poniedziałek, 14 maja 2018

13-14.05, Jak zostałem Kaszubem

“Kupujcie ziemię, już jej nie produkują” powiedział ponoć Mark Twain, co do dziś powtarzają za nim co obrotniejsi sprzedawcy gruntów. Wziąłem sobie te słowa mocno do serca i postanowiłem, że 37 lat to idealny wiek na to, by stać się właścicielem kawałka ziemi. To znaczy, kolejnego jej kawałka, bo kilka lat temu już zanabyłem siedlisko na Północnym Mazowszu. Teraz zamarzyło mi się coś zlokalizowanego dalej, coś z potencjałem turystycznym i szansą na byciem przyjemną samotnią na stare, mam nadzieję, że dostatnie, lata. Negocjacje z żoną nie należały do łatwych, ale ostatecznie, znalazłem w jej osobie współudziałowca i wyposażony w akcept mojego planu, zacząłem szukać sensownej lokalizacji pod powiedzmy, że inwestycję.

Na szczęście, szybko trafiłem na fajną agencją nieruchomości, która specjalizuje się właśnie w spełnianiu marzeń takich jak ja. Wybrałem trzy najbardziej mnie interesujące miejscówki, pobrałem koordynaty, no i oczywiście, grzecznie spławiłem agenta, który chciał ze mną je wszystkie objechać. W tzw. międzyczasie podszkoliłem się z prawa i ogólnej wiedzy o gruntach. Znalazłem i przeczytałem wszystkie miejscowe plany zagospodarowania. Zajrzałem też do strategii tworzonych przez powiaty i uzbrojony w szereg zaskakujących informacji, ruszyłem przed siebie. Szczególnie lektura tych ostatnich publikacji była pełna niespodzianek. Na przykład, w jednym miejscu swojej strategii powiat dumnie informował o powstaniu wodociągu, w drugim zaś skonkretyzował kiedy to nastąpi - w taki sposób, że wiadomo, że nie nastąpi w ogóle. Niektóre urzędy chwaliły się sukcesami, ale były też takie, które wprost pisały, że nie nadają się do niczego i że generalnie to ich powiat jest skazany na wegetację. Czytałem te wypociny z wypiekami na moich pulchnych policzkach.

Zjadłem obiad, ucałowałem dzieci i żonę, spakowałem walizkę. Wyjechałem w niedzielę po południu, do domu miałem wrócić w poniedziałek wczesnym wieczorem. Do pokonania miałem blisko 1200 kilometrów, ale świetna pogoda i zew przygody sprawiał, że w ogóle nie myślałem o tym, jak karkołomne to wyzwanie. Szczególnie, że moja trasa miała również ogromne walory krajobrazowo-poznawcze. Jechałem w okolice, których nie znałem, a których, im więcej o nich czytałem, byłem ciekaw. W pierwszej kolejności, Pojezierze Poznańskie i miała wieś Nienawiszcz.

Dojazd na miejsce był rozkoszą. Od momentu zjazdu z autostrady zrobiło się wiejsko, sielsko i anielsko. Niedaleko potencjalnej działki było jezioro z plażą, dookoła mnóstwo lasów. Nawet mi się tam podobało, ale na moje nieszczęście (albo szczęście) zajechałem do wioski z innej strony niż powinienem. Zobaczyłem tam nieco smutniejszych widoków, w tym PGR-owskie bloki porzucone w środku ziemniaczanych pól. Mieszkać w czymś takim, to musi być podwójna mordęga. Niedość, że na wsi, czyli daleko od cywilizacji, to jeszcze w bloku, czyli z sąsiadami na dole, górze i po bokach.

Sporządziłem staranne obserwacje dla mojego współinwestora, ale w sumie decyzję podjąłem już na miejscu. Nie dla nas. Głównie przez to, że rzeczona plaża nad jeziorem to jedyna atrakcja okolicy. Byłem tam koło 19-tej i nie zastałem nikogo, ale w powietrzu czułem jeszcze zapach wczorajszego piwa, grilla i tłumów okolicznej ludności. Do których byśmy chyba jednak nie pasowali. Mimo to, Nienawiszcz okazał się sympatyczny i zanim ruszyłem dalej, spędziłem tam trochę czasu.

Musiałem się jednak spieszyć, bo do hotelu miałem kilka godzin jazdy, a słońce już zachodziło. Zachodziło, ale coś zajść nie mogło - dawno nie jechałem w takich warunkach. Jasno było naprawdę do późnego wieczora, co tylko potęgowało mój dobry humor i wakacyjny nastrój. Sama trasa też była fajna. Jechałem prostą, dobrze utrzymaną drogą do Czaplinka. Mijałem miejscowości, których do tej pory nigdy nie widziałem na oczy. Ot chociażby, Wałcz. Kojarzę, że jest tam klub, który nazywa się Orzeł Biały. Oraz, że jest to miasto rodzinne Krzysia Głowackiego, naszego eksportowego boksera, byłego mistrza świata, a ostatnio, bohatera serwisów plotkarskich. Z okna auta widziałem spokojne kamienice, brzeg jeziora, kebaba i restaurację z białymi, komunijnymi obrusami.

