czwartek, 29 października 2009

Stambulska meduza

Stambuł zbliża się do mnie nieśmiałymi, małymi kroczkami. W sumie te bilety pochodzą jeszcze z innego świata. Świata w którym byłem wesołym młodym człowiekiem, w którego głowie istniały jedynie podróże, a cała reszta była ledwie tłem zawadzającym w realizacji pasji. Dzisiaj, cóż sam jestem dziadkiem, więc cóż mógłbym dać swojemu wnuczkowi, jeśli nie Werters Original?

Mamy już zabukowany nocleg – nazywa się Meduza i wygląda nawet miło. To znaczy – jeszcze wygląda miło, ale to się zmieni. Nieco mi szkoda tych nieświadomych niczego Turków, nie wiedzą co robią. Ale się dowiedzą i to bardzo boleśnie.


Hotel był, tzn. jest położony w dobrej dzielnicy. Stąd blisko do ruin, tzn. zabytków.

Bo tak w ogóle, to oficjalnie nie jest to hostel tylko HOTEL. Hotel czyli luksus i życie bez karaluchów. Ostatni raz takie wnętrza oglądałem na własne oczy lata temu, gdy miałem fajne hobby z kumplem – chodziliśmy sikać do wytwornych warszawskich hoteli :)

W tym też bym się z chęcią odlał i jest to wysokiej klasy komplement.

Nawet taras tam mają widokowy, który będzie ostoją ciszy und spokoju tylko do momentu w którym nie odkryjemy jak się na niego wchodzi.

Niestety, romantycznych kolacji przy świecach nie mamy w planach.

Przepych pokoi nieco mnie wręcz onieśmiela. Wielkie wnętrza, bogactwo zdobień, rozliczne multimedia, piękne oryginalne obrazy.

Tak naprawdę to już widzę zieloną narośl na podłodze i mam świadomość, że to zdjęcie zna się bardzo dobrze z panem fotoszopem.

Ale ogólnie, będzie fajnie. Nam będzie fajnie, a osobom które napotkamy na swojej drodze, szczerze współczujemy. Macie jeszcze ponad miesiąc na zmianę swoich planów i radzę się nad tym pomysłem dobrze zastanowić.

środa, 7 października 2009

Tak dla potomności i pamięci

Mimo ogólnego marazmu i tego, że poprzedni wpis jest nadal aktualny, w grudniu lecę do Stambułu z circumnavigatorem Robem.
Czyli jest tak jak chciałem – nie lecę sam.
Nie będzie co prawda wspólnych spacerów za rączkę wzdłuż Bosforu, czułych słów szeptanych w świetle księżyca, nie będzie zalotnych spojrzeń posyłanych zza zawstydzonych policzków, gdy zwiedzać będziemy wnętrze haremu... Można się za to spodziewać typowo męskich rozrywek, czyli picia piwa, jedzenia kebabów, gwizdania na kobiety (one to lubią!), palenia fajki wodnej i rozmów o życiu, mediach oraz grp’sach. Stambuł o tej porze roku może być pokryty śniegiem, zalany deszczem albo też może obdarować nas dosyć ładną pogodą i temperaturą w okolicach 15 stopni. Nie wiemy jak będzie ale wiemy jedno, to miasto po 6 grudnia nigdy już nie będzie takie samo. Więc jeżeli chcecie je zwiedzić, zróbcie to przed nami. Inaczej będziecie zmuszeni podziwiać jedynie takie ruiny jak te poniżej.

piątek, 2 października 2009

Takie małe epitafium na (chwilowy) koniec

Zacząłem podróżować po śmierci mojego taty. Umarł nagle. Zawsze powtarzał „chciałbym to, tamto” ale rzadko zabierał się do realizacji. Aż w końcu było za późno. Spojrzałem na siebie i pomyślałem, że jak się ma jakieś marzenia, to trzeba je realizować. Bo nigdy nie wiadomo co się stanie jutro. Zacząłem więc jeździć. Bo zawsze chciałem. Bo zawsze zerkałem na globus, czytałem książki „o dalekich krajach”, bo też chciałem zobaczyć Piramidy, Morze Karaibskie, Statuę Wolności. Chciałem oglądać świat inny od mojego. Podróżowałem w różne miejsca. To tylko zwykła turystyka, tak naprawdę, nic wielkiego przecież, ale dla osoby która rzadko opuszczała miejsce zamieszkanie, dobry i Sztokholm czy Monachium. Miejsca były fajne, mniej fajne, dalekie i bliższe. Takie cywilizowane i takie całkiem dzikie. Stało się to moją pasją, moim hobby. Znakiem rozpoznawczym. Dopiero niedawno zdałem sobie sprawę, że ta mania to także jad. Ta pasja to moje przekleństwo. To dewiacja, która wcale nie cieszy, a raczej przeraża. To nie spełnianie marzeń, a uciekanie od tego co jest tutaj, co na mnie czeka. Podróżowanie wcale nie daje szczęścia. To chwilowa przerwa w codzienności, po której ta codzienność wygląda gorzej niż wtedy gdy ją się zostawiło. To po prostu akt tchórzostwa.
Mijają dwa lata od mojej „zmiany”. Co przez ten czas zdobyłem? Czy stałem się lepszym człowiekiem? Czy naprawdę, poza tym, że zobaczyłem tyle pięknych miejsc, coś we mnie z nich zostało? Po każdej podróży wracałem może mądrzejszy, bogatszy w doświadczenia, ale w żaden sposób tego nie przełożyłem na rzeczywistość. Po Tajlandii wróciłem pełen spokoju. Widziałem biedę i problemy, ale także uśmiechnięte twarze tubylców. Widziałem bezdomnych na ulicach Bangkoku, którzy na mój widok nie wyciągają ręki, ale dawali mi za darmo uśmiech na swych twarzach. Wykasowałem się ze złości i żółci, doceniłem siebie i swoje życie, ale po kilku dniach wszystko wróciło do normy. Karaibski luz też ze mnie szybko uleciał. To co było wspaniałą przygodą, teraz jawi się jako rajska jabłoń, która mnie skusiła swoim smakiem. I zwiodła na manowce. Byłem w złym miejscu, podczas gdy powinienem być zupełnie gdzieś indziej. Nic z tego wszystkiego mi nie pozostało, poza wspomnieniami i zdjęciami. Na te ostatnie nie mogę patrzeć, bo są dowodem mojej głupoty. Każda podróż uczy, ale ja po prostu nie umiem tego wykorzystać.
Dlatego postanowiłem, że koniec z tym. Być może pojadę jeszcze do Stambułu, ale to będzie mój łabędzi śpiew. Nie będzie więcej szukania biletów, radosnego planowania i kolejnych pięknych miejsc podziwianych samemu. Nie będzie już odliczania do ucieczki, wylotów. Nie będzie już problemów, które po przylocie machają do mnie „przyjaźnie” ręką na Okęciu, mówiąc „dobrze, że jesteś. Sporo się tu zmieniło na czas Twojej nieobecności”.
Czas w końcu stanąć im naprzeciw.