, poza wspomnieniami i zdjęciami. Na te ostatnie nie mogę patrzeć, bo są dowodem mojej głupoty. Każda podróż uczy, ale ja po prostu nie umiem tego wykorzystać.
Dlatego postanowiłem, że koniec z tym. Być może pojadę jeszcze do Stambułu, ale to będzie mój łabędzi śpiew. Nie będzie więcej szukania biletów, radosnego planowania i kolejnych pięknych miejsc podziwianych samemu. Nie będzie już odliczania do ucieczki, wylotów. Nie będzie już problemów, które po przylocie machają do mnie „przyjaźnie” ręką na Okęciu, mówiąc „dobrze, że jesteś. Sporo się tu zmieniło na czas Twojej nieobecności”.
Czas w końcu stanąć im naprzeciw.