Mój hotel w Czaplinku był wyborem podyktowanym wyłącznie brakiem alternatyw. Po prostu w tej części Polski, tj. na Pojezierzu Drawskim, nie ma zbyt wielkiej bazy noclegowej. Co zaskakuje, bo okolice są przepiękne i klimatyczne. Zakładam więc, że to się pewnie z czasem zmieni. Tymczasem tej nocy, w Hotelu Paradiso byłem jedynym klientem, dostałem więc pewnie i tak najlepszy pokój. Z małym lufcikiem zamiast okna, za to z wielką fototapetą na całą ścianę, która przedstawiała anonimowy, śródziemnomorski landszaft. Wystrój i kolorystyka szału nie robiły, a o działającej restauracji mogłem tylko pomarzyć. Więc się wykąpałem i położyłem spać. Śniłem o tym, że porzuciłem swoją branżę i zostałem przedstawicielem handlowym, który jeździ po całym kraju z psią karmą. Znałem kiedyś człowieka, który w ten sposób zarabiał na życie i wiecie co robi obecnie? Po latach bycia radnym z ramienia PiS, awansował na dyrektorskie stanowisko w TVP. Piękna historia pokazująca, że jak się chce, to można osiągnąć wszystko o czym się marzy. O ile oczywiście należy się do odpowiedniego zakonu.

***

Śniadanie utwierdziło mnie w przekonaniu, że mój hotel to miejsce stworzone nie dla turystów, a raczej dla tzw. tranzytu, czyli ludzi drogi. Moja jajecznica składała się z ośmiu jaj. Ośmiu! A byłem sam przecież. Chleba dostałem cały bochenek, do tego tyle wędliny ile jem przez tydzień, nie wspominając już o serach. Ilości były zadziwiające, ale jeszcze bardziej zdziwiło mnie to, że skoro serwują takie śniadanie, to na pewno są ludzie, którzy tyle jedzą.

Pochłonięty myślami o dietetyce pożegnałem się z Czaplinkiem. To ciekawa miejscowość, ale niestety, czułem, że muszę się sprężać żeby zdążyć. Już wczorajsza trasa pokazała mi, że moja “wycieczka” to przedsięwzięcie ambitne. Trasa znowuż była wspaniała. Minąłem Zamek Drahim i wjechałem w objęcia Drawskiego Parku Krajobrazowego, gdzie co chwila, cmokałem z zachwytu i wydobywałem z siebie największy dowód uznania jaki wydać może przeciętny Kowalski. Postanowiłem, że trzeba tu będzie kiedyś przyjechać z całą rodziną.

Po wyjechaniu z leśnych zastępów wjechałem w “prawdziwe” Pomorze Zachodnie. Dominować zaczęły znowu pola, w tych dniach, kwitnące żółtym rzepakiem. Idylla, aczkolwiek nie dla tubylców. Mijając rozliczne wioski, zza okien słyszałem jak piszczy w nich bieda i beznadzieja. Bo stąd jest naprawdę wszędzie daleko, a już najdalej to chyba do godnego życia i sensownych pensji. Żeby się o tym przekonać wystarczyło zapoznać się ze strategiami powiatów, dokumentami ogólnie dostępnymi, które w przypadku np. takiego Świdwina, mówią jedno: nie radzimy sobie, spadamy, cześć i pa. Nie brzmiało to zachęcająco.


A szkoda. Bo tereny piękne. Szczególnie, że oglądana działka była tuż nad sporym, częściowo dzikim jeziorem. Mieć domek w takiej okolicy, to marzenie, ale doszedłem do wniosku, że znowuż, chyba nie dla nas. Przede wszystkim, przez dojazd. Z Warszawy jedzie się tu jakieś siedem godzin. Z dziećmi to pewnie ponad osiem. “Trochę” za dużo jak na destynację urlopową, która ma być w przyszłości odwiedzana np. na weekend. Zaś lepszej jakości droga łącząca tą część kraju ze stolicą raczej nie powstanie w ciągu najbliższych lat.

Była 10:30, a ja musiałem jechać dalej. Do ostatniego miejsca, zlokalizowanego na dalekich Kaszubach. Nie chcę się powtarzać, więc nie napisze już nic o idealnej pogodzie, czy pustych, uroczych drogach. Dotarcie na miejsce zajęło mi sporo czasu, ale było warto, bo od razu uznałem, że to właśnie jest to, czego szukamy. Co prawda, nasze siedlisko nie leżało nad żadnym jeziorem, ale posiadało inne zalety. Takie jak pofałdowany lekko teren, ogrom lasów dookoła, jak i to, że w okolicy było mnóstwo atrakcji. Począwszy od przyrodniczych, takich jak rozliczne akweny wodne, w tym jeziora lobeliowe, kończąc na Zamku Krzyżackim w pobliskim Bytowie. Do Warszawy też nie było daleko, a przynajmniej, pocieszałem się tym co pokazywał mi GPS. Dojazd do domu w cztery i pół godziny brzmiał jeszcze sensownie.


W ten sposób staliśmy się właścicielami małej działki na Pojezierzu Bytowskim, w gminie tzw. dwujęzycznej, czyli takiej, gdzie spora część mieszkańców używa języka kaszubskiego. Niezła egzotyka. Pozostaje mieć nadzieję, że będzie nam dobrze służyła, a w przyszłości, będziemy jej częstymi gośćmi. Czy raczej, że będziemy jej gospodarzami, bo choć trudno mi w to uwierzyć, ja, mieszczuch z Warszawy, stałem się właścicielem skrawka pięknych Kaszub. A więc, do uzdrzeni, jak to się to “u nas” mawia.

czwartek, 3 maja 2018

29.04 - 03.05, Najdłuższa Majówka Współczesnej Europy

Majówka w tym roku była dla klasy pracującej nader łaskawa. Trzy dni urlopu dawały nawet dziewięć dni wolnego. Wystarczająco dużo, by pojechać na olinkluziw do Tunezji albo innego Marokoka, pomyślałem pakując rodzinę na wyjazd na … Mazury.

Cel: Ostróda. Chciałbym napisać, że nigdy tam nie byłem, ale nie byłaby to prawda. Podczas wakacji A.D. 2015 zajechałem tam po drodze i zapamiętałem to miasto z koszmarnego korka oraz tego, że wjechałem pod prąd w jednokierunkową uliczkę. Na szczęście, bez konsekwencji, ale emocji nie brakowało. Widok ludzi jadących wprost na Ciebie i pukających się w czoło, należy przecież do niezwykle emocjonujących. Wspaniałe wspomnienia. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać tylko to, że i wtedy i obecnie nie widziałem przy wjeździe do tej uliczki stosownego zakazu. Tajemnica godna drogowego Archiwum X.

Zbliżająca się wizyta w tym mieście zachęciła mnie do podszkolenia się z zakresu wiedzy geograficznej. A dokładniej, tego jak i gdzie przebiega granica pomiędzy Warmią, a Mazurami. Dzięki temu, upewniłem się, że Ostróda przynależy do tych drugich, co wcale nie jest takie oczywiste, gdy patrzy się na mapę i widzi się jak blisko jest stamtąd do takiego Olsztyna.

Nie jest to również oczywiste, gdy pamięta się, że oba regiony różniły się stopniem nasilenia “polskiego żywiołu”. Na Warmii był on zdecydowanie silniejszy, na Mazurach zaś już silnie zgermanizowany, czy też po prostu, germański. Tymczasem, dawna Ostróda była w dużym stopniu polska, aczkolwiek do macierzy wróciła dopiero w 1945. Przeprowadzony w 1920 roku plebiscyt okazał się nad nas totalną klęską, również w tym regionie.

***

Tyle historii. W Ostródzie nie zachowało się po niej wiele, bo jak można się domyśleć, Armia Czerwona gdy wyzwalała to miasto, nie spieszyła się jeszcze na Berlin, więc w tzw. międzyczasie zdążyła je porządnie przetrzebić. Jak podają źródła, podczas walk z Niemcami zniszczono pięć budynków. Pozostałe 495 dokonało swego żywota w kolejnych miesiącach. Gdy w maju 1945 roku władzę przejmowali od komunistów radzieckich komuniści polscy, Ostróda była zdewastowana w 60%, a zniszczenia dotyczyły przede wszystkim tzw. tkanki historycznej oraz oczywiście przemysłu. Nie znaczy to jednak, że nie zachowało się zupełnie nic. W centrum jest trochę starych kamienic, do tego, kilka kościołów, na czele z kościołem gotyckim pw. Św. Dominika Savio.


Oraz oczywiście Zamek Krzyżacki. Gdybym był złośliwy, mógłbym napisać, że z boku wygląda on na przerośniętą stodołę. Mógłbym też podkreślić to, że jego elewacja jest praktycznie w ogóle pozbawiona detali, co sugeruje (zresztą zupełnie słusznie), że przeszłość obchodziła się z nim raczej brutalnie, a to, co widzimy obecnie, to efekt rekonstrukcji. Mógłbym też zwrócić uwagę na jego sąsiedztwo, przede wszystkim, współczesną zabudowę blokową. Mógłbym, ale po co.



Zamek w istocie jest bowiem ujmujący, bezpretensjonalny i utylitarny. Jego czerwone mury, ilekroć je widziałem, zawsze mnie cieszyły. Spacerowałem wzdłuż nich z radością. Jego wnętrza służą mieszkańcom. Każdy może więc wejść na dziedziniec, gdzie zresztą warto wejść, bo jest tam nieco bardziej “zdobnie” niż na zewnątrz. Znajduje się tam chociażby tablica pamiątkowa, która przypomina, że w Ostródzie nocował sam Napoleon Bonaparte.

W 1807 roku zatrzymał się tu na cały miesiąc, w praktyce, rządził stąd swoim Cesarstwem. Wydarzenie to zostało uwiecznione również w obrazie. Nazywa się on “Napoleon użyczający łask mieszkańcom Ostródy”, jest zdeponowany w Wersalu i stanowi dobry przykład typowej dla polityki obłudy. W praktyce bowiem, armia cesarska przez miesiąc Ostródę grabiła i gwałciła, co trudno nazwać w jakikolwiek sposób łaską.

Spacerując po okolicach trafiłem również na ostródzki rynek. Jego centralnym punktem jest, ciekawostka, świeżo wybudowany ratusz. Który jest “wierną w założeniach” kopią budynku, który nie przetrwał aktów łaski użyczanych z kolei temu miastu przez wspomnianą już Armię Czerwoną. Tak poza tym, można by się zupełnie nie zorientować, że to historyczny środek Ostródy, ponieważ zabudowa dookoła stanowi typowy misz-masz komuny ze współczesnością. O tym, że jest to coś więcej niż zwyczajna okolica, sugerować może co najwyżej stara fontanna i wysokie stężenie sklepów oraz banków.

Kilka dni w Ostródzie były dla nas prawdziwym odpoczynkiem. Pogoda była idealna. Ludzi trochę, ale nieprzesadnie znowu dużo. Spędzaliśmy sporo czasu w okolicach Jeziora Drwęckiego, którego brzegi kuszą zarówno ciszą, jak i atrakcjami sprofilowanymi pod gusta masowego klienta. Sękacze, lody włoskie, a nawet hamburgery i inne frykasy dla wielkomiejskich portfeli. Było w czym wybierać i było gdzie wydawać pieniądze.

Ten klimat zachęcał mnie dodatkowo do rozmyślań. Udało mi się wymyślić, że Ostróda to miasto żyjące w symbiozie z wodą, koleją i żulami. O pierwszej już wspomniałem. W końcu, to tutaj swój bieg zaczyna słynny Kanał Elbląski, czy raczej, Kanał Ostródzko-Elbląski. Co do drugiego, przez środek miasta przechodzą tory kolejowe. Które je dosłownie przerywają na pół. Ilekroć przejeżdża jakiś pociąg i zamyka się przejazd, zaczynają się tworzyć ogromne korki. Wystarczy dosłownie minuta, by pół miasto stało, a drugie pół, wdychało skondensowane spaliny tutejszych Passatów TDI. No niefajne to trochę i to podwójnie, bo ja uwielbiam kolej, a domyślam się, że w takiej Ostródzie jej wrogowie dostają do ręki aż za dużo argumentów na rzecz jej pozbycia się. Byłoby, mimo wszystko, szkoda.

Żule z Ostródy to też swoista ciekawostka. Państwo okupowali ławki koło jeziora od rana do wieczora. Nie byli agresywni, za to zadziwiająco liczni, rozśpiewani i radośni. Podczas któregoś ze spacerów widziałem jednego dżentelmena, który śpiewał wybrance swojego serca “Biełyje Rozy”. Chwyciło mnie to za serce i zostało ze mną na długo.


***

Ostróda to też dobry punkt wypadowy w okoliczne atrakcje. Których nie brakuje. Jednego dnia odwiedziliśmy ponownie Jezioro Narnie. Byliśmy tam już lata temu i wszystkie ówczesne obserwacje, znalazły ponowne potwierdzenie. Dookoła nas, wszędzie jak okiem sięgnąć, głównie tzw. “klasa dresiarska”. O 10:30 każdy paradował już z piwkiem i obowiązkowo, bez koszulki. Żeby można było podziwiać tatuaże, czyli obowiązkowe, plemienne trajbale i znaczki a’la chińskie menu. Nie nasz klimat oczywiście, a trochę szkoda, bo okolica jest nader urodziwa. Ale nie mam wątpliwości, że tam na pewno nie przyjadę na dłużej, bo nie mam żadnych problemów. A pytanie o posiadanie takowych się zapewne tu dosyć często słyszy.


Odwiedziliśmy też Gietrzwałd. A raczej, tamtejszą ludyczną knajpę, która niestety, karmi coraz słabiej, przynajmniej wg nas. Co w sumie nie dziwi, bo klientela dopisuje, a skoro tak, nie trzeba przesadnie dbać o jakość.

Byliśmy też w kolejnym skansenie. Tym razem w Olsztynku. Fajne miejsce i podobnie jak inne tego typu placówki, zaskakująco nowoczesne, schludne i ciekawe. Przeniesiono tu budynki, które pokazują jak wyglądała dawna warmińska wieś przed laty. Jest więc drewniany kościółek, zagrody, domostwa, począwszy od skromnych do szykownych. Biegają zwierzęta. Kupiliśmy dzieciom gliniane koguciki, które przez następne miesiące przypominały nam o tym miejscu swoim świdrującym dźwiękiem.

sobota, 21 kwietnia 2018

19-21.04, Mind the Gap, vol. III

Znowu Londyn. I znowu służbowo. Te same obserwacje co ostatnio. Po pierwsze, już nie lubię lotnisk. Już nie lubię latać. Męczy mnie to. Po drugie, to miasto jest przerażające pod kątem swych rozmiarów. Mieszkaliśmy w dzielnicy Shoreditch, niby w centrum, ale w praktyce, do takiego Big Bena miałem ponad 5 kilometrów drogi, tj. ponad godzinę na piechotę w jedną stronę.

Nasz hotel przedziwny i warty wspomnienia. Kosztował krocie, ale to jest nieistotne. Istotne jest to, że pachniał marihuaną, zatrudniał samych dziwnych ludzi, huczał muzyką do późnego wieczora i cały był ozdobiony cytatami z “dzieł” kultury hip-hopu, której to, delikatnie pisząc, nigdy nie poważałem. Doceniam jednak stylistykę i dbałość o to, by każdy detal był w nią wpasowany. Nawet prozaiczne kubki do kawy wyglądały na przemyślany dogłębnie zakup.

Shoreditch to nawet ciekawa dzielnica. Nie miałem czasu, by przejść się gdzieś dalej, więc w wolnej chwili zrobiłem sobie spacer po jej zakamarkach. Kiedyś były to okolice robotnicze, obecnie, co nie dziwi, są to okolice hipsterskie. Oraz azjatyckie, bo co drugi mieszkaniec wyglądał jakby żywcem przeniesiono go z Dhaki czy innego Islamabadu. Zabudowa skromna, z czerwonej cegły, sugerująca, że większość budynków powstawała jako miejsce zamieszkania dla lokalnej klasy pracującej wiele dekad temu. Ceny nieruchomości są zapewne kosmiczne, dziwiło mnie więc to, że w wielu budynkach straszyły ciemne okiennice. Im więcej się przyglądałem domom, tym więcej zauważałem takich pustych plomb i pozostaje mi jedynie zgadywać czemu tak się dzieje. Czy ma na to wpływ fakt, że dookoła czasem aż roiło się od hidżabów? Wątpię, przecież żyjemy w XXI wieku, a człowiek człowiekowi jest równy. Więc nie wiem.


Wędrowanie po okolicy mnie wymęczyło. Za dużo ludzi. Za głośno. Przy pubach - dzikie tłumy opijające pintą piwka sukcesy mijającego tygodnia. Co więcej, nawet na kościelnym trawniku odpoczywano i spożywano procenty. Na ten widok budził się mój wewnętrzny rycerz krucjaty, ale po chwili sobie przypominałem, że to przecież kościoły anglikańskie, a więc, wrogie jedynie słusznemu katolicyzmowi. A po drugie, ja przecież nie poważam zbytnio wiedzy sakralnej. Delikatnie napisawszy.

Kolejny raz doszedłem do wniosku, że zwyczajnie nie mógłbym mieszkać w Londynie. Na całe szczęście, nie zanosi się, by ktoś mnie do tego w jakikolwiek sposób zachęcał. Przynajmniej, na razie.

sobota, 24 lutego 2018

24.02, Sami Swoi i inne atrakcje

Ten dzień miały cały dla siebie. Rano wsiadłem w samochód i ruszyłem w drogę, mając w planie odwiedzenie kilku ciekawych miejsc w okolicy. Kusiło mnie żeby znowu zobaczyć Zamek Grodziec, albo wpaść do Jawora. Ale ostatecznie wybrałem zupełnie inne atrakcje. Szczególnie, że tych nie brakowało. Czy już wspominałem, że kocham za to Dolny Śląsk?

Najpierw dotarłem do Gościszowa, niewielkiej wsi położonej niedaleko Bolesławca. O poranku było tam cicho i zupełnie pusto, więc w spokoju mogłem zapoznać się z dwoma zabytkami. Po pierwsze, lokalny kościół. Niepozorny i zwyczajny, ale w praktyce, pochodzący z XII wieku i reprezentujący jeszcze styl romański. Nic szczególnie ciekawego, szczególnie, że obok już widziałem zamkowe ruiny, dla których tam w ogóle przyjechałem.

Zamek w Gościszewie to tzw. trwała ruina. Aczkolwiek, przez lata była nadzieja, że prywatny właściciel przywróci ten obiekt do dawnej świetności. Obecnie nie wiem jaki jest jego status, natomiast teren nie jest ogrodzony i każdy może sobie na teren dawnego założenia zamkowego wejść. A i zapewne coś ukraść też jeszcze da radę, aczkolwiek, chyba już niewiele zostało. Smutny to był widok, a najsmutniejsze jest to, że takich miejsc na Dolnym Śląsku są setki. Z każdym dniem znikają i zapadają się, aż pewnego dnia, niestety, znikną zupełnie. Zamek w Gościszewie już znika. A w sumie, to nawet już zniknął.


Jak skończyłem dumać nad ochroną zabytków, to wsiadłem do samochodu i ruszyłem dalej. Do Lwówka Śląskiego, czyli miasta, które w całej Polsce jest znane dzięki swojemu browarowi. Którego produkty nawet lubię i często kupuję. W mieście znajduje się ponoć 500 zabytków. Biorąc pod uwagę liczbę ludności (poniżej 10 tysięcy) oznacza to, że jeden zabytek przypada tu na … 20 osób.

Lwówek jest więc zabytkowy, ale i współczesny. Wojna nie ominęła miasta, zniszczenia były spore, więc historyczna zabudowa miesza się tu z epoką PRL-u oraz epoką III RP, symbolizowaną przez wściekłą pastelozę. Zjawisko dobrze znane, jestem wytrenowany w tym co trzeba zrobić. A trzeba po prostu nieco przymknąć oko i udawać, że pewnych rzeczy się nie po prostu nie widzi. Z drugiej strony, ten miks historii i ahistorycznej bylejakości ma pewien urok. Szczególnie jak nie trzeba tam na co dzień mieszkać i każdego dnia na to patrzeć.

Lwówek ma ratusz, trochę kamienic, w tym tą, w której mieści się Apteka Ław Chlebowych, placówka o wielowiekowej zresztą historii. Do tego, zachowało się sporo rzeźb, które ciekawie kontrastują na tle blokowej zabudowy. Miasto mi się nawet spodobało, chociaż nie minęło dużo czasu, gdy z niego uciekłem. Rano pogoda wyglądała nader kusząco, ale w ciągu dnia zrobiło się mroźno i nieprzyjemnie. Kąsał silny wiatr, a do tego, zaczął padać śnieg, na co w ogóle nie byłem przygotowany. Ogrzałem się w samochodzie i ruszyłem dalej.



Dalej, czyli do Gryfowa Śląskiego. Jaka piękna nazwa miasta. Taka “wiedźmińska”, tajemnicza, sugerująca jakieś nieprzyjazne obcym wsioło, położone gdzieś z dala od uczęszczanych traktów. Rzeczywistość nie była wcale tak odległa od tych wizji przemarźniętego umysłu.

Miasteczko jest zdecydowanie mniejsze i mniej ruchliwe od Lwówka. Było też bardziej zapuszczone, ale i mniej dotknięte przez współczesność oraz PRL-owskie wizje architektoniczne. Centralny punkt śródmieścia, czyli ratusz był zaskakująco inny od “dolnośląskich standardów”. Przede wszystkim, dzięki swojej wieży, która była żelbetonowa i przypominała swoją surową formą architekturę faszystowską. Zresztą słusznie, bo zastąpiła ona poprzednią właśnie w latach 30-tych, a wiadomo na kim się wtedy chętnie wzorowano (podpowiem, że chodzi o pewnego łysego Włocha).

W Gryfowie chciałem zjeść obiad, ale padał śnieg, wiał wiatr, moje ręce i uszy odmawiały w takich warunkach współpracy, grożąc odmrożeniem i odpadnięciem. Ruszyłem więc dalej, aczkolwiek z pewnym żalem, bo miasteczko strasznie mi się spodobało.




Kierunek - Lubomierz. Od dawna chciałem tam pojechać. To miasteczko jest znane przede wszystkim dlatego, że to tutaj kręcono wiele scen ulubionej komedii obecnych 60-latków, czyli “Samych Swoich” i jej dwóch kontynuacji. To na lubomierskim ryneczku kolejne pokolenia Polaków poznawały młynarza Kokeszkę i oglądały jak Wicia ujeżdża kota. To znaczy, konia. Albo nawet kunia.

Trylogia Chęcińskiego kojarzy mi się z dzieciństwem oraz świętami. Bo najczęściej puszczano ją w telewizji właśnie wtedy, a ja, chcąc czy nie, zawsze oglądałem ją z resztą domowników. Niekoniecznie bawiła mnie tak jak innych, ale dosłownie wczoraj obejrzałem “Samych Swoich” ponownie, po latach i nawet nieco się wzruszyłem, gdy okazało się ile wspomnień mam z tym filmem.

Sam Lubomierz, pomimo aury, był naprawdę piękny. Małomiasteczkowy rynek ma dziwną i niespotykaną formę. Jest wydłużony, napisałbym, że “wydłużony niczym wrzeciono”, ale w sumie nie wiem co to jest wrzeciono, więc tak nie napiszę. Dzieli się na dwie części, rynek górny i dolny. Zabudowa jest zwarta, a okoliczne zakamarki oferują mnóstwo historycznych detali, takich jak rzeźby, zdobne fasady, godła dawnych cechów czy kamieniczne podcienia. W sezonie jest tam pewnie uroczo. Poza sezonem zaś, cóż, było nadal ciekawie, ale nieco pusto.



Jednak nie aż tak pusto jak mogłoby się wydawać. Odwiedziłem tutejsze muzeum Kargula i Pawlaka. Spodziewałem się, że będzie zamknięte na cztery spusty, ale niedość, że było czynne, to jeszcze w środku byli inni ludzie. Trochę się tym zdziwiłem. Sama placówka nieszczególnie warta uwagi, ale nie żałowałem odwiedzin, szczególnie, że mogłem na własne oczy zobaczyć np. walizki Jaśka, czyli jeden z eksponatów z filmu. Co za wzruszenie, co za emocje.


Pochodziłem dookoła i tak zgłodniałem, że uznałem, że pora naprawdę poszukać jakiejś restauracji. W Lubomierzu znalazłem tylko lokalnego kebaba, ale wyglądał na miejsce, w którym do sosu dodają również wpierdol, więc wycofałem się do miejsca, gdzie szansa na posiłek była największa, a na wpierdol trochę mniejsza. Czyli do Lwówka. Tam pojadłem, odpocząłem i uznałem, że to był naprawdę pożytecznie spędzony dzień. W drodze powrotnej zahaczyłem jeszcze o Nowogrodziec, gdzie niestety znalazłem tylko jeden kościół oraz rozkopany rynek.

Po powrocie do Bolesławca pognałem jeszcze na kolację do przyrynkowej “Oleńki” i pożegnałem się z zaułkami tego zdecydowanie magicznego miasteczka, do którego trzeba będzie koniecznie przyjechać raz jeszcze w tzw. sezonie. Z całą pewnością jest tego warte.

piątek, 23 lutego 2018

23.02, Światowa Stolica Buncloków

Nie każdy żonaty mężczyzna wie, że zgodnie z polskim prawem, mężowi, po trzech latach związku, przysługuje prawo do jednego weekendu rocznie spędzonego bez żony oraz dzieci. Wystarczy jedynie wypełnić stosowny wniosek, potwierdzić wzorowe zachowanie, no i trochę poczekać, aż organ administracyjny w postaci małżonki, wyrazi na to zgodę. Złożyłem dokumenty i nawet o nich zapomniałem, kiedy dotarła do mnie radosna nowina - mogę jechać, pozytywna decyzja wydana!

Wybrałem oczywiście Dolny Śląsk. Zanim zdecydowałem się gdzie pojadę dokładnie, spędziłem kilka wieczorów na analizie map i książek. A mam ich, tak swoją drogą, coraz więcej, co wcale nie ułatwia, a wręcz utrudnia wybór. Ostatecznie zdecydowałem się na Bolesławiec, niewielkie miasteczko, które przed wojną nazywało się Bunzlau i znane jest, jeżeli w ogóle, to z ceramiki. Czyli tzw. buncloków, które do dziś się w nim produkuje, czy raczej, tworzy, bo to małe dzieła sztuki użytkowej przecież.

Droga była prosta i przyjemna. Najpierw jest “esósemka”, która w pewnym momencie robi się zawsze pusta, potem zaś wjeżdża się na dolnośląskie drogi, które przejeżdżają przez mniej lub bardziej zapuszczone wsioła, może ubogie i brudnawe, ale jakże urokliwe w porównaniu do krajobrazów dróg mazowieckich. Jakże tego nie kochać, no jakże?

Mój hotel był ciekawy i trochę dziwny. Jego właścicielem jest ponoć znany polski mim, uczeń samego Marcela Marceau (który pewnie miał takich uczniów tysiące, ale nie umniejszamy). Było w nim pełno bibelotów, co nadawało wnętrzom ciężkiego klimatu, który kojarzy mi się ze starszymi ludźmi. No ale nieważne to. Zabawne było to, że na recepcji poinformowano mnie, że w hotelowym barze odbywa się wieczorna zabawa taneczna i jako gościowi hotelu przysługuje mi darmowa rezerwacja stolika. Kusiło mnie to trochę, nie powiem, ale oparłem się rubasznej wizji i ruszyłem w miasto. Szczególnie, że już z okna samochodu widziałem, że jest ciekawe.

I się nie pomyliłem. Bolesławiec to jedna z tych miejskich perełek, której brakuje na większości turystycznych map i w sumie, nie do końca wiadomo dlaczego. Zapewne przez wzgląd na historię oraz to, że przez wiele lat nie za bardzo wiedziano jak sobie poradzić z tym germańskim dziedzictwem, które wyłazi z każdego kąta. Ale mamy rok 2019, od zakończenia wojny minęły 74 lata, a tu nadal nic. Dziwne to trochę. Chociaż o tym, że nie jest to łatwe świadczyć może chociażby lokalny pomnik nr1, czyli obelisk upamiętniający rosyjskiego feldmarszałka Kutuzowa. Pogromca armii Napoleona był może bohaterem dla Niemców czy Rosjan, ale dla Polaków już chyba niekoniecznie. A symbol jego krótkiej, acz w sumie wiecznej (bo tu zmarł) wizyty w dawnym Bunzlau, stoi po dziś dzień, chociaż pod cokołem już nie zostawia się pewnie wiązanek w rocznicę jego śmierci.

Wielka polityka i wielki świat omijały jednak to miasto. Dlatego też, zachowało się ono w zaskakująco dobrej kondycji. Starą część miasta oplatają miejskie mury. Niezbyt szczelnie, bo nie zostało ich wiele, ale są i nadal stanowią linię demarkacyjną między “nowym”, a “starym”. Przy czym, nawet nowe oznacza tu de facto coś starego, bo mowa o zabudowie, gdzieś na oko, XIX wiecznej. Jednym słowem, czuć tu historią. Całości dobrego wrażenia dopełniają basteje i bramy wjazdowe. Latem zapewne okolice murów są pełne zieleni, zimą, niestety, wszystko prezentowało się trochę mniej reprezentatywnie, aczkolwiek, błękitne niebo sprzyjało kontemplacji.

Rynek jest zachowany w całości. Jest przede wszystkim piękny, ale i zaskakująco duży. Czy też raczej, przestronny, bo o wolną przestrzeń się rozchodzi. Wygląda trochę inaczej niż np. ten z Jeleniej Góry, również przez to, że bolesławskie kamienice są nieco większe, ale z kolei, są pozbawione arkad. Widać, coś za coś, jak to w życiu bywa.



Ratusz przypomina wszystkie inne dolnośląskie ratusze, które już widziałem w życiu. Jest oczywiście wysoka wieża zwieńczona hełmem, a elewacja jest częściowo ozdobiona wzorkami, które u osób znających się na architekturze pewnie przywołują skojarzenia z włoskim Renesansem.


I jak to zimą bywa, dookoła niego było niemal zawsze pusto. Miałem niemal cały Bolesławiec dla siebie, więc korzystałem z tego ile mogłem. Pomyślałem, że podróżowanie po Polsce, szczególnie poza sezonem i szczególnie po Dolnym Śląsku, to zawsze, większa czy mniejsza, samotność. Ogólnie, podczas tego wyjazdu dużo myślałem, co nie zdarza mi się codziennie.

Obiad zjadłem w przyrynkowej restauracji. Menu oferowało rodzimą klasykę, która aż się prosiła o interwencję Magdy Gessler. Było nawet smacznie, ale wszystko, łącznie z jedzeniem, pachniało naftaliną i taką brudną trochę “klasycznością”. Nawet światła były takie jakieś przygaszone, stonowane. Klientela też była ciekawa. Obok mnie siedziała para lokalnych reprezentantów bolesławskiej inteligencji. Prowadzili ciekawe rozmowy, którym się bezwstydnie przysłuchiwałem. Rozmawiali o Danielu Passencie, o jakimś antyżydowskim filmie nieznanego mi twórcy, o tym kto wyjechał w Marcu ‘68 i co obecnie robi. Przynajmniej można powiedzieć, że ich zainteresowania były konkretne. Po obiedzie zdecydowali się na deser i kino. Poszli na … “Kobiety Mafii”, nowy film Patryka Vegi, o którym rozmawiali tak jakby był reprezentantem co najmniej kina moralnego niepokoju. Dawno nie miałem do czynienia z takim natężeniem absurdów i pewnie dlatego tak zafascynowała mnie ta rozmowa oraz prowadząca ją dwójka osób.

Acha. Do obiadu wypiłem piwa, a może trzy. Nabrałem dalszej ochoty na spacery, chociaż mróz był srogi tego dnia. Ale nie mogłem się oprzeć ani miastu, ani dobrej pogodzie, którą tak rzadko miewamy podczas zimy. Długi czas spędziłem na obcowaniu z chyba najważniejszym zabytkiem miasta, czyli Kościołem pw. Wniebowzięcia NMP i Św. Mikołaja. Pochodzi z XIII wieku i pomimo paskudnych remontowych płacht, wprost nie mogłem od niego oderwać oczu. Szczególnie pięknie prezentował się z oddali, na tle błękitnego nieba, oświetlany promieniami zachodzącego słońca. Byłby pierwszoligowym zabytkiem w każdym polskim mieście. A idę o zakład, że znikomy procent Polaków w ogóle wie o jego istnieniu. Może to i dobrze?